Nie wiem jak to się stało ale do tej pory nie obejrzałem słynnego westernu “15.10 do Yumy”. A swoje lata przecież mam. I lubię ten gatunek filmu. Właśnie jestem po jego projekcji. Nie był to co prawda ten słynny z roku 1957 w reżyserii Delmera Daviesa z Glenem Fordem jak bandytą i postrachem kompanii Southern Pacific Benem Wade oraz Van Reflinem jak nieustraszonym Danem Evansem wiodącym go w ręce sprawiedliwości przed sąd Yumie. Obejrzałem remake w reżyserii Jamesa Mangolda z Russellem Crowe jako Benem Wade oraz Christianem Bale jak Danem Evansem. Ponieważ nie obejrzałem pierwowzoru wobec tego nie miałem problemu z porównywaniem go do tamtego dzieła a mogłem się skupić wyłącznie na fabule filmu.
A czegóż w tej fabule nie ma.
Jest zdradzona dziecięca miłość do matki, która nakazuje dziecku czytanie Biblii. Dziecko – Ben Wade – całą jej treść czyta w trzy dni. Ale mama nie wraca… Od tej pory nawet podczas swej zbrodniczej działalności rzuca cytatami z Biblii dostosowanymi do chwili.
Jest weteran wojny Północy z Południem – Dan Evans - uchodzący w oczach swojej rodziny za bohatera. Jak się później okazuje, nogę stracił w wyniki postrzału innego żołnierza ze swego oddziału. I nie brał w wyniku tego w żadnej bitwie. Ale chciałby być bohaterem dla swoich synów. Obecnie jest biednym farmerem, którego los dławi susza. Godzi się za śmieszną jak na moje wyobrażenia kwotę 200 dolarów– dla niego to góra pieniędzy – odstawić bandytę do pociągu do Yumy. Liczy, że za te pieniądze zbuduje studnię, która pozwoli jego rodzinie wieść dostatnie życie.
Są tchórzliwi stróże prawa, którzy wycofują się z transportowania bandyty licząc na pobłażliwość bandy próbującej odbić swego szefa (oj przeliczyli się, przeliczyli).
Jest nagły zwrot akcji, gdy okazuje się, że jeden członków z eskorty bandyty - łowca nagród – jest mordercą niewinnych dzieci i kobiet indiańskich. Staje się to w chwili gdy obraża on pamięć matki Bena Wade. Ben Wade w ataku szału, pomimo kajdanek na rękach sam egzekuje na nim sprawiedliwość strącając go w przepaść. Pozorny obrońca prawa zostaje srogo ukarany.
Jest też kuszenie Dana Evansa przez Bena Wade niebotyczną kasą tylko za możliwość stworzenia warunków do ucieczki. Dan Evans nie ulega.
Jest banda Bena Wade, która terroryzuje miasteczko. Banda oferuje jego mieszkańcom duże pieniądze za zastrzelenie każdego z członków eskorty ich szefa (myślicie, że nie było chętnych?). Ochotnicy giną jak muchy w strzelaninie.
Jest mityczna Yuma, której nie uniknie żaden łamiący prawo. Co prawda pociąg do Yumy się spóźnia ale przyjeżdża (znaczy się prawo może jest nierychliwe ale sprawiedliwe dla każdego).
I jest wielki narodowy projekt. Kolej. Która pchnie ten kraj na nowe tory.
I najważniejsze. Jest nagły zwrot w życiu bandyty, gdy uznaje konieczność poddania się prawu za swoje czyny i dobrowolnie wsiada do pociągu. Ale wcześniej zabija wszystkich członków swoje bandy. Oczyszczenie.
Dobro zwycięża zło. The End.
I tyle o filmie. Czy czegoś mi brakowało w tym remake? Muzyki ze starych westernów. Orkiestry symfonicznej z sekcją smyczków, jak w słynnych tematach Dmitrija Tiomkina. A może była tak doskonale wbudowana w film, że budowała emocje nie narzucając się? Kto wie. W każdym razie nie zapamiętałem jej. Ale z drugiej strony przecież doskonale pamiętam melodie z innych westernów. I czy coś jest w stanie dorównać muzyce z „Rio Bravo” lub „Białego Kanionu’?
