5 obserwujących
113 notek
63k odsłony
349 odsłon

Lekarze i pacjenci

Wykop Skomentuj3

Każdy widzi starania rządu podejmowane w celu ograniczenia liczby ofiar koronawirusa w Polsce. Szkoda, że dopiero takiej epidemii potrzeba, by rządzący przypomnieli sobie o pacjentach. Normalnie nie widzą dramatów chorych Polaków, którzy dowiadują się, że na wizytę u lekarza specjalisty mają czekać 8, 10, 14 miesięcy, a na operację nogi, biodra czy innej części ciała jeszcze dłużej. Szkoda, że nie widzą tego, co się normalnie dzieje w szpitalnych izbach przyjęć, na które spada ciężar udzielenia pomocy chorym wyrzuconym za burtę  przez pseudoporadnie czy  pseudoprzychodnie. Te punkty medyczne zwane zakładami świadczącymi usługi medyczne ochoczo  wyciągają  ręce po nasze pieniądze, ale zamiast nas leczyć wydają je na remonty, wypasione gabinety, podwieszane sufity i inne duperele, przez co nie starcza na chorych ludzi, zwłaszcza tych z nagłymi przypadkami. Naszą rozbitą, rozkawałkowaną  w 1989 roku służbę zdrowia podtrzymują szpitale, które nie mają wyjścia i muszą leczyć tych wszystkich wyrzuconych z zimną krwią przez "zakłady świadczące usługi medyczne" (jak można było powierzyć nasze zdrowie usługodawcom ? ). Te chciwe dziwadła  IIIRP   biorą pieniadze na chorych, ale nie biorą żadnej odpowiedzialności - one mogą choremu odmówić pomocy, szpitalom tego nie wolno, więc leczą ostatkiem sił pacjentów wyrzutków, którzy niejednokrotnie trafiają do nich  w stanie beznadziejnym, gdy dochodzi do udaru, gdy  pozostaje już tylko amputacja, a pacjent zaniedbywany przez przychodnie staje się kaleką. Pod pewnymi względami sytuacja pacjentów jest gorsza niż za komuny, jednak ani rządzących, ani Rzecznika Praw Obywatelskich, ani praktycznie żadnego z decydentów to nie obchodzi, bo najwyraźniej tak musi być - służba zdrowia ma pozostać rozbita, rozkawałkowana i  źle zarządzana, żeby pacjenci mając perspektywę wizyty u specjalisty po 10 miesiącach (gdy potrzebuje diagnozy natychmiast), operacji po 2 latach, szukali pomocy w prywatnych punktach medycznych i dorabiali w ten sposób wielką armię lekarzy prywaciarzy, którzy już sami nie wiedzą , ile mają wołać za swoje usługi.  

