Chyba należałoby już zmienić ludowe przysłowie „jak trwoga to do Boga” na bardziej nowoczesne: „jak trwoga to do teologa”. Okazuje się bowiem, że teolog zajmujący się zjawiskami nadprzyrodzonymi w interpretacji religijnej może służyć pomocą w walce o przetrwanie bardzo ziemskiej – aby nie powiedzieć super laickiej - ideologii neoliberalnej, spotykającej się ze słusznymi zarzutami, iż w niej należy szukać praprzyczyn światowego kryzysu finansowego, który zaczął się pod koniec 2007 r. w USA i rozszerzył na gospodarkę światową.
Takiego przedsięwzięcia podjął się profesor Michał Wojciechowski, pierwszy polski teolog świecki, autor licznych prac o Biblii i Dziesięciu Przykazaniach, („Ekonomiczne perpetuum mobile”, „Rzeczpospolita” 18.05.2012r.).
Zobaczyć „diabła” ustrojowego
Wydawałoby się, że specjalista od nauki o Bogu i od wierzeń religijnych zechce przede wszystkim zachęcać do korzystania z zaczerpniętych ze sfery religijnej jakichś wskazań i wzorców jako przydatnych w ekonomii do czynienia dobra, zwłaszcza narodom uciśnionym i bezpaństwowym. Autor postanowił jednak działać w sposób znacznie prostszy, a mianowicie pokazać diabła. W narracji autora postać diabła odgrywa J.M.Keynes, który w swojej teorii „zalecał znaczny wzrost roli rządu w gospodarce”, podczas gdy – jak się okazało później - „kraje, które pozostają konsekwentnie wolnorynkowe osiągnęły lepsze wyniki (Singapur, Hongkong, Taiwan)”. Grzechy Keynesa, oceniane przez cytowanego teologa, polegają głównie na tym, że gdy w celu zwalczania Wielkiego Kryzysu z lat 30-tych, zalecał dokonywanie przez państwo wydatków na roboty publiczne oraz tolerowanie w pewnym stopniu powstawania deficytu budżetowego i inflacji, a także doradzał wspomaganie akcji kredytowej w celu wypełnienia luki popytu konsumpcyjnego, powstającej z powodu wzrostu oszczędności gospodarstw domowych z obawy przed utratą pracy – to te zalecenia były stosowane w praktyce w sposób wyolbrzymiony. Rządy USA i innych państw zwiększały wydatki bez opamiętania, zadłużały się do granic bankructwa, nie przeciwdziałały udzielaniu przez banki kredytów klientom bez zdolności kredytowej, a ponadto tolerowały tworzenie w sferze bankowej nieznanych przedtem pseudo-towarów w postaci toksycznych aktywów oraz emitowanie pieniądza kredytowego przez banki komercyjne bez właściwego pokrycia. Za te grzechy wobec całego świata na pewno ktoś powinien pójść do piekła, ale czy Keynes? Cytowany autor nie ma wątpliwości, że tak.
Oczywiście Wojciechowski nie jest w tej sprawie osamotniony. Wszystkie podane przez niego zarzuty wobec Keynesa były już wcześniej opublikowane przez wyznawców ideologii neoliberalnej i są w różnych mediach powtarzane z akcentowaniem negatywnych ocen nie tylko twórczości Keynesa, ale także jego cech charakterologicznych z wyraźną intencją niekorzystnego przedstawiania jego wizerunku. Jest to o tyle dziwniejsze, że to właśnie posłużenie się przez prezydenta Delano Roosevelta keynesowską teorią jako podstawą polityki antykryzysowej zapobiegło przekształceniu się skutków Wielkiego Kryzysu w USA w rozwiązania ustrojowe podobne do tych, jakie wystąpiły wtedy w Rosji, a zwłaszcza w Niemczech, czyli stalinizmu i faszyzmu. Czy z tego tytułu Keynes nie zasłużył przynajmniej na czyściec? Warto podpowiadać takie rozwiązanie krytykom Keynesa, nie tylko zajmującym się profesjonalnie sprawami pozaziemskimi, ale również ustrojowymi. Szczególnie ci drudzy powinni okazywać większą powściągliwość w potępianiu Keynesa, który pośrednio był dla nich dobroczyńcą, pomagającym w przekształcaniu USA w terytorium ratunkowe dla uciekających z Europy potencjalnych ofiar faszyzmu.
