27 obserwujących
1244 notki
708k odsłon
  133   0

Raporty z pucharowych skoczni – Wisła (3)

Nie wiem dlaczego, ale odnoszę od wielu lat wrażenie, że konkursy w Polsce mają obsadę najsłabszą niemal w całym cyklu. Szczególnie Wisła. I to bez względu na to, czy jesteśmy gospodarzami inauguracyjnego weekendu w sezonie, czy nie. W tym roku niby przyjechało dużo skoczków, ale i tak wychodzi, że obsada u nas jest gorsza niż tydzień czy dwa temu. O braku najlepszego skoczka w stawce nawet nie przypominam, bo to nie on nie chciał przyjechać, tylko załatwiło nam to, a bardziej jemu, paru życzliwych. A teraz już o rywalizacji. Zacznijmy od piątku.
Aż żal na to patrzeć. Maciej Kot, niegdyś autentyczny kandydat na następcę czy, może bardziej, na viceStocha, kolejny sezon jest, i już pewnie będzie, cieniem samego siebie. Odnoszę wrażenie, że gość już położył na tym wszystkim lachę. Odcina tylko kupony, choć to może zasadne tylko w niewielkim zakresie. No bo na czym ma polegać takie odcinanie w wypadku kogoś, kto kilka lat temu potrafił wygrać konkurs PŚ, nawet dwa, a teraz nie potrafi bez kombinowania wejść do słabo obsadzonego konkursu na domowej skoczni. A ze statystycznego punktu widzenia odnotujmy, że to był dokładnie 30-ty przypadek, że nasz były świetny i aktualny bardzo lichy skoczek przepadł w eliminacjach. Jest takie pojęcie jak „wejście smoka”. W piątek mieliśmy natomiast do czynienia z „wyjściem Kota”.
Jakby to nie zabrzmiało, to Jarosław Krzak zrobił w piątek w Wiśle życiówkę. W zeszłym roku był w kwalifikacjach dwa miejsca niżej.
Po czterech latach przerwy pojawił się w Wiśle Czoj Hiung-Czul. Skończyło się jak zawsze, kiedy tu przyjeżdża. Tyle, że tak odległego miejsca tu jeszcze nie zajął. To oczywiście nie dlatego, że jest w słabszej formie niż poprzednimi razy (za każdym razem jest przecież w takiej samej), tylko dlatego, ze tym razem do Wisły zjechało więcej skoczków. Był to 255-ty kontakt Koreańczyka z Pucharem.
Mocną grupą zjechali do Polski Amerykanie. Mocną ilościowo. Jakość, jako taką, zostawili pewnie w domu z myślą o kolejnych startach. Mówiąc po wioślarsku: czwórka bez sternika. Wszyscy padli jak muchy w kwalifikacjach. Najlepszy z nich wczoraj, Decker Dean, zawalił kwalifikacje po raz piąty w karierze. Kevin Brickner z kolei wrócił do skakania po roku przerwy i ta przerwa była niewątpliwie widoczna.
Siedem lat czekał na ponowne I-ligowe powołanie Frantisek Holik. I się w końcu doczekał. Nie wiem czy można mówić od razu o dużym sukcesie i trafnym wyborze nowego szkoleniowca Czechów Bajca, ale fakt faktem że z Czojem Holik kwalifikacje wygrał. I jeszcze z jednym Ukraińcem. Jedynym plusem tego występu jest to, ze oczu kibiców nie męczy w Wiśle Cestmir Kozisek.
Zmiana również u Kazachów. Muminowa zastąpił Tkaczenko. Z podobnym, mniej więcej, skutkiem jak u Czechów. Przy czym mieliśmy w tym przypadku akcent jubileuszowy, bo to 30-te zawalone kwalifikacje rosyjskiego Kazacha i jego 55-te pucharowe podejście. Musi Wisła nie bardzo Tkaczence pasuje. Skakał tu po raz szósty i szósty raz skrewił w przedbiegach. Drugi z Kazachów, Danił Wasiliew, stabilny niczym fundament fundamentu. Po raz trzeci z rzędu zajął w kwalifikacjach 66-te miejsce. Istny diabeł.
