Spotkało nas w ten weekend, jako kibiców polskich skoków narciarskich, wszystko co najgorsze. Tak beznadziejnych wyników jak łącznie w piątek, sobotę i niedzielę, nie uzyskaliśmy bowiem od lat. Wielu lat.
To tylko zresztą dopina klamrą nasze bardzo słabe wyniki, które nasz zespół osiągał w ciągu całego sezonu. Bo tak beznadziejnego sezonu Polska, jako drużyna, nie miała w Pucharze Świata w całej erze, nazwijmy ją, pomałyszowej. Ostatni sezon, kiedy uzbieraliśmy w sumie mniej punktów niż w obecnym, miał miejsce, uwaga, zimą 2007/08, w którym to lub po którym (proszę wybaczyć zawodną pamięć) Małysz zdecydował się uciekać od Kruczka do Lepistoe. Wtedy cała Polska reprezentacja wywalczyła, cuzamen do kupy, bite 804 pucharowe punkty. Z czego 632 Adam, a 157 Kamil. I to było, proszę Państwa, 18 lat temu! Potem jeszcze dwukrotnie, w sezonach 2008/09 i 2009/10, nie byliśmy w stanie do tych 2000 punktów dobić, ale i tak ugrywaliśmy ich, odpowiednio, 1574 i 1806. Od sezonu 2010/11 nie zdarzyło się, żeby polscy skoczkowie kończyli zimę z kontem poniżej 2000 punktów. A teraz? Teraz, Moi Drodzy, nasz łączny urobek wyniósł dokładnie 1258 oczek. Od piątej Norwegii dzieli nas ich ponad 1500! Siódmą Finlandię, dla której ostatnie 15 lat to, jak chodzi o skoki, nie tyle był dołek, ile dużo bardziej odpowiednim określeniem byłoby „Rów Mariański”, wyprzedziliśmy o całe 132 punkty. Przy czym po igrzyskach my zdobyliśmy w sumie tych punktów całe 115, a Finowie niemal 450. Jeszcze ze dwa konkursy i zajęlibyśmy na koniec zimy siódmą pozycję w stadzie. Nie notowaną od sezonu 2008/09, kiedy to kończyliśmy Puchar Świata na miejscu nr 8. Przy czym, jak wspomniałem wyżej, tych punktów było wtedy ponad 300 więcej.
Jeszcze jedno. Po raz pierwszy od nie wiem jakiego czasu w konkursie finałowym w Planicy reprezentował nas tylko jeden zawodnik. I proszę nie mówić, że gdyby nie kontuzja Tomasiaka, to byłoby ich dwóch, bo gdyby nie kontuzja Hoerla, to dalej byłby tylko jeden. W klasyfikacji generalnej na koniec sezonu wśród 30-tu najlepszych skoczków można znaleźć tylko jedno polskie nazwisko. W dodatku w trzeciej 10-tce. W kolejnym dodatku jedyny reprezentujący nas skoczek zajął w nim dopiero trzydzieste miejsce. Kiedy mieliśmy do czynienia z podobną sytuacją? Otóż nigdy. Nawet jak skakał w finale jeden Polak, to zawsze wywoził z niego więcej niż jeden punkt. A z gorszą? Ostatni raz polskiego narciarza nie było w finałowych zawodach sezonu jeszcze w ubiegłym wieku. Musimy się cofnąć aż do sezonu 1998/99. Wtedy to najlepszy z Polaków, Robert Mateja, zakończył sezon na miejscu nr 39 (zdobył wszystkiego równe 100 punktów), a w Planicy, przy czym wtedy w ostatnim konkursie sezonu nie skakało jeszcze tylko 30. skoczków, 30. pozycję zajął 21-letni Adam Małysz (Mateja był 32.)
Obrońcy sztabu szkoleniowego wyskoczą pewnie zaraz z argumentem, że najważniejsze były igrzyska, a tam zdobyliśmy trzy medale. Owszem, to jest mocny argument. Tylko tyle, że zdobył te trzy medale praktycznie jeden Kacper Tomasiak. Junior, który do sezonu przygotowywał się poza kadrą Maciusiaka. Paweł Wąsek, który mu towarzyszył w konkursie duetów, miał praktycznie ten jeden dobry konkurs w całym sezonie. Poza tym, tak przed, jak i po igrzyskach, skakał zupełnie potrącony przez samochód. Forma, którą imponował sezon wcześniej pod okiem Thurnbichlera, ulotniła się jak kamfora. I nagle, cudownie i na jeden konkurs, się odnalazła. Dla mnie takie dziwne trochę. Szczególnie teraz, jak się na to popatrzy z perspektywy całego sezonu.
Nie chcę już pisać o tym, co wyprawiali przez cały sezon dotychczasowi liderzy kadry, bo jaki był koń każdy widział. Ale dwóm panom muszę po dwa zdania poświęcić. Dawid Kubacki i Aleksander Zniszczoł byli motorami napędowymi przepędzenia Thomasa Thurnbichlera z piastowanej przez trzy lata funkcji głównego trenera. Atmosfera była zła podobno i z dnia na dzień się pogarszała tak, że dalsza współpraca była niemożliwa. No i ok. Thurnbichler poszedł w odstawkę. Ale w jeszcze większą odstawkę po jego odejściu poszła forma tych dwóch zawodników. I to nie było tak, że obaj mieli kryzys. Przez cały sezon, tak: PRZEZ CAŁY SEZON, nie dało się na skoki tych dwóch skoczków patrzeć. Od początku do końca. A to, co pokazał Kubacki w ostatni weekend, to było ścisłe nawiązanie do stylu i ksywy, które do niego przyległy w okresie zanim, na kilka sezonów, stał się jednym z najlepszych skoczków świata. Ze względu na zasługi, poniesione przezeń w tym czasie, nie będę tutaj tej ksywy przypominał.
Kamilowi Stochowi, który w dniu dzisiejszym zakończył pełną fantastycznych, ale również smutnych, momentów karierę poświęcę osobny tekst. Z pewnością zasłużył. Bez względu na to, jak się męczył przez ostatnie dwa, czy nawet trzy, sezony.
Jak się słuchało, dziś czy wczoraj, istotnych dla sztabu i dla całych skoków, osób, to można było odnieść wrażenie, że nie do końca wiedzą, co z tym fantem zrobić. Małysz zwalał wszystko na braki sprzętowe. Maciusiak w rozmowie ze Szczęsnym wyglądał na gościa, który zupełnie nie wie co jego podopiecznym dolega i jak im pomóc. Takie ogólniki, jakimi sypał przed kamerą, to i ja bym mógł z siebie wydusić. I to mnie, jako miłośnika tego sportu, bardzo martwi. No bo kto ma wiedzieć jak wyjść z tego bagna? Ja? Redaktor Szczęsny? A może pani Zosia spod baru? A sprawa nie dotyczy dwóch tygodni, tylko całego, okrągłego sezonu.
Czarno widzę najbliższą przyszłość. Mimo posiadania Tomasiaka. No chyba, że go, najlepiej dzisiaj, zabiorą daleko od obecnego sztabu i dadzą trenować tym, którzy go przygotowywali do właśnie zakończonego sezonu.
Jest jeszcze jedno rozwiązanie. Nowy sztab. Tylko czy ktoś będzie zdolny zrobić w tym kotle porządną remontadę? I kto? Bo jak zmieniać trenera, to na kogoś, kto się na tym zna. A nie jak kiedyś Tajnera na Kruczka i liczyć na kolejny wysyp samorodków.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)