Duch neoliberalizmu wkraczający do teologii może być inspirowany użytym przez prof. J. Stiglitza stwierdzeniem, stanowiącym tytuł wywiadu: „Neoliberalizm to religia”(„Gazeta Wyborcza” 21-22.01.2007r.). Należy jednak zauważyć, że autor tego terminu podkreślał w ten sposób brak związku neoliberalizmu z nauką, co znalazło również potwierdzenie ze strony A. Greenspana, który określił ten nurt myślowy jako ideologię. Artykuł Wojciechowskiego pojawił się w okresie, gdy świat coraz wyraźniej balansuje między neoliberalizmem – którego istotnym celem było wyeliminowanie państwa z gospodarki - a nadchodzącym anarchokapitalizmem, mającym na celu zlikwidowanie państwa w ogóle, w drodze buntów politycznych przeciwko państwom, zasługującym na likwidację, gdyż szkodzą rynkom, jako mechanizmom ponadpaństwowym. Twórcy ideologii anarchokapitalizmu byli realistami i wiedzieli, że taki ustrój nie może powstać w sposób demokratyczny, w drodze głosowania, lecz „samorzutnie” przez spontaniczne ruchy o charakterz buntowniczym.
Wizja ustroju bezpaństwowego
Warto zwrócić uwagę na fakt, że już Friedrich Hayek stwierdził: „… żaden umysł nie jest w stanie posiąść całej wiedzy, która kieruje działaniami społecznymi oraz o wynikającej stąd potrzebie pewnego bezosobowego mechanizmu, niezależnego od ludzkich sądów, koordynującego indywidualnymi wysiłkami ludzkimi” (Konstytucja wolności. PWN, Warszawa 1960, s.4). Ten bezosobowy mechanizm, to oczywiście mechanizm rynkowy, a nie ustanawiany przez instytucje państwowe. Już w tym cytacie widać regułę neoliberalizmu nadającą rynkom charakter ponadpaństwowy. Pomimo iż Hayek nie jest uważany za współtwórcę anarchokapitalizmu, to jednak, jako profesor austriackiej szkoły ekonomii, tworzył doktrynalne podstawy libertarianizmu (natomiast wśród założycieli organizacji libertariańskich działających w praktyce występował Milton Friedman). Najbardziej radykalną odmianą libertarianizmu jest ustrój całkowicie bezpaństwowy, również w dziedzinach pozagospodarczych łącznie z sądownictwem, aparatem bezpieczeństwa i obrony przed najeźdźcami. Jego podstawą są relacje między wolnymi jednostkami nie krępowanymi żadnymi regulacjami ponadrynkowymi. Za głównych twórców anarchokapitalizmu są uważani profesorowie: Ludwig von Mises oraz jego wychowanek Murray Rothbard, który jako pierwszy wprowadził do literatury nazwę anarchokapitalizmu. Za trzeciego autora uważa się Samuela Konkina, zwolennika lewicowej odmiany tego nurtu, redaktora pism libertariańskich, popularyzujących wśród amerykańskich studentów ideę obalania państwa jako instytucji ograniczającej wolność jednostek. Jest on autorem „Manifestu” anarchokapitalizmu (S.E.Konkin, New Libertarian Manifesto. Strategy of the New Libertarian Alliance, NY1981).
