Tuż przed rozpoczęciem się zimy 2014/15 dostaliśmy, mam na myśli fanów polskich skoków, od losu silnym podbródkowym hakiem. Nasz podwójny mistrz olimpijski doznał kontuzji kostki. Sztab i PZN mówił cały czas o tym, że nie jest poważna, ale Kamil zmuszony był poddać się operacji i w Pucharze Świata wystartował dopiero w T4S. Od razu zresztą, jak na to, co go chwilę wcześniej spotkało, z grubej rury. Rozpoczął bowiem sezon od czwartej lokaty w Oberstdorfie. Potem było już nieco słabiej, ale i tak, summa summarum, Polak zmieścił się w czołowej 10-tce T4S. Nie skończył go tak wysoko jak w trzech poprzednich sezonach (tym razem tę 10-tkę zamykał, a wcześniej był, idąc po starości, odpowiednio ósmy, czwarty i siódmy), ale wziąwszy pod uwagę okoliczności, wypadło to naprawdę solidnie. Tak jak cały sezon zresztą. Pięć podiów, w tym dwa zwycięstwa (Zakopane i Willingen), 13 razy w 10-tce, 17 razy (w żadnym z nich nie zajął gorszej pozycji niż 15.) na 18 pucharowych podejść w czołowej 20-tce. Opuścił aż 9 konkursów, więc w generalce nie mógł być w ścisłej szpicy. Obecność na koniec sezonu w czołowej 10-tce wyścigu o KK (finiszował na 9. pozycji) musi więc budzić duży szacunek. Jedyne, co mu tamtej zimy nie bardzo wyszło, to start na MŚ w Szwecji. Na skoczni małej był zaledwie 17 i był to dopiero drugi (ex aequo zresztą) wynik wśród Polaków. Niewiele lepiej wypadł na skoczni dużej, gdzie zajął miejsce 12, też zresztą ustępując jednemu z kolegów z drużyny. Zrekompensował to sobie Kamil, oczywiście w niepełny sposób, w drużynówce. Znów był liderem zespołu (osiągnął trzeci wynik indywidualny konkursu), który poprowadził do drugiego z rzędu brązu na MŚ.
Tutaj, w ramach przerwy na wyprostowanie nóg i wzięcie oddechu, wstawka/ciekawostka. Na małej skoczni najlepszym z Polaków był Jan Ziobro. Zajął tam miejsce 8. Ówczesny trener główny reprezentacji, ogólnie znany (a przynajmniej w oczach ówczesnego prezesa związku) geniusz trenerki wszelkiej, w nagrodę… nie wystawił go do drugiego konkursu. Jego miejsce zajął inny kolega, który okazał się zdecydowanie najgorszym z Polaków. Rok wcześniej ten sam zawodnik pojechał do Soczi zamiast zasługującego na ten wyjazd Murańki i … nawet nie wszedł do serii finałowej. Do drugiego konkursu go już wtedy pan selekcjoner nie wystawił. Żebyście długo nie szukali. Chodzi o Dawida Kubackiego. To był jeszcze ten okres, w którym skoczek z Nowego Targu zamiast bić się o najwyższe cele, to kaleczył.
Wróćmy jednak do Kamila. Po wyjątkowo krótkim sezonie, który był dla niego też jednocześnie sezonem, jeszcze raz podkreślę, całkiem solidnym i udanym, a przy okazji pozwolił zaoszczędzić nieco energii, wraz z nadejściem kolejnej zimy wszyscy spodziewaliśmy się wielkiego powrotu naszego lidera na szczyt. Tymczasem zamiast wielkiej hossy miała miejsce horrendalna obniżka formy i wyników. Przez cały sezon Stoch nie uzbierał nawet (śmiesznie to „nawet” w kontekście ostatnich trzech sezonów brzmi, ale wtedy było określeniem nader adekwatnym) trzystu punktów. Tylko trzy razy był w 10-tce, przy czym najwyższym miejscem, jakie wywalczył, była szósta pozycja w zawodach w Rosji. Efektem zaledwie 22. miejsce w klasyfikacji generalnej na koniec sezonu (BTW: ilu by chciało, choć raz w żywocie, na takiej pozycji w tej klasyfikacji wylądować). Największy cios spotkał Kamila na imprezie mistrzowskiej, którą tamtej zimy były mistrzostwa świata w lotach. Tam Polak, chyba jako jeden z bodaj pięciu skoczków (oprócz Stocha były to same, i to takie ewidentne, ogony), nie awansował nawet do konkursu głównego. Ponieważ wyniki uzyskiwane w tamtym sezonie przez kilku innych polskich skoczków, których zdobyczy punktowych nie można było pod żadnym, nawet naciąganym, pozorem powiązać z selekcjonerem, bo nawet w sezonie trenowali wtedy z zupełnie innymi trenerami, były niewiele gorsze od wyników Kamila, to czara się przelała i PZN zdecydował się wreszcie na zmianę głównego szkoleniowca. Zgodził się na to również w końcu główny hamulcowy wszelkich zmian w tej materii, czyli pan prezes. Nowym cooachem Polaków zaraz po tamtym sezonie został Horngacher. Przed polskimi skokami zaczęły się znów rysować piękne perspektywy. Tym bardziej przed Kamilem Stochem.
c.d.n.




Komentarze
Pokaż komentarze