W sezon 2011/12 wszedł Kamil Stoch w nowej roli. Roli zarezerwowanej dotychczas dla Adama Małysza. Roli bardzo odpowiedzialnej. I z tej roli Polak świetnie się wywiązał. Nie tylko zresztą w omawianym sezonie. Ciągnął ten wóz przez kilka dobrych lat sam, a kolejnych kilka wraz dwójką, którą wcześniej wielu, w tym ja, skreśliło z listy potencjalnych sukcesorów Małysza. O tej dwójce jednak może kiedy indziej. Dziś interesuje nas stricte tylko Kamil.
Adama Małysza brakło, ale my dalej mieliśmy lidera reprezentacji z prawdziwego zdarzenia. Stoch, po raz pierwszy w historii swoich startów w PŚ, wyskakał tamtej zimy ponad tysiąc punktów. Dokładnie było ich 1078. Dało mu to na mecie w Planicy piątą lokatę w generalce. Oczywiście najwyższą, jaką do tamtej pory wywalczył. Wygrał konkursy w Zakopanem i Predazzo, ale oprócz tego jeszcze pięciokrotnie stał na podium. W aż 18. konkursach można było znaleźć jego nazwisko w czołowej 10-tce. Jakby tego było mało to jeszcze, też po raz pierwszy w karierze, złapał się do najlepszej 10-tki na mistrzostwach świata w lotach. Było pięknie, jednakże wszystko co najlepsze w skokach miało Stocha dopiero spotkać.
A się przez chwilę nie zanosiło, bo drugi sezon liderowania polskim skokom, czyli sezon 2012/13, rozpoczął Kamil katastrofalnie. Jeden, słownie: JEDEN PUNKT w dwóch konkursach w Lillehammer i BRAK AWANSU DO ZAWODÓW GŁÓWNYCH w Kuusamo gdzie, na szczęście, był tylko jeden konkurs indywidualny. Musiało być rzeczywiście źle, skoro zamiast na zawody w Rosji, wrócił do kraju i pojechał do Ramsau trenować na „bocznym boisku”. I pomogło. Od Engelbergu do końca sezonu stanął 5 razy na podium (w tym 2 zwycięstwa w Kuopio i Trondheim), 11-krotnie w 6-tce, 17 razy w 10-tce i 20 razy w czołowej 15-tce. Byłoby pewnie oczko, ale raz go, w Klingenthal, w drugiej serii zdyskwalifikowano i wylądował, tak jak w Lillehammer, na miejscu 30. Oprócz wspomnianego katastrofalnego początku, wspomnianej dyskwalifikacji i jednej wpadki na „małej francy” w Lahti Stoch nie zajął w sezonie miejsca niższego niż 14. Jeszcze raz tylko był w drugiej 10-tce (11. w pierwszym konkursie w Planicy), a tak to każdy start kończył miejscem wśród 10. Najlepszych skoczków zawodów. Przez cały sezon uzbierał 953 oczka i na koniec zimy stanął na podium dla najlepszych skoczków sezonu. Na razie na najniższym, ale wszystko ma swój czas. Największy sukces odniósł jednak nie w PŚ, a w MŚ, które odbyły się w lutym w Predazzo. Najpierw, na malej skoczni, doprowadził się do nieziemskiej złości (pamiętam jaki był wściekły) spadając z drugiego miejsca po pierwszej serii na, zupełnie nie zadowalające go, ósme po finale. Pięć dni później promieniował zwyciężając i zdobywając w sposób niepodważalny tytuł mistrzowski na skoczni dużej. Tym samym wyważył drzwi blokujące mu dotąd dostęp do tej najściślejszej światowej czołówki. Poprowadził też we Włoszech naszą reprezentację do pierwszego w historii drużynowego medalu na imprezie mistrzowskiej. Głównie dzięki jego fantastycznej postawie (wygrał klasyfikację indywidualna tego konkursu) zdobyliśmy w Predazzo brąz. Mogło być nawet srebro, ale brakło do niego 0,8 punktu.
Po tak znakomitym sezonie poprzednim wszyscy ostrzyliśmy sobie zęby na to, co stanie się zimą 2013/14. I rzeczywiście. Było jeszcze piękniej. 6 wygranych konkursów w sezonie (po kolei: Neustadt, Engelberg, 2xWillingen, Lahti i Kuopio), 12 podiów, 16 razy w szóstce, 21 w 10-tce. 25 punktowań na 26 konkursów (ten jeden to wpadka w Klingenthal). To wszystko złożyło się na pierwszą Kryształową Kulę. Wymagała zdobycia 1420 pucharowych punktów. I to była jedna strona sezonu. Druga, igrzyska olimpijskie w Soczi, okazała się czymś, czego polskie sporty zimowe jeszcze nie doświadczyły. Reprezentant Polski zdobył dwa złote medale w jednej dyscyplinie. Dyscyplinie, gdzie nie rozgrywa się, tak jak np. w panczenach czy biegach narciarskich, iluś tam konkurencji indywidualnych, a tylko dwie. I Kamil Stoch tego dokonał. Takich skoczków w historii można policzyć na palcach jednej ręki. Aż tak wiele czasu od tamtej pory nie minęło, ale na wszelki wypadek napiszę. To jest do tej pory NAJWIĘKSZE OSIAGNIĘCIE POLSKIEGO SPORTU jak chodzi o dyscypliny zimowe. I pewnie jeszcze trochę czasu nim będzie. Sezon uzupełnił Stoch piątym miejscem na MŚ w lotach w Harrachovie. Byłoby pewnie lepiej, bo był cały czas w top-formie, ale pogoda storpedowała zawody i skończyło się na jednej serii, w której akurat skok Stochowi wyszedł taki sobie. Mimo usilnych prób organizatorów zawody nie mogły się odbyć w normalnym formacie. Piąte miejsce było oczywiście najwyższym, jakie Stoch, do tamtej pory, na tego profilu zawodach wywalczył.
Euforia w jaką wpadł po tamtym sezonie naród nie była do końca porównywalna z tą, z jaką mieliśmy do czynienia w roku 2001 przy wybuchu wulkanu Adam Małysz, ale aż tak wiele jej nie ustępowała. Nie ma się co dziwić. Znów to Polska miała w rękawie największy atut w postaci skokowego światowego asa pik. I cała sportowa Polska rzeczywiście piała z tego powodu z zachwytu.
c.d.n.


Komentarze
Pokaż komentarze