Skojarzenia odległe.
Pierwszy widok. Znajomy, którego los zatrzymał w czasie stanu wojennego w Szwecji wspominał, że przechadzając się po ryneczku miasta w jakieś niedzielne popołudnie trafił na wiec agitacyjny miejscowych lewaków. W pewnym momencie podszedł do niego młody agitator wręczając mu ulotkę zawierającą pochwałę komunizmu. Znajomy odpowiedział agitatorowi:
- Jestem z Polski stanu wojennego.
- A, to przepraszam – odpowiedział agitator i pospiesznie się oddalił się.
Drugi widok. Wywiad w gazecie „ludzi rozumnych”, gdzieś w okolicach pierwszych kontraktowych wyborów lub okrągłego stołu, czyli prawie ćwierć wieku temu. Wywiad-rozmowa pomiędzy redaktorem naczelnym a przywódcą lewackiej rewolty z Paryża z 1968. Sens rozmowy sprowadzał się do tego, że rewolucjonista beształ red-nacza za rewolucyjną opieszałość. Red-nacz tonował w sposób, który można opisać w zdaniu: „Daniel, jeszcze nie teraz, jeszcze nie czas”.
Trzeci widok. Obejrzałem film „Children of men”. Rok produkcji 2006. Ot, takie tam filmidełko katastroficzne jakich wiele. Przynajmniej tak się wydawało na początku. Fabuła jest bardzo prosta. Ludzkość traci zdolność do rozmnażania się w niezrozumiały sposób. Oczywiste jest, że ostateczna zagłada jest kwestią jednego pokolenia. Chaos i anarchia. Prześladowani uchodźcy pilnowani przez tępych, uzbrojonych po zęby gliniarzy. Gliniarze mówią łamanym angielskim i ćpają „zioło”. Sprawiają wrażenie bezmyślnych, brutalnych robotów. Naokoło dżihad muzułmański i lewacki. Blokowiska jako wyłączone spod jurysdykcji terytoria. Terror i gwałt. Na tym tle przyjaciel głównego bohatera do złudzenia przypominający Lennona, żyjącego jakby w enklawie poza tym wszystkim a przy okazji sprzedający „zioło” glinom, o których wyraża się per „faszystowskie świnie”. I nagle okazuje się, że główny bohater filmu ma przemycić ciemnoskórą dziewczynę z tego piekła gdzieś na wybrzeże Anglii. Po drodze krew się leje i nie wiadomo kto jest kim. I nagle okazuje się, że ta dziewczyna jest w ciąży (na dodatek nie wie z kim) i jego zadaniem jest dostarczenie jej do czegoś co się nazywa „Projekt Ludzkość”. Wątki się zaczynają i rwą nie wiedzieć po co i dlaczego. Wiadomo tylko jedno, ten „Projekt Ludzkość” to jest jakaś Nowa Arka. Dziewczyna sama o sobie mówi, że jest dziewicą i przyznam, że zaczyna mi od tego momentu z tego filmu walić zapachem siarki. Bohater przedziera się z dziewczyną przez nieprawdopodobne strzelaniny, krew leje się strumieniami i nagle trafia do domu jakieś zaufanego człowieka z tego „Projektu” i włos mi stanął dęba na głowie. Kamera przesuwa się powoli po jego mieszkaniu gdzie na szafkach stoją jakieś pamiątki rodzinne, zdjęcia i nagle pokazuje ni mniej ni więcej… popiersie Lenina! Kamera przesuwa się dalej i ściany są wylepione plakatami ze zdjęciami Lenina! W trakcie tego wszystkiego dziewczyna nie może już dalej ukrywać swojej ciąży i rodzi dziewczynkę. Przechodzi z nią przed szpalerem zakutanych po zęby oddziałów pacyfikacyjnych policji, część z tych policjantów na jej widok przyklęka i żegna się po chrześcijańsku. Po czym rozpoczyna dalsze ostrzeliwanie blokowiska uchodźców. Ostatecznie bohaterowi udaje się dotrzeć łodzią do umówionej boi na morzu, do której podpływa statek „Tomorrow”. Czyli jutro.
