Dyskusja, która się przetoczyła w tym tygodniu przez media i blogosferę na temat naukowców, którzy obnażyli siebie, swoje kwalifikacje i kompletny brak dowodów na swoje domysły odnośnie smoleńskiej katastrofy przypieczętował upadek środowiska naukowego w moich oczach.
Od wielu lat obserwuję funkcjonowanie środowiska naukowego na polskich uczelniach i coraz większą odrazą napawa mnie:
Kolesiostwo naukowców, tworzenie sitw i układów, popieranie „swoich”, tępienie „cudzych”
Pasożytowanie profesorów na ciężkiej pracy doktorantów i doktorów bez wkładania czegokolwiek w prace, z których potem korzystają
Teoretyzowanie „eksperymentami myślowymi” bez jakiegokolwiek powiązania z realnym światem, praktyką, wdrożeniami, biznesem, przemysłem itp.
Upajanie się swoimi teoriami, popisywanie erudycją i fałszywym dorobkiem, głoszenie kontrowersyjnych tez, byle zaistnieć w środowisku i przebić się do mediów
Pazerność na kasę, wchodzenie do kieszeni korporacji byle wyciągnąć z takiej działalności swoją dolę, głosząc, jako naukowo sprawdzone, tezy napisane przez korporacyjnych marketingowców
Częste podpieranie wątpliwych moralnie przedsięwzięć podpisami pod listami poparcia lub potępienia
O wiele bardziej wierzę w każdego magistra inżyniera z praktyką, z doświadczeniem, który naprawdę wie o czym mówi bo zakasał rękawy i własnymi rękami, własnym wysiłkiem coś naprawdę zrobił, bo przeżył to co głosi, a nie usłyszał na sympozjach, albo zna tylko z przeczytanych prac innych naukowców lub ze zleconych prac doktorskich.
Chciałoby się powiedzieć – gdzie są profesorowie, którzy prestiżem dorównywaliby przedwojennym profesorom? Gdzie wzorce moralne pokolenia? Są jeszcze gdzieś tacy? Chyba tylko na emeryturze.
Komentarze
Pokaż komentarze (8)