Kanadyjczycy pomalutku doszlusowują do Amerykanów. To znaczy Soukup to zawsze skakał tak jak Jankesi albo nawet gorzej, ale Boyd-Clowes to była jednak z reguły zupełnie inna para kaloszy. Teraz też bym ich do całkiem tego samego worka może nie wsadzał, bo może nie wypada, tym niemniej to już drugie zawody w sezonie, kiedy lider skoczków północnoamerykańskich (tak roboczo nazwijmy sobie grupę pod wezwaniem Św. Norcica) nie przechodzi kwalifikacji. W całej karierze takich sytuacji miał natomiast Kanadyjczyk, już z tą piątkową licząc, 55. W 205-ciu pucharowych podejściach. Tak czy inaczej. Miewał Boyd niewątpliwie lepsze początki sezonu. Na przykład rok temu.
Znów w konflikcie z przepisami stanął Ilia Mańkow. Drugi raz w ciągu tygodnia go zdyskwalifikowano. Tym razem w kwalifikacjach. Chyba rzeczywiście kombinuje jak koń pod górkę. Albo robi u sędziów za drugiego Kobajasziego. Niezależnie od tego, na tuzin pucharowych podejść ma Rosjanin bilans, można napisać, remisowy. 6 razy zawalił kwalifikacje, a sześć razy je przeszedł. Może w Klingenthal 13-tka okaże się szczęśliwa i będą pierwsze punkty? Pod warunkiem, że trenerzy zdecydują, że tam pojedzie. Nie jestem na 100% przekonany.
Piękny jubileusz 80-ciu nieprzebrniętych kwalifikacji w karierze zafundował sobie w piątek Władimir Zograwski. Za tydzień może obchodzić jeszcze piękniejszy. Warunkiem będzie, że dwa razy przejdzie kwalifikacje i dwa razy nie wejdzie do finału. Ale najpierw to te dwa konkursy w Klingenthal muszą się odbyć. Czego, wziąwszy pod uwagę pogodę, która tam często panuje, pewnym być oczywiście nie można. Nawet nie wypada.
Tyle o piątku. Teraz o niedzieli. Sobotę zostawiam do analizy Apoloniuszowi Tajnerowi i innym masochistom, którzy czerpią radość z oglądania tej błazenady zwanej potocznie konkursami drużynowymi. No to tak:
Jan Hoerl był już pomału przedmiotem drwin całego peletonu, bo za każdym razem, mając olbrzymie szanse na świetny wynik, palił się w serii finałowej każdego z tegosezonowych konkursów niczym swego czasu książki przed Reichstagiem.  Oczywiście to jego pierwsze pucharowe zwycięstwo, drugie pudło w karierze i dopiero trzecia obecność w czołowej 10-tce zawodów. Odnoszę jednak wrażenie, że od teraz będzie w czołówce konkursów częstym gościem. Takie wygrane budują.
W 220-tym pucharowym podejściu Stefan Kraft po raz 74-ty stanął na pucharowym podium. Stał się tym samym ósmym najlepszym pudlem w historii. Jest o jedno podium przed Jensem Weissflogiem. Ma 28 lat i 34 pudła straty do lidera tej klasyfikacji Janne Ahonena. Moim zdaniem, biorąc wszystko pod uwagę, są szanse na to, by mu się to udało. Austriak po raz 115-ty wylądował w najlepszej szóstce zawodów. Kraft został też w niedzielę 9-tym skoczkiem w historii, który zdobył w karierze ponad 9500 punktów. Wiele wskazuje na to, że na ósme miejsce może awansować jeszcze przed świętami. Pod warunkiem, że wszystkie cztery konkursy się odbędą.
