Życie duże i małe
Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł. - Norwid @ Polacy są sobie wrogami nieubłaganymi. – Piłsudski @ Tylko głupcy nazywają samowolę wolnością. - Tacyt @ Piekło to ledwie niemożność miłości. - Norwid
48 obserwujących
257 notek
1116k odsłon
1178 odsłon

Pocztówka z Zakopanego: słynny Gazda z Kościeliskiej

Wykop Skomentuj27

Ostatni z grona sławnych zakopiańczyków, młodopolski artysta malarz, pedagog związany z Podhalem, rzeźbiarz, twórca wycinanek ludowych, działacz społeczny - prof. Karol Kłosowski, był niezwykle barwną postacią. Zmarł 4 lutego 1971 w wieku 89 lat. Nie był rodowitym góralem – wywodził się z dalekiego Podola, ale kiedy po raz pierwszy, jeszcze jako student krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, przywędrował do zakopiańskiej wsi, urzekły go Tatry i zachwycili mieszkańcy tego zakątka Polski.

image

Osiadł Karol Kłosowski pod Giewontem, tam się ożenił z ludową poetką, Kasią Sobczakówną, i przez ponad pół wieku gazdował przy ulicy Kościeliskiej, w „Cichej”, która jako jeden z pierwszych domów zajezdnych w Zakopanem prowadzonym przez rodzinę Sobczaków, gościła między innymi Stanisława Ignacego Witkiewicza, panny Skłodowskie, Odyńca, Orkana, Żeromskiego, Kasprowicza – zanim jeszcze zamieszkał w swojej Harendzie, a także i mnie z rodzicami. ;))

Ileż artystycznej pasji, wysiłku, gospodarskiej dbałości poświęcił Karol Kłosowski swej „Cichej” zagrodzie: domowi wraz z budynkiem gospodarczym, stanowiącym zabytek podhalańskiego budownictwa drewnianego, która artysta przebudował i pięknie utrzymywał. Przyciągała też „Cicha” tłumy, tysiące turystów z kraju i z zagranicy. Gazda z Kościeliskiej rad był gościom: wprowadzał ich do wnętrza urządzonego w stylu góralskim, zapraszał do swojej pracowni, w której malował do ostatnich dni swego życia.

image

@ Z tych to odwiedzin, które kończył zwykle koncert na własnoręcznie zbudowanych cymbałach – pozostały księgi pamiątkowe, w których przybysze dziękowali profesorowi za wprowadzenie ich w „inksy świat”, świat sprzed ponad pół wieku. Zapisy te, złożone w ponad 40 językach, dowodzą, jak daleko sięga sława „Cichej” i jej Gazdy, którego śmierć głęboko dotknęła tych wszystkich, którzy go znali.

Już sama bramka w kształcie „kaplicoski” – na jej froncie gałązki układają się w napis „Cicha” – przykuwa spojrzenie… Zaraz u wejścia na podwórze miniaturowa chatka góralska służąca za budkę dla psa, tuż obok stylowa studzienka. A dalej ogród, obwiedziony strojnym płotem, sponad którego pną się ku słońcu w kolorowej zawierusze kwiaty, kwiaty, kwiaty… z całą feerią barw. Nigdzie pod Giewontem nie widuje się tyle kwiatów naraz i tak wspaniale utrzymanych.

image

W głębi stoi góralski dom. Na pozór tylko podobny do innych willi, stawianych na modłę witkiewiczowską: z wysokim, stromym dachem, uwieńczonym „pazurem”, z „wyglądami”, balkonem na piętrze, z przypałem na parterze, ozdobionymi kształtnymi słupkami podtrzymującymi okap. Ale gdy się przypatrzeć domowi bliżej… Okna mają szerokie, misternie ryzowane obramowania, ganek na przyłapie cały w lelujach i gwiazdkach, słupki powiązane pod dachem łukami przypominają kolumienki dworku, a cały fronton willi pyszni się bogactwem góralskich ornamentów, wyrzeźbionych na każdej niemal deszczółce i belce szczytnej, zwróconej ku ulicy, ściany. Takiego lica nie ma żaden inny dom w Zakopanem, choć przecież nie brak tu stylowych willi.

I żaden inny dom nie ma w gospodarskim obejściu równej osobliwości: stajni, a raczej stajenki wspartej na rzeźbionych słupach, na których w dodatku wyryte są słowa góralskich śpiewek. Idąc Kościeliską można je tam i dziś jeszcze dojrzeć, jako że stajnia przylega do płotu dzielącego ją od chodnika.

image

Przechodzący koło „Cichej” widzieli często w ogrodzie willi starszego, niskiego pana, ubranego w biały fartuch, jak dogląda pieczołowicie kwiatów, jak je podlewa, podpiera, przycina, jak krząta się niezmordowanie koło domostwa. Ponieważ do 15. roku życia mieszkałem wraz z rodzicami w „Cichej” – świetnie znałem profesora Kłosowskiego od najwcześniejszych lat życia. Traktowałem go jak swego dziadka. Był moim pierwszym, wielkim Autorytetem, Mentorem i Nauczycielem. I to on w wielkiej mierze kształtował mój gust, estetyki, upodobania, zamiłowanie do sztuki, harmonii. Ze srebrną bródką i równie srebrną rozwichrzoną czupryną, z dużymi okularami o jasnych dobrotliwych oczach, jawi mi się w najdawniejszych moich wspomnieniach, jako miły, pełen empatii, pogodny, wyrozumiały dla ludzi i świata stary profesor.

Przez długi czas nie wiedziałem, czego i gdzie uczy gospodarz „Cichej”. Mówili o nim „profesor”. Ważniejszy dla mnie i moich rówieśników był inny tytuł, jaki mu przysługiwał – malarz. To budziło respekt, a nawet podziw, to stwarzało aurę niezwykłości. Malarze bowiem (dzieci nigdy nie mówią artysta malarz) już z samego wyglądu zewnętrznego odróżniali się od innych ludzi: nosili przeważnie peleryny, kapelusze z szerokimi rondami, jakieś dziwne wstążki pod szyją, w dodatku jeszcze brody. Tak właśnie się nosił sławny malarz góralski, sąsiad zza płota, Gąsienica-Szostak, niewiele inaczej Rykała, a już niesamowite sprawiał na nas, dzieciach, wrażenie Hadowski z Gładkiej, podobny do proroka o rysach Norwida.

Wykop Skomentuj27
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura