Fanaberiami nazwał minister Szczygło pomysł stworzenia wspólnego podręcznika do nauki historii dla całej Unii Europejskiej. I może to i fanaberie, a może próba pobudzenia podupadającego ostatnio projektu całej Unii. Ale warto się nad tym pomysłem pochylić, a nie skreślać go tylko, dlatego że wysunęli go Niemcy w obawie, że mogą nie tak pokazać II wojnę światową czy inne bolesne wydarzenie. Sama idea jest warta poparcia i warta tego by ją zrealizować.
Oczywiście realizacja projektu będzie bardzo trudna. Wielu rzuca wydarzeniami osobami, do których różne narody mają różny stosunek. Inaczej odbiera się Rewolucję Francuską we Francji a inaczej gdzie indziej. Inny stosunek do Bismarcka mają Niemcy a inny Polacy. Takie podstawowe różnice można by wymieniać w nieskończoność. W końcu 1000 lat dziejów zwaśnionej Europy, pełnej sprzecznych interesów musi w takie rozbieżności obfitować inaczej się po prostu nie da.
Ale skoro udało się Niemcom i Francuzom stworzyć wspólny podręcznik do historii to, czemu nie ma się to udać w całej Unii. Niemcy i Francja to przecież do końca II wojny światowej dwa najbardziej wrogie sobie państwa na naszym kontynencie. Źródeł tej wrogości możemy doszukiwać się już w podziale imperium Karola Wielkiego, a więc ponad 1000 lat temu. Czy można sobie wyobrazić większe różnice do pokonania niż ponad dziesięć stuleci wrogości, wojen, intryg itd. itp.? To nawet nasza wrogość z Niemcami ma krótszą historię.
Co da wspólny podręcznik? W przyszłości umocni poczucie europejskiej wspólnoty, która dziś wydaje się być tworem dość sztucznym. Dlaczego warto w ogóle umacniać Unię? Chociażby po to, aby uniknąć kolejnych dziesięciu wieków wojen, rzezi i tym podobnych wydarzeń. Może i jest ona nafaszerowana biurokracją, głupimi unormowaniami, ale mimo wszystko jest najlepszą rzeczą, jaką europejczycy stworzyli. Jednocześnie jest największą nadzieją na przyszłość Europy w świecie. I tego trzeba bronić, temu powinien służyć taki podręcznik.
Tyle teoria, teraz praktyka. Trochę dziwnie mi się myśli o jednym podręczniku dla wszystkich, budzi o trochę totalitarne skojarzenia, usuwa na margines swobodę historyków w kwestii prezentacji własnych poglądów. Kolejną rzeczą, którą mnie zastanawia to, kogo mianoby uczyć z takiego podręcznika? Gimnazjalistów, czy licealistów? I kolejna rzecz, grubość takiego dzieła, czy uwzględniać równo wszystkie państwa, czy skupiać się na wydarzeniach najważniejszych? Ile miejsca poświęcić na wydarzenia nie mające wpływu na politykę mocarstw europejskich, na wydarzenia wewnętrzne w poszczególnych krajach?
No i najważniejsze kto miałby taki podręcznik stworzyć politycy czy historycy? Jeśli ci pierwsi to na pewno nigdy on nie powstanie. Nie wyobrażam sobie Romana Giertycha, który podszedłby do tego w sposób dalekowzroczny, raczej wykorzysta to dla swoich celów pokaże, że jest obrońcą zagrożonej polskiej tożsamości.
Wiele jest kwestii spornych, wiele niejasności. Podręcznik to na razie tylko rzucone hasło. Nie powinniśmy do tego hasła podchodzić z niechęcią, bo jego realizacja może się nam bardzo opłacić. Nie powinniśmy reagować alergicznie tylko, dlatego że propozycję wysunęła Niemiecka pani minister. Ale czy nasz rząd potrafi nie reagować alergicznie na Niemieckie propozycję? Chyba nie, nasz rząd wciąż prowadzi politykę przeszłościową a nie przyszłościową. Niestety. Podręcznik choć o historii powinien powstać dla przyszłości.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)