Karl Geiger wykorzystuje nieobecność Rioju Kobajasziego jak może. Oprócz tego, że ma nad nim w tej chwili już 175 punktów przewagi wyprzedził go również w punktowej klasyfikacji wszech czasów. Jako że, przy okazji, znalazł się w tym rankingu także przed Romoerenem, Jandą i Haradą, to  stał się pełną gębą członkiem top-45 tej klasyfikacji. Ciekawe co na to Rioju jak wróci? Przewaga wynosi 28 oczek (4632:4604). Aha. Niemiec zaliczył w niedzielę 190-ty kontakt z Pucharem Świata.
Najsłabszy od pięciu lat wynik na tej skoczni uzyskał w Wiśle Daniel Huber. Ale przynajmniej statystycznie wyglądało to okrągło. Piąty konkurs w sezonie i piąte punktowanie oraz 20-ta, na przestrzeni całej kariery, obecność w trzeciej 10-tce konkursu.
Killian Peier, jako 185-ty skoczek w historii, pokonał w Wiśle próg ośmiuset punktów w karierze. Dodatkowo Helwet wyprzedził w tej klasyfikacji, na powrót, kolegę z reprezentacji Gregora Deschwandena, który w poprzednim sezonie, pod nieobecność Peiera, został, na krótko jak się okazuje, siódmym najlepszym szwajcarskim punkciarzem. Przed nimi Ammann, Kuettel, Zuend, Freiholz, Sumi i Reuteler. To był zdecydowanie najlepszy występ Peiera z wszystkich dotychczasowych w Wiśle. Po raz pierwszy znalazł się tutaj w czołowej 10-tce. Jednocześnie 10-ty raz był w 10-tce w ogóle. Punktował też na okrągło, bo po raz 50-ty.
Najmniej doświadczony z Norwegów, Fredrik Villumstad, wyrównał w Wiśle bilans punktowanych i niepunktowanych konkursów. Ma ich na liczniku po trzy. Podobnie jak nieprzebrniętych kwalifikacji. Można powiedzieć specjalista od bilansów. Księgowy, znaczy.
Marius Lindvik uczcił swój 75-ty pucharowy start pierwszym w tym sezonie podium. Po raz 20-ty w karierze Norweg znalazł się w czołowej szóstce konkursu.
Dwa niedzielne pudła Austriaków zaokrągliły ich łączną liczbę pucharowych podiów do 760-ciu. To grubo ponad 300 więcej od drugich w tym rankingu Niemców. O drugie miejsce trwa zresztą cały czas zażarta walka, a Norwegia, dzięki Lindvikovi, zbliżyła się do naszych zachodnich sąsiadów na jedno oczko (443:444).
Kamil Stoch, jako czwarty skoczek w historii, przekroczył barierę 2800 klasycznych punktów w karierze. Ma ich po konkursie w Wiśle dokładnie 2802 i do trzeciego Noriaki Kasaiego traci w tym momencie 15 oczek. Szkoda tylko, że tej bariery Polak nie przekraczał przy okazji 40-tej pucharowej wygranej albo chociaż 80-go pudła. Ta 40-ta wygrana to zaczyna mu pomału tak ciążyć jak Małyszowi. Był to dla Stocha już 370-ty konkurs w karierze. To trzeci raz, kiedy w Wiśle ląduje poza czołową 10-tką. Po raz 12-ty w karierze skoczek z Zębu zajął miejsce 11-te. Żadnej innej lokaty, z tych poza 10-tką rzecz jasna, nie zajmował częściej.
W tym samym rankingu Marcus Eisenbichler wyprzedził był właśnie zarówno Michaela Hayboecka jak i Daniela Tande. Do Piotra Żyły brakuje mu ledwie 10 oczek (1040:1050). Z aktualnej formy obu skoczków wnoszę, że już po Klingenthal ta kolejność może być odwrotna. Ale z Żyłą, jak wiemy, nigdy nic nie wiadomo, więc się wszystko może do góry nogami w jeden dzień odwrócić. Tymczasem Niemiec znalazł się w niedzielę w czołowej 10-tce konkursu po raz 80-ty.
