Kolejna zima, zima 2019/20, przyniosła ze sobą następne cegiełki stanowiące materiał na budowę przyszłego pomnika naszego bohatera. Mimo, że w generalce ustąpił miejsca „aż” czterem rywalom, mimo, że na koniec sezonu nie był w PŚ najwyżej klasyfikowanym Polakiem i mimo, że wywalczył tamtej zimy dużo mniej pudeł niż w poprzednich sezonach. No i mimo, że nie było już na czele naszego sztabu Horngachera. No to po kolei. Ustąpił czterem rywalom, ale punktów wyskakał znów ponad tysiąc (1031). Przegrał z Kubackim, ale nie dlatego, że nie skakał na bardzo wysokim poziomie. Skakał. Tyle, że Dawid skakał jeszcze lepiej, notując zdecydowanie najlepszy sezon w karierze (trzy lata później ten wynik, punktowo i podiumowo, potrafił jeszcze zdecydowanie poprawić). Podiów w wykonaniu Kamila było ”tylko” pięć, ale za to trzy z nich najwyższe (Engelberg, Zakopane i Lillehammer), a w czołowej dysze, poza podium, był jeszcze tamtej zimy aż 13-krotnie. W każdych zawodach, w których brał udział, było ich razem 27, zdobył punkty. Z tego tylko dwa konkursy ukończył poza czołową 20-tką. Nie poszło mu w T4S, ale nie musiało, bo pierwsze skrzypce grał tam wtedy jego kolega z zespołu. Więc co miał mu Kamil chleb odbierać? Z powodu pandemii nie odbyły się tamtej zimy mistrzostwa świata w lotach. Przeniesiono je na następny sezon. Natomiast udało się rozegrać, choć nie w pełnym wymiarze, Raw Air. I Kamil Stoch go wygrał. Widać było, że na koniec zimy wyraźnie łapie formę. Na jego nieszczęście Norwegia, czyli kraj, gdzie miały się odbyć trzy ostatnie konkursy PŚ, nie dopuściła do ich rozegrania. Powodem był oczywiście strach przed rozprzestrzeniającą się pandemią. Sezon został skrócony i pozostało czekać na kolejny licząc, że ten zostanie rozegrany w pełnym wymiarze.
I, chwała Bogu, tak było. Nasz bohater rozpoczął tamten sezon nie wywołując amoku wśród kibiców, ale to o niczym nie świadczyło. Wszyscy mieli przecież w pamięci, jak zaczął się dla niego na przykład sezon, w którym zdobył swoje jedyne mistrzostwo świata. A początek zimy 2020/21 aż tak srogi jak start tej wspomnianej, dla Kamila na pewno nie był. Po prostu. Nie wyszła mu inauguracja w Wiśle, nie było go w czołówce w Ruce, a do Rosji nie pojechał. Nie pamiętam już czy dlatego, żeby poprawiać formę na treningach, czy z jakiegoś innego powodu. Ale chyba z tego, bo wrócił do Pucharu w Engelbergu i zanotował siedem zawodów, w których tylko dwa razy był poza podium, ale nawet wtedy nie wypadł z czołowej siódemki (drugi konkurs w Szwajcarii (7) i Konkurs Noworoczny (4)). W austriackiej części T4S i zaraz potem w Neustadt odniósł trzy pucharowe zwycięstwa z rzędu, co aż tak często mu się wcześniej w karierze nie zdarzało. Jak dobrze policzyć, to dwukrotnie. Raz w sezonie 2026/17, kiedy zwyciężył w Bischofshofen i zaraz potem w polskim tryptyku, i drugi raz rok później, kiedy odniósł te swoje słynne cztery zwycięstwa w T4S. Tamten sezon wrył się też w pamięć polskiego kibica z innego powodu. Stoch po raz trzeci zwyciężył w T4S. Oprócz wygranych w dwóch finałowych konkursach Turnieju był jeszcze drugi i czwarty w zawodach niemieckich. Jego wygrana w Turnieju była równie wyraźna i pewna jak dwie poprzednie. Wydawało się więc, że konkurencja, mimo że na razie Polaka wyprzedza, kolejny raz może nie mieć zbyt dużych szans w wyścigu po Kryształową Kulę. Tymczasem jednak… miała. Kamil spuścił z tonu już w drugich zawodach w Neustadt i do końca zimy odwiedził podium już „tylko” trzykrotnie, ani raz już nie lądując na miejscu pierwszym. Dziś wiemy, że wygrana w Neustadt była, niestety, ostatnim triumfem Stocha w PŚ. W tamtym sezonie, mimo że końcówkę zimy, konkretnie zawody w Vikersund i Planicy, miał podobną do tegorocznej, myśleliśmy wszyscy, że to tylko chwilowe obniżenie formy i przejdzie tak, jak przechodzi przeziębienie czy angina. Stało się nieco inaczej. Natomiast ta niezwykle słaba końcówka sezonu nie pozbawiła Kamila miejsca na końcowym pudle w wyścigu o Kryształową Kulę. Przegrał ten wyścig tylko z Granerudem i Eisenbichlerem, stając już po raz szósty na końcowym podium sezonu. Po raz trzeci był to stopień najniższy. Jeszcze jedna rzecz. Po raz 9. (i też ostatni, niestety) Kamil Stoch został na koniec zimy najlepiej punktującym Polakiem.
Bardzo ważnym elementem tamtego sezonu były, jak wspomniałem wyżej, przesunięte z sezonu wcześniej, z powodu pandemii, Mistrzostwa Świata w lotach. Odbyły się w nietypowym dla tej imprezy terminie, bo miały miejsce jeszcze w grudniu 2020 roku. Pewnie dlatego, żeby było, że się FIS zmieścił z ich datą w roku 2020. Nieważne. Wygrał w Planicy, bo tam się to odbywało, Geiger. Jak to Geiger. Psim swędem i pół punktu przed wielkim faworytem i będącym wówczas w wielkiej formie Granerudem. Polacy, jako drużyna, skakali bardzo dobrze, obronili zresztą dzień później drużynowy brąz z Oberstdorfu (mając dużą stratę do pozostałych medalistów, ale jeszcze większą przewagę nad czwartą Słowenią). Natomiast wszyscy ukończyli indywidualne zawody poza ścisłą czołówką. Najwyżej był siódmy Żyła, tuż za nim Stoch, 10-tkę zamknął będący wtedy w apogeum swojej formy Stękała. Czołową 15-tkę uzupełnił Kubacki.
Dużo gorzej poszło Stochowi na MŚ w Oberdtdorfie. Na małej skoczni był zaledwie 22. Na dużej niewiele lepszy, bo 19. Naród się tym aż tak bardzo nie przejął, bo świetnie zaprezentował się w Niemczech inny z Polaków. Piotr Żyła najpierw został mistrzem świata, a kilka dni później też powinien zdobyć medal. Niestety, otarł się tylko o brąz przegrywając o 0,3 punktu z latającym workiem na ziemniaki. Z Geigerem, znaczy. Co do Stocha, to medal na tych mistrzostwach jednak wyszarpał. I niewiele brakowało, żeby było to srebro. Nasza drużyna przegrała je z Austriakami ledwie o 4 punkty. Klasą samą w sobie był w tych zawodach Żyła, który indywidualnie był wyraźnie najlepszy z całej stawki. Tak to, w ogólnym zarysie, wyglądał ostatni sezon Kamila Stocha, w którym wygrał on pucharowe zawody. Dobił pod tym względem do Adama Małysza. Obaj mieli na koncie jednakową liczbę wygranych konkursów, po 39. Wydawało się, że jest kwestią czasu, kiedy młodszy z naszych mistrzów podmieni starszego w tabelach wszech czasów (Małysz był wtedy ciągle, za Schlierenzauerem i Nykaenenem, na podium, bo miał więcej od Stocha drugich i trzecich miejsc w konkursach). Polscy kibice czekali na następną zimę, która miała przynieść kolejne zwycięstwa i podia naszego lidera, a co za tym idzie zmianę w hierarchii polskich skoczków jak chodzi o ich starty w PŚ.




Komentarze
Pokaż komentarze