48
BLOG
Pił ze Słonimskim, biegał z Kusocińskim.
„Magnetyzer" to najnowsza książka Konrada Tomasza Lewandowskiego[1]. Od zawsze byłem miłośnikiem twórczości tego pisarza a zaczęło się od kultowego dla wielu opowiadania „Noteka 2015", które pojawiło się w „Nowej Fantastyce" gdzieś w połowie lat 90-ych. Lewandowski urzekł wtedy czytelników kozacką fantazją, wartką narracją i dowcipem, które uwiarygodniały możliwość wygrania przez Polskę wojny z... USA! Hitem tego opowiadania był pomysł wypreparowywania z pająków krzyżaków układów nerwowych a następnie umieszczania ich zamiast komputerów w samobieżnych minach przeciwczołgowych. Czy wyczuwają Państwo w tym tekście zbliżające się słowo „ale"? Nie? Nie szkodzi. Jeszcze wiele ciepłych słów pod adresem pana Lewandowskiego zanim padnie to straszne słowo. Cierpliwości!Potem przeczytałem „Ksina" i też mnie ujął. Lewandowski w mistrzowski sposób zabawił się konwencją kiczu i zaproponował rozbrajającą książeczkę, w której - jak dobrym amerykańskim filmie klasy C - było mnóstwo erotyki oraz krwi.„Magnetyzer" łączy dwa gatunki literatury. To z jednej strony fantastyka, z drugiej kryminał. Wydawca, na okładce w tzw. blurbie oznajmia także, że książka ta nawiązuje do tradycji kryminału „miejskiego" i pisarstwa Tyrmanda („Zły) oraz Marka Krajewskiego (tetralogia wrocławska). Może to budzić pewne oczekiwania, których moim zdaniem „Magnetyzer" nie spełnia.Konrad Lewandowski zdolnym pisarzem jest... Ale...Po pierwsze, jego książka jest kryminałem tylko w bardzo ogólnym znaczeniu tego słowa. Jest to historia policyjna czyli śledzimy postęp śledztwa - i niestety jest ono proste jak drut. Pan policjant łapie trop, przesłuchuje świadków, idzie na miejsce a chwilę potem dochodzi do konfrontacji. Jeśli więc przyjąć, że kryminał to opowieść z zagadką, to w tym przypadku czytelnikowi niestety oszczędzono frajdy wspólnego interpretowania dowodów wraz z detektywem, oraz powolnego odkrywania smacznej prawdy. Oszczędzono nam niestety również wielu zwrotów akcji, bo jest ich słownie: jeden.Po drugie, Lewandowski naprawdę ma znakomite pióro do dialogów lecz z jakiegoś powodu dzieli się tym talentem raczej niechętnie. Rozmowa rabina z komisarzem [2] jest pierwszej klasy i chciałoby się więcej. A tu bida.Po trzecie, zapewne pisarz wykonał niezła robotę dokumentując życie oraz wygląd przedwojennej Warszawy niemniej mnie udało mu się do tego przekonać dopiero gdzieś w połowie książki. Wcześniej częstowani jesteśmy raczej banalnymi opisami placu Napoleona, czyli jednego z najlepiej obfotografowanych miejsc Warszawy przedwojennej oraz powstańczej, oraz niespecjalnie hojnymi detalami z centrum stolicy.[3]Po czwarte, z jakiegoś trudnego do wyobrażenia powodu, główny bohater Jerzy Drwęcki na swojej drodze spotyka prawie wszystkich sławnych Polaków mieszkających w przedwojennej Warszawie. Chadza na obiadki z Franciszkiem Fiszerem, kawkę pije ze Słonimskim czy Tuwimem, „dżoginguje" rano z Kusocińskim, spotyka samego Piłsudskiego oraz apb. Kakowskiego, koleguje się generałem Wieniawą-Długoszowskim. Zabrakło tylko Hitlera incognito oraz świętego Mikołaja i gwiazd filmu. Absolutny brak wiarygodności tak wielu spotkań sprawia, że całość zaczynamy traktować jako parodię i tylko eksplozja dowcipu ratowałaby klimat. Niestety, tego także brak. To nie jest groteska ani żart z konwencji, to jest po prostu niewiarygodny kryminał.Zabrakło mi także pełnego wykorzystania figury „medium", która jest niezwykle nośna. Główny przeciwnik komisarza jest bezbarwny, słabo zarysowany i kiepsko wytłumaczony. Nie ma ani charyzmy przedwojennego medium Ossowieckiego, ani sprytu hrabiego Cagliostro. Po prostu pojawia się i ginie parę kartek dalej. Oczywiście zbrodniarz może być anonimowy i jego ujawnienie faktycznie może nastąpić na końcu (bo tak się dzieje w większości kryminałów), jednak w takiej sytuacji jego zbrodnie powinny mówić o nim, budować portret - tym straszniejszy, że będący dziełem wyobraźni. Tu tak się nie stało i nie mogło, z racji tej dziwnej atmosfery zabawy w tłumie znanych osób.Jako kryminał więc „Magnetyzer" jest słaby. Jako przewodnik po przedwojennej Warszawie trochę lepiej - choć „bedeker" Krajewskiego jest niedościgłym wzorem. Jako nowoczesna mieszanka akcji, humoru i elementów kryminalnych rzecz też nie wypada najlepiej, bo w takich przypadkach grunt to mocno narysowane postacie (patrz cykl filmów „Zabójcza broń").Ponieważ zaś cenię sobie pisarstwo Lewandowskiego mam nadzieję, że się nie zniechęci i następny kryminał napisze znakomity. Bo z pewnością talentu mu starcza.[1] Konrad T. Lewandowski „Magnetyzer", wyd. Dolnośląskie, Wrocław 2007[2] Ibidem, str. 166[3] Absolutnie wciągający opis starej Warszawy oraz jej obyczajów daje Andrzej Pilipiuk w „Operacji Dzień Wskrzeszenia", wyd. Fabryka Słów, Lublin 2006.



Komentarze
Pokaż komentarze (6)