Gdyby profesor Wojciechowski przyjrzał się dokładniej obu nurtom ideologicznym generowanym przez austriacką szkołę ekonomii, może zauważyłby, że sprawa jest poważniejsza od szukania diabła ustrojowego. W tej sytuacji pewną pociechą może być fakt, że mamy w Polsce innego teologa o odmiennych poglądach, Jarosława Makowskiego, dyrektora Instytutu Obywatelskiego, związanego z Platformą Obywatelską, której nieobce były i chyba nadal są bliskie powiązania ideowe z neoliberalizmem. Otóż Makowski obwinił neoliberalizm o to, że nas „tresował przez ostatnie 20 lat”(„Państwo, które ciągle się reformuje”. „Rzeczpospolita”, 26.04.2011r.), a w innym artykule stwierdził: „Przez ostatnie 20 lat ćwiczyliśmy młodych w posłuszeństwie wobec neoliberalnego dogmatu, że państwo to wróg” („Stracone pokolenie. Mit!”, „Gazeta Wyborcza”, 05-06.11.2011r.)
Jak więc widać, wersje teologiczne neoliberalizmu nie mogą zagwarantować tej ideologii pozbycia się niepokoju, pomimo zawłaszczania przez nią szyldu Adama Smitha, głównego klasyka naukowego liberalizmu, zniekształcanego bezceremonialnie przez austriacką szkołę ekonomii w połączeniu z teorią monetaryzmu Miltona Friedmana. Ideologia ta sprzeniewierzyła się ważnemu ostrzeżeniu A.Smitha: „Jednakże prawodawstwo wszystkich państw zarówno bardziej liberalnych, jak i najbardziej despotycznych zabrania i winno zabraniać, by nieliczne jednostki korzystały z naturalnej swobody w sposób, który mógłby zagrażać bezpieczeństwu całego społeczeństwa. Takim samym pogwałceniem naturalnej swobody, jak przedstawione tutaj przepisy, które regulują działalność bankową, jest obowiązek budowy murów między posesjami dla zapobieżenia rozprzestrzenianiu się pożarów”(A.Smith, Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”. PWN, Warszawa 1954, t.I, s.408-409).
W konkluzji należy więc stwierdzić, że neoliberalizm obalił mury wzniesione przez Adama Smitha przeciw pożarom kryzysowym w gospodarce światowej, i do takiej rewolucji neoliberalnej nie powinno było dojść. Usuwanie skutków tej rewolucji buntami zalecanymi przez anarchokapitalizm, najprawdopodobniej doprowadziłoby do wdrożenia koncepcji „państwa zero”, niezależnie od tego, czy nowej rewolucji przewodziłby profesor Leszek Balcerowicz, czy ktokolwiek z radykałów konserwatywno-narodowych. Wiadomo bowiem, że proponowane przez angielskiego libertarianina, profesora Gerarda Caseya, firmy korporacyjne, np. typu ubezpieczeniowego, mogące przejąć od państwa jego funkcje, są dobrze rozbudowane, a niezbędna do adaptacji infrastruktura również istnieje. Czy jednak zapowiadany ustrój docelowy mógłby uszczęśliwić społeczeństwo, a zwłaszcza ludzi religijnych?
Chyba powinni to wyjaśnić bardziej wszechstronni teolodzy. J.Makowski na razie zalecał stosowanie zasady „jeden drugiego brzemiona noście”. Profesor Stiglitz pewnie potwierdziłby religijny jej charakter, niesprzeczny z neoliberalizmem. Zresztą zasadę tę zalecał też na gruncie oficjalnym sam premier Donald Tusk. Według koncepcji Konkina zasada ta mogłaby się jednak wydać zbędnym przedrewolucyjnym drażnieniem tzw. mas, chyba że mogłaby ona służyć tylko testowaniu ich odporności na coraz cięższe brzemiona generowane przed zbliżającym się klifem ustrojowym przez korporacje transnarodowe, a wśród nich korporacje bankowe zachęcane - wciąż żywym w mediach hasłem - aby państwo nie przeszkadzało swym interwencjonizmem w gospodarce. Z takim właśnie zaleceniem wystąpił na początku 2013 roku pod adresem rządu zastępca redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej” Jakub Kurasz. Dla świata finansjery ta zasada z elementarza neoliberalizmu to złoty interes.



Komentarze
Pokaż komentarze