Był sobie kraj. Demokratyczny. Ba, zwór wszystkich demokracji. Prawie jak wzorzec zakopany w Sevres. Marzenie obywateli innych uciskanych państw. Miał swego prezydenta wybranego w bardzo demokratycznych wyborach. Ten prezydent mający legitymację władzy powoływał administrację do zarządzania krajem. Legitymacja jego władzy dawała stygmaty demokratyczności administracji, czyli po naszemu rządowi państwa. Modelowa sytuacja demokratycznej władzy namaszczonej przez obywateli. Żadnych lewych działań, pełna jawność wobec suwerena. Nazwijmy ten kraj Ameryką. Nie jest nazwa prawidłowa, ale tak nazywali ten kraj przybysze z innego kraju, o którym poniżej.
Było też sobie naród. To Polacy. Naród, z którego wywodzili się ci, którzy walczyli o niepodległość Ameryki bo swojego państwa podówczas nie mieli. Potem to państwo uzyskali. Ale zostali napadnięci przez sąsiadów z lewej strony na mapie. 17 września 1939 roku niespodziewanie i bez wypowiedzenia wojny zostało to państwo napadnięte przez sąsiada po prawej stronie na mapie. Wzięli oni bezprawnie do niewoli polskich żołnierzy, którzy nie stawiali im oporu po czym ich bestialsko zamordowali.
Wojsko Polskie na Zachodzie – aliant Ameryki w II Wojnie Światowej - było w świetle prawa międzynarodowego kontynuacją tego wojska, którego żołnierze zostali zamordowani w Katyniu.
I teraz okazuje się, po prawie 70 latach, że demokratyczne władze Ameryki – nasz aliant - fakt tego mordu na polskich oficerach ukrywały przed swoim suwerenem i przed całym swiatem. Prezydent Roosvelt posuwał się nawet to bardzo zabawnego jego zdaniem stwierdzenia, że lud mieszkający pomiędzy Bugiem i Odrą mówi po… rosyjsku. Przez dziesiątki lat władze demokratycznego kraju mataczyły, tuszowały i ukrywały prawdę o zbrodni katyńskiej stając się pomagierami komunistycznego aparatu kształcenia młodego pokolenia w Polsce, któremu wmawiano kłamstwa o tej zbrodni.
Co chciano uzyskać w ten sposób? Czy ktoś może zaręczyć, że milczenie w tej sprawie mogłoby mu przysporzyć uznania w oczach Stalina? Czy ktoś może zaręczyć, że w ten sposób uratowano świat przed zagładą nuklearną? Pomimo ukrywania tego faktu „zimna wojna” i tak trwała dziesiątki lat. A wybuch III Wojny Światowej wisiał kilka razy na włosku. Jak ten fakt odbiorą żyjący jeszcze obywatele Ameryki, który nie dowierzali Polakom mówiącym o tej zbrodni i pokładali zaufanie swym demokratycznie wybranym prezydentom i ich administracjom? Te pytania rodzą zasadnicze pytanie: ile jeszcze było takich spraw, w których suweren był oszukiwany? Bo ja nie mam tu wątpliwości: jedna taka sytuacja powoduje, że dalej jest już tylko „z górki”. Ile jest takich spraw dziś?
Wróćmy na nasze podwórko. Dziś, gdy dostrzegam zaniedbania, zaniechania, mataczenia w dochodzeniu do prawdy oraz nagonkę medialną wobec stawiających pytania w sprawie Katastrofy Smoleńskiej nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zachodzi podobieństwo tych zdarzeń. Ale wiem -za Józefem Mackiewiczem – że „tylko prawda jest ciekawa” i ciągle znajduje swoich odkrywców. Natomiast każde kłamstwo wymaga ciągłych inwestycji. Ale kiedyś te źródła po prostu wyschną. Tak jak wyschło źródło kłamstwa katyńskiego. Z Katynia do Smoleńska jest przecież blisko.



Komentarze
Pokaż komentarze (41)