Nie wypada pisać, że powiesił narty na tym kołku WRESZCIE, bo tej klasy skoczkowie mają prawo kończyć kariery wtedy, kiedy chcą. Jedni, tak jak Adam I Wielki choć Mały(sz), w glorii i chwale. Inni, tak jak m.in. właśnie Stoch, o jakiś czas za późno.
To znaczy z mojego punktu widzenia, do którego prawo też mam i je właśnie egzekwuję, ale nie upieram się przy tym, że każdy musi uważać tak, jak uważam ja. No bo skoro można kaleczyć tak długo jak Ammann czy, jeszcze lepiej, Kasai, po to by już tylko historycy pamiętali, że nie zawsze obaj byli na końcu stawki, to dlaczego nie można tego robić tylko przez dwa albo dwa i pół, niech będzie trzy, sezony?
Dość ględzenia. Nie pora narzekać, gdy idzie o tak wybitną postać.
Mamy, my polscy kibice skoków narciarskich, w porównaniu z kibicami wielu innych dyscyplin, ogromnego farta. Od początku tego wieku, można napisać nawet, ze od jego zarania, towarzyszyło nam, a może i dalej towarzyszyć będzie (to zależy od takiego jednego 19-latka), niesamowite szczęście. Ewidentne symptomy były już wcześniej, ale wybuch wulkanu nastąpił praktycznie dokładnie na przełomie poprzedniego i obecnego wieku. Przez pierwszych 11 lat XXI stulecia Adam Małysz powodował, że widownia skoków narciarskich była w Polsce większa od widowni wszystkich innych sportów razem wziętych.
Kiedy kończył karierę, przez chwilę wydawało się, że pozostaną po nim tylko wspomnienia i nieutulony żal, a skoki popadną w ruinę. Tymczasem praktycznie od razu, jak grzyb po deszczu, wyrósł przy nim Kamil Stoch. Ostatni konkurs w karierze Małysza był wręcz kultowy. Na mamucie w Planicy zawody wygrał Stoch, a Małysz stanął na podium przekazując jakby pałeczkę młodszemu o 10 lat koledze. I momentalnie po erze Małysza nastała era Stocha.
Była zupełnie inna od tej Małyszowej. Po pierwsze Kamil po kilku latach występowania, tak jak wcześniej wiślak, w rodzimym teatrze jednego aktora, doczekał się bardzo wartościowego wsparcia. Dwóch z jego kolegów zaczęło stanowić niewiele ustępującą mu siłę. Po drugie po tych kilku latach Polska wreszcie doczekała się trenera z prawdziwego zdarzenia w postaci Horngachera. Miał więc Stoch zdecydowanie od Małysza łatwiej.
Ale sukcesy osiągnął równie wielkie. Wg niektórych nawet większe. Nie mi to teraz rozstrzygać. Niech się inni sprzeczają.
Ponieważ to jest tekst o Stochu, to podam tu jego osiągnięcia. Kogo interesują konkretne zdobycze Małysza, może sięgnąć do moich prehistorycznych tekstów na portalu „skokinarciarskie.pl” lub do tysiąca innych dokumentów, które to swego czasu opisywały. I wyrobić w sobie opinię, które to osiągnięcia bardziej mu imponują. Mnie, i to bardzo, imponują i te, i te. Dlatego staram się unikać wydawania sądów w tej sprawie. Jest faktem bezspornym, że mieliśmy dwóch absolutnie wybitnych skoczków narciarskich. I jest faktem równie bezspornym, że byli od siebie bardzo różni. Jedno co ich łączy to na pewno to, że obaj osiągnęli w tym sporcie tyle, że będą zapamiętani do końca istnienia tej dyscypliny sportu. Czyli, miejmy nadzieję, na zawsze.
Jak trochę wody w Wiśle i Odrze upłynie to, być może, skuszę się jednak na jakieś porównanie tych dwóch niesamowitych postaci. Tak w PŚ, jak i na imprezach mistrzowskich. Natomiast dzisiaj na to na pewno nie pora. Dzisiaj wypada skupić się na Kamilu. No więc z nich dwóch już tylko o Kamilu dalej będzie.