Moja mama kilkakrotnie miała kłopot z uszami, które po kąpieli zapychały się, ale nigdy w przychodni nie odmówiono jej pomocy - jeżeli nie lekarz, to pielęgiarki bez żadnych ceregieli problem rozwiązywały. Ale tak było za komuny, gdy istniały przychodnie z prawdziwego zdarzenia (a nie jakieś zakłady nibyświadczące usługi zdrowotne), które zatrudniały lekarzy przez pięć dni w tygodniu ( a nie jednego tylko w czwartki między 8.00 a 12.00, drugiego w piątki między 13.00a 14.30). Gdy mnie całkiem niedawno przytrafił się podobny problem z uchem, to okazało się, że w przypadku  2 przychodni  (z 4 lekarzami) przerosło to ich możliwości. W efekcie  2 przychodnie nie poradziły sobie z problemem, który za komuny rozwiązywały na miejscu pielęgniarki. Odprawiono mnie z kwitkiem nie bacząc na moje prośby i  obolałe, niesłyszące ucho. Zostałam zdegradowana do żebrzącego pacjenta i straciłam prawie 4 godziny, podczas których byłam odsyłana od Annasza do Kajfasza. W mojej przychodni udało mi się tylko dostać do lekarza pierwszego kontaktu, który dał mi skierowanie do poradni laryngologicznej . Ale na tym moje szczęście się skończyło. Gdy pognałam do laryngologa, to nawet nie chciał mnie wysłuchać, kazał mi udać się do rejestracji, choć wiedział, że wyznaczą mi tam wizytę za kilka tygodni, co w istocie się stało. Poszłam więc do drugiego laryngologa,  który według rejestratorki miał przyjmować w gabinecie na piętrze , ale nie przyjmował.  Był to lekarz widmo ( taki co to niby jest, ale go nie ma) , czekałam pod gabinetem kilkadziesiąt minut, jednak w ogóle się nie pojawił.  W drugiej przychodni sytuacja się powtórzyła, ale w odwrotnej kolejności, bo najpierw trafił mi się lekarz widmo ( według informacji na drzwiach miał przyjmować jeszcze 30 minut, ale w gabinecie już go nie było), a potem bezduszna lekarka, która spóźniła się 20 minut i nie chciała nawet mnie wysłuchać , odmówiła mi pomocy wymawiając się ... brakiem czasu. W TVP niemal każdego tygodnia słyszymy  miliardach przeznaczanych na służbę zdrowia, więc ja się pytam - gdzie one trafiają , skoro pacjentom odmawia się podstawowych świadczeń zdrowotnych ? Do nibyprzychodni, które z zimną  krwią odmawiają pomocy pacjentom z nagłymi przypadkami? I na co te pieniądze są trwonione- na te eleganckie wnętrza, luksusowe gabinety, kosztowne gadżety ? Przecież one wyglądają jak obiekty Spa, co jest  zupełnie niepotrzebne.Zakłady medycznych  usługodawców  są piękne, ale bezduszne. Istnieją, żeby  pochłaniać nasze pieniądze. Zamiast nich należałoby stworzyć system rejonowych przychodni z zatrudnionymi na stałe lekarzami pierwszego kontaktu i specjalistami, finansować je stosownie do potrzeb, a w razie wystąpienia kolejek do specjalistów - rozładować je przy pomocy dodatkowego personelu , zatrudnianego okazjonalnie (żeby ludzie nie musieli czekać 12 miesięcy na wizytę u okulisty czy endokrynologa).Medycznym usługodawcom podziękować, bo nie wywiazują się z zadań, a pieniądze zamiast na leczenie ludzi przeznaczają na pensje menadżerskie i  wystrój obiektów, żeby upodobnić je do Spa. Prawie wszystkie pieniądze kierować na publiczne szpitale, przychodnie i poradnie.I wprowadzić nadzór. Miliardy nie pomogą, jeśli nie będzie nadzoru. Dlaczego lekarze wychodzą sobie kilkadziesiąt minut przed zakończeniem pracy? Dlaczego spóźniają się po kilkadziesiąt minut? Dlaczego nikt nie reaguje - ani widzące to pielęgniarki, ani rejestratorki? Dlaczego wszyscy udają ,że nie widzą irytacji czekających pacjentów i  nie słyszą ich  komentarzy: O, gdybym ja tak się do pracy spóźniała, to długo bym nie popracowała!  Od 30 lat mamy brutalny, dziki kapitalizm, zwykły Kowalski nawet 5 minut nie może się spóźnić, a lekarze mogą  się spóźniać po kilkadziesiąt minut i to codziennie? A potem odmwiają pomocy pacjentom z nagłymi przypadkami, bo rzekomo czasu nie mają i  zmuszają ich do szukania pomocy gdzie indziej np. w pogotowiu , prywatnie albo w szpitalach, które są przez to przeciążone i zadłużone. Ja kiedyś przez kilka lat obywałam się bez lekarzy, bo poza przeziębianiami nic mi nie było, ale gdy wreszcie zachorowałam i to poważnie, to poza wizytą u lekarza pierwszego kontaktu pozostałe badania musiałam łatwić sobie prywatnie - przychodnia wyznaczała mi bardzo odległe terminy, gdy ja potrzebowalam specjalistycznych badań natychmiast. Przecież to jest podłe oszustwo - pacjent kilka lat płaci składki zdrowotne , a gdy wreszcie coś mu się przytrafia , to okazuje się, że pomocy dla niego nie ma. Tak nie powinno być. Szpitale powinny być odciążone przez sprawnie i długo (nawet do 20-tej) pracujące przychodnie rejonowe z lekarzami zatrudnianymi na stałe i na 3 zmiany, żeby zlikwidować kolejki , żeby mieć zarezerwowany czas dla nagłych przypadków tj. dla ludzi , którzy nie mogą czekać kilku miesięcy na badanie u specjalisty, ale muszą otrzymać pomoc natychmiast. Zaś NFZ powinien sprawować rzeczywisty nadzór nad tymi placówkami przez częste kontrole, ankiety dla pacjentów  i instytucję tajemniczego pacjenta. Nadzór jest bardzo ważny. Przekonałam się o tym wiele lat temu, gdy trafiłam do szpitala mającego wczęśniej fatalną opinię w moim mieście. Szpital ten słynął z okropnego personelu, ale tylko do pewnego momentu, bo zjawił się dyrektor, który postanowił to zmienić. Doświadczyłam tej zmiany na własne skórze. Gdy tam trafiłam, to przeżyłam coś w rodaju szoku , bo wszyscy poczynając od pracowników izby przyjęć, przez personel oddziału (pielęgniarki, salowe, lekarzy) traktowali mnie , jakbym była królową. Ja nie wiedziałam, co się dzieje , dlaczego oni wszyscy są tacy mili, tacy pomocni, trwożliwie rozglądałam się dookoła, czy nie ma gdzieś ukrytej kamery. Zamiast niej pod koniec mojego pobytu pojawiła się długa ankieta z pytaniami dotyczącymi pracy wszystkich zatrudnionych tam ludzi - każdy punkt dotyczył innej grupy pracowników, higieny, porządku, jedzenia, wszystkiego. Sądzę, że  ta ankieta wręczana każdemu pacjentowi dyscyplinowała personel tak dalece, że szpital funkcjonował  doskonale - przynajmniej tak to wyglądało z perspektywy pacjenta.  

Epidemia koronawirua jest sprawdzianem służby zdrowia, która w Polsce funkcjonuje źle - bo takie było założenie: trwonić publiczne pieniadze na tysiące prywatnych usługodawców, którzy w nosie mają zdrowie pacjentów, skrajne i zaniedbane przypadki kierować zaś do szpitali, które zawalone robotą ledwo zipią i ciągle się zadłużają , przez co nie mają środków na sytuacje nadzwyczajne. Zaraza się powiększa, wkrótce okaże się, czy rzeczywiście szpitale są do niej przygotowane. 

Właśnie podano informację o 5 już ofierze koronawirusa. Teraz będzie ich przybywać szybciej zważywszy na ogólną kondycję Polaków niemiłosiernie eksploatowanych przez ostatnie 30 lat zdziczałego kapitalizmu i traktowanych jak zło konieczne przez rozbitą , rozkawałkowaną w celu kręcenia lodów służbę zdrowia.   

Wykop Skomentuj3
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo