Od kilkunastu lat wielu polityków i politologów zastanawia się jak ograniczyć „wojny na górze”, permanentny konflikt na linii duży i mały pałac, między prezydentem i jego dworem a rządem i jego zapleczem. W tym tekście zaproponuję proste lekarstwo, po jego zaaplikowaniu RP będzie już inna, pewnie nie Czwarta ale sprawniejsza.
Szczególnie ostro ten konflikt przebiegał za prezydencji śp. Lecha Kaczyńskiego, ale był on przecież wyraźny za czasów prezydentów Kwaśniewskiego i Wałęsy. Jest niemal od początku III RP, a to, że czasem jest ciszej nie znaczy, że prezydent nie zbiera armat, nie buduje swego politycznego zaplecza, alternatywnego a często skonfliktowanego z rządowym.
Najnowsza decyzja prezydenta Komorowskiego o skierowaniu do Trybunału Konstytucyjnego sztandarowej ustawy rządu Tuska ( zakładającej zwolnienie w ramach tzw. oszczędności budżetowych 10 proc. pracowników administracji publicznej) przypomniała tylko o tym fundamentalnym w III RP konflikcie.
Do tej pory różnie próbowano go ograniczać, skrajną formą była próba pozbawienia prezydenta Kaczyńskiego krzesła na obradach w Brukseli, czy przyznania samolotu na lot (notabene pytanie czy i ew. w jakim stopniu, przepychanki wokół samolotów, wpłynęły na przygotowania wizyty smoleńskiej, czeka wciąż na odpowiedź !).
Były też polityczne pomysły rozwiązania tej ustrojowej wady III RP, w szczególności przez rezygnację z powszechnych wyborów prezydenta („żyrandol”), to jednak oznaczałoby marginalizację prezydentury, likwidację w jej obecnej postaci.
Manifestacje sympatii dla prezydenta, jego urzędu po smoleńskiej katastrofie, udowodniły, że Polacy wiążą z tym urzędem ogromne emocje (i chyba polityczne nadzieje), nie sądzę wiec, aby była w Polsce siła, która byłaby w stanie przeforsować „żyrandolizację” prezydentury. Byłoby to też jawne odebrania narodowi prawa wybierania głowy państwa, pamiętajmy, że naród nasz (prawda, że formalnie szlachecki) miał to prawo w zasadzie od czasów Władysława Jagiełły. Królowie elekcyjni byli już chyba bliżsi prezydentom niż królom (dziedzicznym). Prezydent RP z powszechnych wyborów jest więc obecnie tematem zamkniętym !
Konflikt pałaców, wojny ma górze, można ograniczyć dość prosto: ograniczając prezydencję do jednej kadencji. Kiedy prezydent ma możliwość reelekcji, już od pierwszego dnia urzędowania myśli o następnej kadencji. Nie czarujmy się, tak było z Lechem Kaczyńskim (i zapewne jego bratem), tak było z Kwaśniewskim i Wałęsą, i tak samo jest z Komorowskim. Jak do tej pory każdy z urzędujących prezydentów startował albo chciał startować na drugą kadencję.
Tylko jakaś nadzwyczajna przyczyna np. nieuleczalna choroba, mogłaby chyba sprawiać, że urzędujący prezydent konsekwentnie nie będzie zamierzał ubiegać się o reelekcję. Musiałby przy tym ogłosić to publicznie, inaczej jego przeciwnicy, w szczególności rząd, widzieć będą w nim rywala, i generować niemerytoryczny (z punktu widzenia interesów państwa) konflikt. Oglądaliśmy ten proceder w ostatnich latach.
Mała dygresja: jeśli to prawa, że Donald Tusk dużo wcześniej niż ogłosił nie zamierzał kandydować na prezydenta, to polityczne okłamywał społeczeństwo, a po drugie generował zbędny konflikt, jako potencjalny (a w zasadzie pewny) kandydat.
Ograniczenie piastowania urzędu prezydenta do jednej kadencji usunęłoby to reelekcyjne zarzewie konfliktu. Zniknęłaby nadakywność prezydenta, podlizywanie się elektoratowi: prezydent stałby się bardziej królem, ojcem, jak by to dzisiaj nie brzmiało. Z drugiej strony rząd w miejsce konkurenta (jawnego czy cichego) zyskałby w prezydencie wsparcie.
Gdyby tę niewielką zmianę konstytucji udało się wprowadzić jeszcze w tej kadencji, zyskałaby na tym także prezydentura Bronisława Komorowskiego. Zyskałaby, i to jest najważniejsze, Polska.
330
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (4)