I gdy stygłem od emocji filmu zadałem sobie pytanie: czym było to co przed chwila obejrzałem? Odpowiedź przyszła błyskawicznie. Zobaczyłem fragment Wielkiego Mitu Założycielskiego. Mitu, który spowodował, że niewielkie garstki uciekinierów ze Starego Świata oraz poszukiwacze przygód i ci, którzy przybyli tu „dla chleba, Panie dla chleba” stworzyli wielki naród. W tym Micie byli również Ojcowie Założyciele, którzy spisali na kilku kartkach to co jest potrzebne do tego aby człowiek mógł się pomyślnie rozwijać w bezpiecznym państwie. Sama nazwa tych kilku kartek była budująca: Deklaracja Niepodległości. Piękna opowieść. Piękna narracja jakby to dziś powiedzieć. Zdolna zmobilizować wielkie ludzkie masy do podjęcia cywilizacyjnego wysiłku.
Ale im bardziej emocje stygły i trzeba było myślami wracać do kraju nad Wisłą tym bardziej pojawiało się pytanie: czy był jakikolwiek Mit Założycielski III RP? Czy tym Mitem był Okrągły Stół? A może Magdalenka? A może Lech Wałęsa? Może ktoś wie, gdzie są zapiski z ustaleń z Magdalenki? Dlaczego nie towarzyszyły temu kamery telewizyjne? Amerykanie chronią swój zapis Deklaracji Niepodległości jak świętości. A co my jako obywatele RP wiemy jak wyglądała deklaracja niepodległości z Magdalenki? Z samych zdjęć zadowolonych z siebie i popijających wódeczkę dawnych wrogów trudno coś więcej wywnioskować poza tym, że wszyscy zrobili dobry dill. Ale co obywatel RP wie na ten temat? Czy może sobie obejrzeć na youtube film z magalenkowych ustaleń konstytuujących nowy porządek? Bajki. Dziś patrząc na zadowolonych z siebie beneficjentów dawnej komuny pytam się: na co poszły składki ubezpieczeniowe obywateli PRL-u a co do dziś odbija się na całej sferze ubezpieczeń społecznych? Czy „gruba kreska” dająca im profity a zamykająca pracę dla stoczniowców będzie tym co pozwoli dokonać cywilizacyjnego skoku w budowie autostrad z Wschodu na Zachód wzorem projektu Wetern Union i Southern Pacific? Bajki.
Andrzej Wajda kręci film o Lechu Wałęsie. Mój Boże. I od razu zły znak. W dniu, w którym rozpoczynają się zdjęcia w zapomnieniu w gdańskim hospicjum umiera Maryla Płońska, działaczka Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, uczestniczka strajku z Sierpnia 1980 roku. Jak to się plecie. Andrzej Wajda, niegdyś zagorzały zwolennik Przewodniczącego, potem gdy jego nieprzejednany wróg w czasach gdy Lech Wałęsa odebrał jego gazecie znak „Nie ma wolności bez Solidarności”. Ileż to bluzgów padło na Lecha w czasie „wojny na górze”. Siekierek, szabelek, puszczania w skarpetkach, siepaczy zamiast mleczarzy o 6 rano. A teraz powstanie film o Lechu Wałęsie. Jaki to będzie film? Czy film zarobi na siebie? Ja na pewno nie pójdę. Chociaż na "Człowieka z marmuru" szedłem z przekonaniem, że uczestniczę w wielkim wydarzeniu. Jak to się wszystko pozmieniało.
To będzie film o historii. Nie rozumiem, jak to? Historia ma być przecież zredukowana w nauczaniu młodego pokolenia. Przecież nam nie jest potrzebne rozdrapywanie ran a żywymi trzeba naprzód iść. A rozgrzebywanie historii Przewodniczącego jest zabronione bo to dobro narodowe. No chyba, że nauczycielem historii będzie Andrzej Wajda. A publiczność – głównie młodzież – dla której Sierpień 1980 jest równie odległy jak dzieje wojów księcia Piasta będzie ten film oglądać na przymusowych wycieczkach szkolnych. Ale Mitu Założycielskiego nie da się z tego już zbudować. Można jedynie odkurzyć mit. Ale on i tak runie.





Komentarze
Pokaż komentarze (4)