Po obejrzeniu filmu nakręconego przez norweskiego komika i antropologa z zawodu Heralda Eia oraz po oświadczeniu polskiej feministki i genderystki, że abortuje swoje dziecko na Wigilię uświadomiłem sobie bardzo prostą prawdę: gender jest szansą dla matołów. Gdyby nie ta szansa byliby przeciętnymi w całej swoim umysłowym ubóstwie. Nikt i nigdy nie usłyszałby o nich w szerszej skali. Kisiliby się w swoim niespełnieniu i swojej miernocie. A tu proszę – szalanda! jak mawiają wróżki w bajkach – i kopciuch ma szansę na swój bal, na swoje pięć minut zaistnienia.
Teraz słychać, że na uniwersytetach jak grzyby o deszczu powstają instytuty gender. Nagle jest kasa (skąd?), są też oczywiście chętni-przeciętni. Na instytutach gender nie trzeba rozwiązywać skomplikowanych równań różniczkowych, nie trzeba dowodzić twierdzeń, nie trzeba budować skomplikowanych modeli i dowodzić matematycznie ich sensu, nie trzeba prowadzić żmudnych badań socjologicznych i nie trzeba opracowywać wyników badań przy użyciu całego aparatu metod statystycznych, nie trzeba ślęczeć nad materiałami z archiwów. Nic z tych rzeczy. Wystarczy wyklepać na pamięć zestaw aksjomatów i powtarzać je przy każdej okazji. Obowiązkowo trzeba też mieć bolszewicki, rewolucyjny zapał i nienawiść do tego co tradycyjne, ugruntowane od prehistorii.
Matole, nie czekaj. Wal jak w dym. Nie matura a chęć szczera zrobi z ciebie profesora gendera!


Komentarze
Pokaż komentarze (2)