Jednak ilość słowa w tej produkcji może zdezorientować nawet bardziej zapalonych fanów Quentina Tarantino. W jego filmach zawsze się dużo mówiło. Dialogi, pozornie jałowe, znakomicie pomagały dostrzec ukryte wymiary bohatera, często obfitowały w błyskotliwe i dowcipne zdania. „Deathproof" jednak przekracza zwyczajową dla reżysera proporcję słowa. Tu się mówi tak dużo i tak szybko, że po pierwsze tłumacz nie daje rady przekazać wszystkiego w postaci podpisów. Po drugie, całość zaczyna wyglądać tak, jakby Tarantino inspirując się Woody'm Allenem zrobił film, w którym wszyscy gadają o seksie a nikt go nie uprawia i tak przez dwie godziny. Złośliwie można powiedzieć, że jest to jeden z niewielu filmów, które byłyby interesujące w radiu.W ciekawy sposób reżyser wystylizował rzeczywistość[3], w której odbywa się akcja. Znajdujemy się na południu USA, gdzie sądząc po samochodach i ubiorach głównych bohaterów czas zatrzymał się na przełomie lat 70-ych i 80-ych. Część widzów tak dalece daje się zasugerować tym brakiem widocznych sygnałów znajomej codzienności, że potem odczuwa zaskoczenie na widok telefonów komórkowych dzisiejszej wielkości czy nagle pojawiającymi się współczesnymi samochodami terenowymi.Na komentarz też zasługuje maska feministy, którą wkłada Tarantino także w tym filmie. Podobnie jak w „Kill Billu" czy „Jackie Brown" twórca buduje wizerunek kobiety, która walczy z przeciwnościami i słowo „walczy" w dalszym ciągu należy rozumieć dosłownie. Można jednak odnieść wrażenie, że wspomniana maska nie przylega zbyt dokładnie, bo spod niej wystaje raczej męska, za przeproszeniem, morda. Widać to w zabawnej i pasującej do konwencji fascynacji zwykłym, kobiecym tyłkiem. Kamera dość często spogląda na bohaterki od tyłu właśnie. Równie często akcentuje inne detale sylwetki i robi to, jak sądzę, w zdecydowanie męski sposób. Ostatnia zaś scena filmu nawiązuje do konwencji feminizmu tzw. girl-power, którego symbolami są np.: dziewczyny z zespołu Spice Girls (zawsze gotowe „nakopać" złym chłopakom) oraz „Atomówki"[4], bohaterki znanej kreskówki, podobno dla dzieci.Ale jeśli w tym filmie znalazły się elementy jakiejś odmiany feminizmu, to nie dzięki temu jak i kogo biją niebezpiecznie seksowne kobiety, ale dzięki temu, co mówią. Scena, gdy dwie bohaterki ośmieszają konwencję typowego podrywu w barze jest ożywczo celna i krytycznie dowcipna. Pozostałe zaś momenty, dzięki dosadnemu językowi oraz humorowi bezustannie polemizują z rolą, jaką w kiepskim kinie przeważnie przeznacza się kobietom - czyli zwykłej „przekąski".„Deathproof" - słabszy niż Tarantino zazwyczaj. Lepszy niż wiele innych filmów. Czy wystarczy? Chyba tylko fanom reżysera. [1] Najbardziej to widoczne było chyba w jego „Wściekłych psach" (1992).
[2] Termin ten oznacza filmy bardzo kiepskie, które wyświetlane były pęczkami w podrzędnych lokalach, epatując widownię fontannami krwi i erupcją przemocy oraz seksu.
[3] Stylizacja generalnie jest hasłem przewodnim filmu. Jej przejawy widoczne są nawet w typowym dla lat 70-ych żółtym liternictwie napisów czołowych.
[4] Link do strony internetowej kreskówki - warto też zajrzeć na Wikipedię.



Komentarze
Pokaż komentarze (23)