W Pucharze Świata Stoch zaczął skakać bardzo wcześnie. Nie aż tak wcześnie jak Murańka czy Kot, ale pełnoletni jeszcze nie był. Nie miał nawet 17. lat. Początek pucharowej kariery miał, tak jak znakomita większość skoczków, średnio udany. Zadebiutował w I lidze w sezonie 2003/04 konkursem w Zakopanem. Zajął w nim przedostatnie, bo 49., miejsce. Po roku, w tej samej lokalizacji, był 44., a do drugiego konkursu się nie dostał, bo przepadł w kwalifikacjach. Po kolejnych jednak zawodach, w których startował, było już wiadomo, że mamy do czynienia z wielkim talentem.
W próbie przedolimpijskiej w Pragelato Kamil skończył zawody na fantastycznej, siódmej, pozycji, plasując się w dodatku dwa miejsca wyżej od Małysza, który przecież chwilę wcześniej wygrał dwukrotnie w Zakopanem. Wyskok był jednorazowy (do końca sezonu Polak, startując jeszcze w czterech bodajże lokalizacjach, nie zdobył już żadnych punktów, a na imprezie głównej, czyli MŚ w Obertdorfie, też mu najlepiej nie poszło), ale dzięki temu na pewno przestał być skoczkiem anonimowym. Wynik uzyskany we Włoszech spowodował, że został 53 narciarzem tamtej edycji PŚ. I trzecim najlepszym Polakiem (po Małyszu i Matei) i czynił zeń jednego z faworytów zbliżających się MŚJ. 25 marca 2005 roku nasz junior zaprzepaścił jednak swoją wielką szansę na wielki sukces. Byłby te mistrzostwa pewnie wygrał lub, w najgorszym razie, był drugi, ale się przewrócił. Skończyło się na miejscu ósmym.
Kolejny sezon nie był na pewno na miarę rozbudzonych rok wcześniej oczekiwań. Tak jego, jak i kibiców. Przynajmniej jak chodzi o Puchar Świata. Skończyło się na 5. punktowaniach, z czego dwa najlepszy miały miejsce w Polsce. Dwukrotnie zajął w Zakopanem miejsca w drugiej 10-tce. Pozostałe 3 razy to lokaty w 3-ciej dziesiątce w Kuusamo, Harrachovie i Ga-Pa. W całym sezonie 41 pucharowych oczek i 45. lokata w generalce. Lepiej wypadł lutowy debiut Kamila na igrzyskach olimpijskich. Zanotował bardzo obiecujący występ. W każdym razie 16 lokata na skoczni mniejszej i 26 na dużej na przyszłość źle nie wróżyły. Było, co prawda, paru zawiedzionych bo, po zajęciu przez Polaka wysokiego miejsca na tej samej skoczni rok wcześniej, ostrzyli sobie zęby na znacznie więcej, ale ci mający realny ogląd na sprawę, włosów z głowy na pewno nie rwali. Przynajmniej z powodu Stocha. I taki sobie jego występ na MŚwL w Kulm (wraz z Hulą nie weszli do finałowej 30-tki) tej oceny nie zmienił.
No i progres nastąpił. Już kolejnej zimy. Pod wodzą nowego trenera kadry, Hannu Lepistoe,19-letni Polak skakał dość równo przez cały sezon, skutkiem czego w klasyfikacji generalnej na koniec sezonu załapał się do czołowej 30-tki. W generalce z Polaków słabszy był tylko od przeżywającego wówczas, jak niektórzy pamiętają, renesans formy, Adama Małysza. Raz w czołowej 10-tce (9. miejsce w Bischofshofen), sześciokrotnie w drugiej i tyleż lokat w trzeciej. To wszystko złożyło się na rzeczoną 30 pozycję i 168 pucharowych oczek. Jeśli dodamy do tego bardzo dobrą postawę na MŚ w Sapporo, gdzie dwukrotnie był bardzo blisko czołowej 10-tki (zajął 13 lokatę na skoczni dużej i 11 na małej), to można z pewnością mówić o dużym kroku naprzód zrobionym w tamtym sezonie przez Kamila w jego drodze na szczyt.
c.d.n.




Komentarze
Pokaż komentarze (1)