27 obserwujących
1338 notek
791k odsłon
  998   1

Aż 14 medali lekkoatletów w Monachium

Lekkoatleci zakończyli sezon. Przynajmniej jak chodzi o imprezy mistrzowskie, bo pewnie jeszcze parę mityngów się w sierpniu i na początku września odbędzie. Ale dwie największe imprezy za nami. O najważniejszej, MŚ w Eugene, już pomału zapomnieliśmy, bo była w lipcu, a świat przecież biegnie przynajmniej w tempie Griffith-Joyner (w przenośni i dosłownie, bo pęd niektórych nacji do anabolików jest widoczny). Dzisiaj natomiast zakończyły się Mistrzostwa Europy w Monachium. Dla jednych impreza docelowa sezonu, dla innych, tak przynajmniej twierdzi Paweł Fajdek, kwiatek do kożucha.
Kwiatek czy nie kwiatek, a za trzy lata, a za 10 to już na pewno, nikt nie będzie pamiętał, że wszyscy najlepsi szykowali formę na miesiąc wcześniej. Ci, co wiedzieli, że mają szansę, bo są takie konkurencje, w których Europa Ameryce czy Afryce może tylko kibicować, więc ME są wtedy dla Europejczyków, w ramach zakłamywania rzeczywistości, „ważniejsze”.
Generalnie pomysł z rozgrywaniem w jednym roku mistrzostw globu i kontynentu jest w lekkiej atletyce lekko idiotyczny. Na szczęście jest to wyjątek od reguły (bo kolizja igrzysk i ME już takim wyjątkiem od przynajmniej 10-ciu lat nie jest i idiotyczna jest ciężko) spowodowany pandemią. Miejmy nadzieję, że taki precedens już się nie powtórzy.  
Tak czy inaczej, miesiąc po mistrzostwach świata królowa sportu miała też swój czempionat na poziomie Europy.
Zakończyliśmy go, jako reprezentacja, na poziomie występu w Zurychu w 2014 roku. Nawet ciut lepiej, bo tam też zdobyliśmy 14 medali, ale złota były tylko dwa (Kszczot i Włodarczyk).
Wypada chyba wymienić tych wszystkich, którzy wywalczyli w Monachium te 14 krążków. Proszę bardzo.
Trzy złota – maratonka Aleksandra Lisowska, młociarz Wojciech Nowicki i płotkarka Pia Skrzyszowska. Sześć sreber – Natalia Kaczmarek na 400m, Adrianna Sułek w siedmioboju, Ewa Różańska w młocie, Katarzyna Zdziebło w chodzie na 20km oraz damskie sztafety 4x400m i 4x100m. Pięć brązów – sztafeta maratonek, Anna Kiełbasińska na 400m, Sofia Ennaoui na 1500m, Anna Wielgosz na 800m i męska sztafeta 4x100m. Notabene, gdyby nie ten ostatni numer, który uważam, w skali polskiego zespołu, za największą niespodziankę tych mistrzostw, to byłyby same baby i dwumetrowy, prawie stutrzydziestokilogramowy, rodzynek. Na marginesie to większego i cięższego, rodzynka znaczy, w życiu nie spotkałem.
Najpierw dygresja dotycząca tego, co w akapicie wyżej. Trzeba napisać i wyartykułować jedno. Polska lekkoatletyka, podobnie jak wiele innych dziedzin współczesnego polskiego, nie tylko sportowego, życia, paniami stoi. Panowie lekkoatleci. Do roboty! Tym bardziej, że Wojciech Nowicki wiecznie żył nie będzie, a Paweł Fajdek takie imprezy jak ME ma już tylko, jak sam oznajmił, w głębokim tyle.
I dygresja druga. Lekkoatletyczną Europę, w tym Polskę, dzieli od świata coraz więcej. Było to widać aż nadto w Eugene, a teraz się to tylko potwierdziło. I to, wbrew pozorom, znacznie bardziej dzięki wynikom naszych pań, a nie panów. Panowie są aktualnie w lekkim albo, może właściwsze, średnim dołku i wszystko jedno czy startują na MŚ czy na ME. Natomiast panie stać na to, by walczyć skutecznie, myślę o medalach, na poziomie kontynentalnym, ale na międzykontynentalnym ta skuteczność drastycznie spada.
Mieliśmy przed mistrzostwami faworytów. Część się sprawdziła, część nie. Kto się sprawdził, to pisze wyżej, kto nie, to w zasadzie też pisze. Pośrednio. No bo jak kogoś wśród medalistów nie ma, a był dużym faworytem, to łatwo dojść kogo. Ja sobie oszczędzę wymieniania. Nie po to jest ten tekst. Były za to również przemiłe niespodzianki. Takie jak złoto w maratonie, srebro w rzucie młotem czy brąz na 800m.
Myślę, że po zakończonych ME, w kontekście zbliżającego się nieuchronnie Paryża, nie można nic powiedzieć. Dużo bardziej reprezentatywne było w tym względzie Eugene. Mistrzostwa Europy to jest jednak impreza o zupełnie innym wymiarze. I ciesząc się, oczywiście, z tych wszystkich osiągnięć i zdobyczy w Monachium, grono hipotetycznych kandydatów i kandydatek do medalu w Paryżu, które po MŚ ograniczałem do medalistów z Oregonu, poszerzam w swoim kajecie jedynie o dwa nazwiska. Adriannę Sułek i Pię Skrzyszowską. W „Aniołki” chwilowo nie wierzę, bo za dwa lata będą zwyczajnie za stare. Chyba, że znaczne postępy zrobi Gacka, a po kontuzji i do formy wróci Lesiewicz. Tylko kto czwarty? Moja zioma Święty, Baumgart, Kiełbasińska i Hołub nie będą już w stanie dobić do poziomu Kaczmarek. A to warunek, żeby myśleć o medalu w sztafecie. W odwodzie oczywiście pozostaje nam Anita Włodarczyk której, wydaje się, wystarczy wrócić do rywalizacji i już ma medal w kieszeni. No bo poziom światowego młota z nią, a bez niej, to są dwa różne światy. Pytanie tylko czy będzie się jej chciało…
Ale to, jakich emocji dostarczyli nam nasi lekkoatleci przez ostatnie kilka dni, naprawdę nie do przecenienia. Chapeau bas.

Lubię to! Skomentuj62 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport