Ostatnio gwałtownie wzrosła ilość publikacji w mediach oraz wypowiedzi polityków na temat możliwej rosyjskiej inwazji na państwa Bałtyckie, co wywołało wzrost zaniepokojenia w europejskich społeczeństwach, nie wyłączając Polski. Warto więc spróbować dokonać analizy prawdopodobieństwa tak radykalnego posunięcia Kremla. Taka analiza powinna pokazać w miarę obiektywnie bieżącą sytuację militarną na styku Rosja - Zjednoczona Europa z uwzględnieniem potencjałów gospodarczych i politycznych, jak też wynikający z tego zakres decyzji strategicznych, które stoją przed Kremlem, ze szczególnym uwzględnieniem zasadniczych pytań - PO CO? oraz ILE NA TYM MOŻNA STRACIĆ? Przy czym musimy obowiązkowo założyć, że zarówno w szefostwie GRU jak rosyjskim Sztabie Generalnym nie służą sami durnie i potrafią w miarę obiektywnie wyliczyć skalę ryzyka poszczególnych wariantów działań.
W przypadku decyzji o agresji Rosji na Bałtyckie państwa, Kreml ma do wyboru dwa podstawowe warianty - 1. próba powtórzenia zajęcia Krymu przez "zielonych ludzików", np. estońskiej Narwy, zamieszkałej masowo przez Rosjan. Głównym celem takiej operacji będzie sprawdzenie determinacji samych Bałtów i państw Europy w odparciu bezczelnej prowokacji. W przypadku powodzenia Rosja osiągnie poważną przewagę mentalną nad ewidentnie tchórzliwym przeciwnikiem, co pozwoli spokojnie planować dalsze, już mocniejsze operacje obliczone na zastraszenie europejskich społeczeństw, co skłoni je do żądań porzucenia wsparcia Ukrainy. Zasadniczym zaś ryzykiem będzie osiągnięcia efektu wsadzenia patyka do gniazda szerszeni :-). Co gorsza, taka choćby niewielka agresja wobec państwa NATO stanie się niezależnie od rozwoju wydarzeń potężnym dzwonem alarmowym o zasięgu dosłownie światowym! W końcu byłoby to pierwsze zagarnięcie terenów chronionych przez Sojusz NATO w całej jego 80-letniej historii. Dlatego sukces tej ograniczonej inwazji wcale nie jest oczywisty, ponieważ Estończycy dobrze wiedzą, gdzie jest ich najsłabsze miejsce i na pewno podciągnęli pod Narwę rezerwowe oddziały.
2. Pełnoskalowa inwazja na Estonię i Łotwę z terenów rosyjskich z wyłączeniem Królewca oraz Białorusi. Po prostu w Królewcu po masowym przerzucie jego garnizonu na front pozostało zbyt mało oddziałów liniowych, a "Baćka" nie po to 5 lat broni się przed wciągnięciem do wojny z Ukrainą, aby teraz rzucić się na wielokrotnie silniejszego przeciwnika! Tylko usunięcie siłowe Baćki połączone z masową czystką w białoruskiej armii mogłoby zmienić sytuację, ale to samo byłoby wielkim alarmem dla sąsiadów, a zysk z takiej wypatroszonej armii mającej ginąć za Putina byłby minimalny. Żeby jednak rosyjskie wojska miały jakąś szansę, muszą skoncentrować co najmniej dwie armie, uzupełnione dziesiątkami tys. zmobilizowanych na jesieni poborowych. Przy obecnych środkach NATO-wskiego wywiadu nie ma mowy o ukryciu takiej operacji i Decydenci w Europie mają aż za dużo czasu, aby odpowiednio zareagować, choćby przerzucając posiłki z innych państw na pomoc. A to wprost prowadzi do otwartej wojny z NATO w najgorszym możliwym okresie dla Rosji.