Stało się to, co zapowiadałem. W klasycznej punktowej klasyfikacji wszech czasów Anze Lanisek wyprzedził Macieja Kota. Ale do czołowej setki klasycznych pudli jeszcze nie wszedł. Do Ladislava Dluhosa, który zajmuje setne miejsce, brakują mu dwa oczka. A naszego skoczka za chwilę miną Lindvik i, najprawdopodobniej również Fettner, który aktualnie jest nawet przed Norwegiem (398:394) i ma do Polaka od tygodnia 3 punkty straty. Słoweniec, zajmując w Wiśle 13-tą lokatę, zaokrąglił liczbę swoich lądowań w drugiej 10-tce do równych 30-tu.
Trzeci najlepszy konkurs w karierze w wykonaniu Prevca Średniego. Dwa najlepsze też miały oczywiście miejsce w tym sezonie. To było 60-te pucharowe podejście Słoweńca. 10% z tych podejść to miejsca w czołowej 10-tce. Kto by tam jeszcze dwa lata (co tam dwa, rok nawet) temu pomyślał, że może do tego dojść, że Cene będzie zdecydowanie najlepszy z całego prevcowego klanu? A zanosi się, że seria będzie kontynuowana. I to kto wie do kiedy.
Najstarszy z Prevców, Pero, może się po tym weekendzie pochwalić równo 250-ma punktowaniami w karierze. Przy czym szału z tym 250-tym punktowaniem, jak to w ostatnich latach w Wiśle w wypadku Słoweńca bywa, nie było. Powiedzmy tyle, że w Finlandii prezentował się znacznie lepiej niż w Polsce.
Piąte punkty w karierze Daniła Sadriejewa. 80% z tych punktowań to sprawa obecnego sezonu. Przy czym wygląda mi na to, że nie darmo dzieli pokój z Mańkowem. Najwięksi kombinatorzy wśród skoczków. Powinni startować w dwuboju.
Ta stosunkowo wysoka forma Rosjan to w ogóle podejrzana jest. Już po raz drugi w sezonie został zdyskwalifikowany również Klimow. Tyle, że w drugiej serii. To był jego 110-ty konkurs w karierze.
Po raz 10-ty w życiu zdobył punkty Roman Trofimow. W 105-tym pucharowym podejściu. Jeszcze nigdy Rosjanin nie punktował trzy razy w sezonie. I na żadnej innej skoczni poza rodzimym Tagiłem nie zrobił tego, tak jak w Wiśle, dwukrotnie.
Starszy z Kobajaszich nigdy, oprócz debiutu, nie mógł narzekać na swoje wyniki w Wiśle. Tak było i tym razem. To był już 35-ty raz, kiedy Japończyk ukończył konkurs w drugiej 10-tce. I 50-ta ojego obecność w czołowej 20-tce zawodów.
Kejczi Sato zanotował 50-ty konkurs w karierze i 35-te punktowanie. Mimo przeciętnego występu w Wiśle, był to i tak jego najlepszy rezultat w sezonie.
Constantin Schmid startował w Wiśle po raz trzeci, ale dopiero po raz pierwszy zapunktował. Od razu klasycznie. To był jego 85-ty kontakt z Pucharem Świata. Pamiętam pierwszy. 5 lat temu na T4S w Oberstdorfie i Ga-Pa. Zajął dwukrotnie miejsca pod koniec konkursowej stawki. Janusze się darły, że nieudacznik and so on. Już wtedy było widać, ze to nie byle jaki talent. Choć w zeszłym sezonie upór Horngachera przy wystawianiu na okrągło Schmida, nawet gdy skakał bardzo słabo, był momentami zastanawiający. Ale Horngacher nie lubi Freitaga i nie chciał mu dać szansy. Dalej zresztą nie chce. W sumie może słusznie. Nie wnikam. Nie moje zoo i małpy. Zapomniałbym. Schmid jest 176-tym skoczkiem, któremu udało się wyskakać ponad 900 pucharowych oczek.
