120
BLOG
Maski zdjąć!
Hasło w tytule kojarzy się Państwu zapewne albo ze służbą wojskową albo z przedmiotem „Przysposobienie obronne", który podobno ma zniknąć z programów edukacji. Ja jednak nie o tym, choć zamiarem tekstu jest rozpropagowanie pewnej postawy obronnej. Jednak przed czymś zupełnie innym niż niemiecka, amerykańska czy radziecka bomba, którymi przerażały całe pokolenia sierżantów lub nauczycieli tego nudnego przedmiotu. Dopiero teraz wpadł mi w ręce artykuł profesora Michała Głowińskiego sprzed pół roku, z „Polityki" nr 50/06, żywo wtedy dyskutowany, analizujący przemiany w mowie a zwłaszcza języku debaty publicznej. Zdaniem prof. Głowińskiego można mówić o czymś takim jak „pisomowa". Byłby to cały zespół praktyk czy stylów wypowiedzi, które typowe są dla prostych i autorytarnych porządków politycznych. Podaję cechy: dychotomiczny podział świata (białe i czarne), oskarżycielski ton wypowiedzi, mobilizacja opinii publicznej wokół niejasnych i nieprecyzyjnych haseł typu „układ", walka z wrogiem poprzez ciągłe demaskowanie wszelkich przeciwników dowolnego rodzaju - wykazywanie im utajonych motywacji, interesów czy powiązań, rzekomo tłumaczących wszystko.Pytanie tylko, czy nie jest to w części krytyka wroga wyobrażonego a nie rzeczywistego. Temat manipulacji językowych jest bardzo ciekawy a znacznie obszerniej został potraktowany przez prof. Mirosława Karwata w książce pod atrakcyjnym tytułem „O złośliwej dyskredytacji" (2006). We wstępie czytamy:„Czytelnik zapozna się więc z repertuarem jawnych, frontalnych metod agresji dyskredytacyjnej - takich jak przyklejanie etykietek i konstruowanie swoistych „listów gończych", ośmieszanie, znieważanie, zniesławianie, wikłanie w afery i skandale i oczywiście w procedury ich „zwalczania", tropienia i „ścigania". Następnie zajmiemy się zawoalowanymi metodami dyskredytacji - opartymi na kamuflażu i asekuracji, a w końcu - formami perfidnymi. [...] Jest to przewodnik dla wszystkich tych, którzy nie chcą być zwodzeni i wodzeni za nos, a tym bardziej nie chcą być bezbronni, gdy ich samych spotka niegodziwość w dyskusji, polemice, ocenie. Aby bronić się przed świństwem, trzeba niestety, mieć o nim jakieś pojęcie. „Prawda, jakie wciągające? Jeśli mają Państwo nadzieje znaleźć w tej książce nazwiska swoich ulubionych-znienawidzonych polityków, to od razu muszę je rozwiać. Profesor Karwat, aby nie stać kolejnym z pionków w grze o wyborców, oraz by jego praca mogła być wykorzystywana przez następne pokolenia coraz głupszych studentów, nie wymieniał nikogo z polityków z nazwiska, zadowalając się sięganiem po przykłady dyskredytacji przydarzającej się w mediach.Wstrząsająca mnogość technik dyskredytacji wydaje się również osobnym tematem godnym namysłu. Według Karwata rozmaite odmiany dyskredytacji (dyskredytacja rewizyjna, preselekcyjna, pasożytnicza, frontalna, zakamuflowana, kompensacyjna etc.) w zasadzie zdominowały dyskurs publiczny. I odpowiedzialna za to nie jest wcale polityka, (choć ona także) ale raczej ogólna łatwość sięgania po owe perwersyjne techniki komunikacji oraz smutna ich efektywność.Teksty profesora Głowińskiego, którego nazwisko pojawia się w pierwszej części tego felietoniku, najchętniej i zapewne zgodnie z intencją autora są wykorzystywane przeciw ekipie dziś sprawującej władzę. Ale tak jak w przypadku niektórych dzieł sztuki, nawet sam autor nie jest w stanie do końca określić, jak wiele mądrości kryje się we własnoręcznie spisanych słowach. Bowiem, co wykazał dowcipnie jeden z dyskutantów Salonu24, analiza profesora Głowińskiego w równie smutnym świetle stawia wstępniak pióra Adama Michnika, który dzielił Polskę na dwa, rysując różne obozy, z których jeden jest dobry a drugi nie.Wyzbywając się leciutkiej ironii dodam już na serio, że po prostu prof. Głowiński oraz prof. Karwat skomentowali jak najbardziej realne zjawisko, którego nieprzyjemne konsekwencje dotykają wszystkich uczestników publicznej debaty. Nie jest tak, że jakiś obóz polityczny jest wolny od omawianej skazy. Jedni zrywają drugim maski, z oburzeniem wołając - Patrzcie, agent! Komunista! Układ! Drudzy krzyczą - Łapaj faszystę i kołtuna, zabójcę demokracji! A prawda? Zadeptana, zakurzona gdzieś po środku, czyli daleko od bijących się.W społeczeństwie wolnego rynku oraz demokracji, które wyznaczają pozycje, role i aspiracje, ostatecznym sędzią stała się opinia publiczna, rozumiana jako konsumenci oraz wyborcy. Od jej kaprysów lub też rządzących nią trendów zależy, czy dana organizacja lub osoba zdobędą popularność, sympatię a dzięki temu władzę oraz odniosą sukces. W walce politycznej, ideowej i szeroko rozumianej konkurencji, kluczowe stają się umiejętności pozbawiania oponenta poparcia tłumu. Pokusa jest tym większa, że zdyskredytować jest po prostu łatwiej, szybciej oraz bezpieczniej niż mozolnie budować program pozytywny, który a nuż się nie sprawdzi. Zjawisko stare jak świat. Skala może tylko nowa.W socjologii jest pojęcie „pułapki społecznej", czyli przypadku, w którym jednostki przedkładają swój interes nad dobrem społeczności i dopóki nie dojdzie do gwałtownego pogorszenia sytuacji wszystkich, nikt nie ma realnego powodu do zmiany swojej egoistycznej strategii. A często nawet i wtedy ludzie przyzwyczajeni do złego, nie umieją już zmienić swoich zachowań. Dopóki wszyscy, naprawdę wszyscy uczestnicy społecznej debaty w równym stopniu nie odczują na własnej skórze skutków tej „wilczej" konkurencji, dopóty nie ma co liczyć na ich chęć autentycznej zmiany obyczajów.A zatem, jeszcze wiele cykli wyborczych przed nami zanim coś może się poprawi. PS. Książkę prof. Karwata polecam od strony 103. Serio. Wcześniej autor koncetruje się na wyjaśnieniu pojęć i terminów, które każdemu dorosłemu czytelnikowi są znane i wyjaśnienia nie wymagają. Ale najwidoczniej niektórzy studenci dziś mają zasób 500 słów i trzeba im wszystko tłumaczyć.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)