Media na świecie alarmują, że rosyjskie deklaracje, prowokacje, przygotowania militarne dokładnie powtarzają sytuację wobec Ukrainy na jesieni i w zimie 2021 r. i świadczą o podjętej decyzji dotyczącej agresji na Bałtów na Kremlu. panuje przy tym ogólny lament o znacznie większej sile obecnej armii w porównaniu z 22 r., o rozpoczynającej się mobilizacji dodatkowych co najmniej 300 tys. poborowych i ogólnej słabości Europy, już nie mówiąc o porzuceniu sojuszników przez Trumpa w najgorszym momencie. Zacznijmy więc od podstawowej matematyki - w 21 r. potencjał gospodarczy i militarny Rosji był wielokrotnie większy od Ukraińskiego. W 26 r. potencjał Zjednoczonej Europy jest wielokrotnie większy od Rosyjskiego, jeśli chodzi nie tylko o gospodarkę, ale siłę militarną. Z powyższego równania wynika, że potencjał Europy jest KILKADZIESIĄT RAZY większy od Ukrainy w 21 r! A już z samą Ukrainą Rosja nie potrafi wygrać piąty rok, ponosząc ogromne straty. Wielu czytelników oczywiście zaneguje moje twierdzenie o tak wielkiej przewadze wojsk europejskich nad CAŁĄ rosyjską armią, problem w tym, że ogromna większość tej armii tkwi na ukraińskim froncie i w żadnym wypadku nie może go przecież opuścić pod grozą natychmiastowej ofensywy ukraińskiej na osłabione oddziały. Dlatego do wojny z Europą Kreml może rzucić pośpiesznie podszkoloną cywilbandę na siłę wyłapaną z ulic, nadająca się wyłącznie na jednorazowe armatnie mięso wobec doskonale wytrenowanych i wyposażonych zawodowców. Więc chyba wszyscy się zgodzą, że to raczej kiepski cel dla kolejnej agresji w środku morderczej wojny z poprzednim "celem":-)
Oczywiście wielu będzie argumentować, że żołnierzy (a także polityków) z Geiropy łatwo zastraszyć, chciałbym więc przypomnieć, że ta zagoniona knutem w kamasze zbieranina będzie miała na dzień dobry do czynienia nie tylko z zaciekłymi Bałtami, ale też największą lądową armią w Europie, czyli Polską. A sądząc z przebiegu walk polskich zmian w Iraku i Afganistanie, polscy żołnierze są coś mało strachliwi :-). Także jakoś nie widzę członków patriotycznej parawicy, jak się rzucają pod koła kolumn naszego wojska spieszącego z pomocą sojusznikom, gdy każdy wie, że następnym daniem będzie osamotniona po zdradzeniu sąsiadów Polska. Również na Kremlu w swoich kalkulacjach muszą brać takie "drobiazgi", jak natychmiastowa blokada gospodarcza i polityczna Rosji, czyli 80% eksportu i importu morskiego, przepadek wszelkich zasaów dewiz i fortun umieszczonych w Europie i pewnie w Ameryce, skokowy wzrost produkcji militarnej i właściwie pewnego użycia wielokrotnie silniejszego lotnictwa NATO do wsparcia walczących wojsk. A przecież pozostaje wręcz gardłowa kwestia reakcji Ameryki z jej potencjałem! Nawet pod panowaniem Trumpa szansa na pomoc amerykańską jest bardzo duża, a wtedy Rosja ma pozamiatane!
Równie ważna jest reakcja Chin, a jestem wręcz pewny, że Cesarz nie po to przyleciał do Waszyngtonu na konkretne i najwyraźniej korzystne rozmowy, aby przez głupotę swojego wasala wyrzucić całą skomplikowaną i delikatną politykę układów z Zachodem do kosza. W końcu to Europa jest jednym z najważniejszych importerów na świecie chińskich towarów, które inaczej by zatkały chińską gospodarkę. Gdyby Chiny naporawdę chciały poprzeć rosyjską agresję, zrobiły by to od dawna, a nie teraz, gdy Rosja się dusi w powójnym nelsonie Ukrainy i Europy.
Podsumowując, co prawda odpowiedzialni politycy, nie tylko w Polsce muszą wyprzedzająco ostrzegać przed możliwymi zagrożeniami, jednak absolutnie nie wierzę w tak szaleńczą decyzję Putina i jego Czekistów. Cała burza medialna pochodzi raczej z ich próby zastraszenia i zaszantażowania Europy, a szczególnie jej polityków. Dlatego będziemy oglądać wzmożone prowokacje, sabotaże, nasiloną propagandę, a nie podjęcie zwykłego samobójstwa.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)