Ciekawe, jak wielu oglądających ten film skojarzyło sobie, że w tym filmie w pozytywnym świetle pokazany został jeden z największych zbrodniarzy w dziejach świata. I nie chodzi tu wcale tylko o ogłupionych obywateli tak zwanego kiedyś „wolnego Zachodu”. Tam jest taka mnogość pożytecznych idiotów, którym można wcisnąć każdy kit czego przykładem byli zaczadzeni komunizmem intelektualiści zachodni, którzy nie chcieli widzieć radzieckiego terroru a widzieli w nim krainę mlekiem i miodem płynącą. Jestem pewien, że w naszym kraju będzie bardzo wielu widzów, których wzrok oswoi się – zupełnie nieświadomie – z Leninem jako wybawcą ludzkości. Jakie skojarzenia zapamięta z tego filmu ktoś, dla kogo komunizm realny to historia opowiadana przez oszołomów?
Pani Joanno Szczepkowska! Komunizm nie upadł 4 czerwca 1989 roku. Wielka armia ludzi związanych z utrzymaniem w ruchu wielkiej machiny komunistycznej rozpłynęła się tylko jak zjawa we mgle i wsiąkła w ziemię jak woda. Przepoczwarzyła się i z zmieniła całkowicie swoje oblicze. Z oprawców zmieniła się w gorących zwolenników wolności bez granic. Z zaprzysięgłych i wojujących przeciwników Kościoła przemienili się w zatroskanych o jego losy. Ale do czasu. Właśnie coraz częściej pojawiają się głosy wychwalające komunizm, niczym w dawnych muzeach ateizmu robi się jaja z wiary i religii. Wychwala się nieposłusznych księży, o których powstają błyskawicznie opasłe książki wydawane rekordowym tempie. Zachęca się do buntu przeciwko biskupom i do tworzenia czegoś na kształt komunistycznego kościoła księży patriotów. Do dobrego tonu należy złożenie oświadczenia, że nigdy się nie obchodziło świąt Bożego Narodzenia w swoim rodzinnym domu. Kobieta zabija swoje dziecko w Boże Narodzenie i uzyskuje na „fejsie” poklask i uznanie.
Widząc to co się teraz dzieje dochodzę do wniosku, że te komunistyczne przetrwalniki, na zewnątrz prezentujące swoje dogłębne przywiązanie do wolności i demokracji wyhodowały na swojej piersi poczwarki, którym do snu zamiast bajek opowiadały legendy o Leninie i wielkich budowach komunizmu, o odwracaniu biegu rzek i użyźnianiu pustyń, o wielkich planach 5-letnich, o pracy dla wszystkich i równym podziale chleba, o walecznym Feliksie Dzierżyńskim, o głupich kułakach i pazernych klechach i niezwyciężonej braterskiej Armii Czerwonej. Kołysząc je na kolanach nucili im do ucha Międzynarodówkę. Przy zasłoniętych zasłonach ubierali je w pionierskie chusty i uczyli je rytmicznie maszerować – w na razie w miękkich kapciach – oraz uczyli je śpiewać – na razie po cichu – pieśni „Zawsze niech będzie Słońce”.
Jak z powrotem dać szansę komunizmowi, z którym tęsknią młode pokolenia komunistów? Odpowiedź niesie historia. Kryzys jest drogą do przewrotu i do powrotu. Czytając książkę Michaela Lewisa „Wielki szort. Mechanizm maszyny zakłady” widzę głównego bohatera bezskutecznie próbującego uświadomić ważniakom w światowych finansach, że swoimi działaniami wywołają finansowe tsunami. Za to wszystko uzyskuje on łatkę oszołoma. Obserwując działania bankierów, którzy naprawę finansów widzą w dodrukowywani pustych pieniędzy zastanawiam się czy jest to tylko głupota, nieuctwo, brak wiedzy z historii kryzysów finansowych świata, brak elementarnej umiejętnosci dodawnaia przychodów i odejmowania kosztów. Czy może zaplanowana działalność wywrotowa.
Widząc co się dzieje dookoła dochodzę do wniosku, że te młode poczwarki z drżeniem gorących rewolucyjnych serc czekają na ponowny wystrzał z „Aurory”.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)