31,5 roku na karku, a dopiero 90 konkursów na koncie. Jak na kogoś z niemieckiej czołówki to zjawisko stosunkowo rzadkie. Tam, reguły, jak ktoś ma być dobry, to widać to od dziecka. Co innego nasze tuzy. Im starsze tym lepsze. Za wyjątkiem tego sezonu, rzecz jasna. Szkoda, że Paschke, łysy, wesoły nie chodził razem z nami do szkoły. Przydałby się w tym momencie. Na czwartego do brydża. W zasadzie to prawie że na pierwszego w tej chwili. Od bity dwóch lat bardzo solidna firma. W Wiśle Niemiec po raz siódmy w karierze znalazł się w konkursie w czołowej siódemce.
Już miałem, wszem i wobec ogłosić, że ponad roczna przerwa nie zaszkodziła Stephanowi Leyhe, a tu patrz Pan. W Wiśle, gdzie dwa lata temu był drugi, nie był w stanie doskoczyć do serii finałowej. Tyle z tego, jako statystyk, mam, że mogę ogłosić, że to jego okrągła, 25-ta, wpadka w pucharowych zawodach. A Leyhe w Wiśle startował w konkursach 8-krotnie. Pierwsze dwa skrewił, potem cztery razy zdobył punkty i dwa ostatnie znów zawalił. 4:4.
Daniel Andre Tande, tak jak Leyhe, albo w Wiśle jest w ścisłej czołówce (raz nawet wygrał, a raz był drugi), albo nie dostaje się do finału. Przy czym, tak jak Niemiec, drugi start z rzędu miał tu zupełnie nieudany. I też tak jak Niemiec, nie wszedł do drugiej serii po raz 25-ty w karierze. To był jubileuszowy, 10-ty, konkurs Wikinga w Wiśle. Tak jak w wypadku Leyhe 4-ty bezpunktowy.
5-ty raz na 10-tym miejscu w zawodach, 65-ty w najlepszej 10-tce, 110-ty w 20-tce i 125-te punktowanie. Tak można podsumować występ w Wiśle Roberta Johansssona. Ze statystycznego punktu widzenia  - miodzio.
Setny konkurs w karierze Klemensa Murańki. I, podobnie jak w 55-ciu innych, brak awansu do serii finałowej. Przy czym na te 56 nieudanych prób konkursowych, ta była piątą najgorszą wynikowo. Szkoda strzępić języka. Sezon  - marzenie.
Andrzej Stękała ma po zawodach w Wiśle równo dwa razy mniej konkursów na koncie niż Klemens. Bilansu sobie jednak w tych zawodach też nie poprawił. Acz, w porównaniu z Murańką, ten bilans jest, oczywiście, więcej niż dobry.
Tomasz Pilch z kolei brał udział w swoim 10-tym pucharowym konkursie. Skrewił po raz ósmy.
U naszych same jubileusze. Szkoda, ze w większości nieudane. Paweł Wąsek też mógł celebrować jubileusz. Po raz 15-ty nie zdobył w zawodach głównych punktów.
Tylko raz Piotr Żyła zajął w Wiśle gorsze miejsce niż w niedzielę. Dwa lata temu, jak się po skoku orał nosem wybieg niczym Ammann w Bischofshofen. Polak ma na liczniku po ostatnim weekendzie 290 pucharowych konkursów. Prawie 200 było w jego wydaniu lepszych niż ten niedzielny.

Obiecuję, że następne raporty będą zdecydowanie bardziej radosne. Nie wiem jeszcze z jakiego powodu, ale dość tej smuty. W końcu wielkimi krokami zbliża się Engelberg. To gdzie mamy się odbić od dna, jak nie tam?


Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport