Na dzień przed ogłoszeniem decyzji o umorzeniu sprawy przez prokuratora, jak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie „Rzeczpospolitej” przez PBS, 53 % nie wierzyło w „uczciwe i bezstronne” wyjaśnienie tej sprawy. Przeciwnego zadania było 32 %. Tydzień wcześniej CBOS również przeprowadził podobne badania i wynikało z nich, że proporcje wyglądały odpowiednio 53% i 34%. Jednocześnie zaufanie do Oleksego od grudnia 1995 do kwietnia 1996 spadło z 61 % do 30 %, choć tylko 29 % uznało go za winnego, a niewinnego 34 %.
Warto jeszcze dodać, że w trakcie wyjaśniania afery, SdRP przygotowywała się do swojej konwencji, którą wyznaczono na 27 stycznia. Głównym punktem miał być wybór nowego przewodniczącego partii, po tym jak Kwaśniewski został prezydentem i zrzekł się tej funkcji. Pomimo oskarżeń wobec Oleksego nie zmieniono daty, choć Oleksy był jednym z głównych kandydatów na tą funkcję. Ostatecznie Oleksy został jednak wybrany przewodniczącym SdRP, co minister spraw zagranicznych Dariusz Rosati skomentował jako „niefortunny ruch partyjny, który wysyła nie najlepszy sygnał na Zachód”. Oleksy ustąpił z funkcji premiera, po podjęciu przez prokuraturę śledztwa „w sprawie udzielania przez Józefa Oleksego wiadomości obcemu wywiadowi oraz brania udziału w obcym wywiadzie przez Władimira Ałganowa i Grigorija Jakimiszyna” 24 stycznia. Trzy dni później został szefem największej partii zdobywając 308 głosów na 325. Choć sam Oleksy jeszcze na początku stycznia przyznawał, że termin 27 stycznia jest nienajlepszy, bowiem jeśli „do tego czasu nie byłoby większej niż na dziś jasności co do zarzutów postawionych mi, to obawiam się, że moje kandydowanie i decyzja o tym byłaby znacznie utrudniona”. Wybór Oleksego na przewodniczącego SdRP Kwaśniewski przyjął za rzecz normalną. Po upływie roku mówił: „Partia (SdRP) nie miała innego wyjścia. Musiała Oleksemu zaufać, bo cios od własnej partii byłby dużo gorszy niż wszystkie oskarżenia”.
Być racje ma Miller, który mówił o transakcji, którą ofiarą padł Oleksy, zaś główną wygraną w tej grze miała być Rosja, która zdyskredytowałaby polskie starania o członkostwo w NATO. W tym czasie w Moskwie miało miejsce małe przesilenie na szczytach władzy. Z funkcji ministra spraw zagranicznych został odwołany zdecydowanie proeuropejski A. Kozyriew, a na jego miejsce powołano byłego szefa Służby Wywiadu Zagranicznego J. Primakowa. Podczas swojej marcowej wizyty w Polsce powiedział, że udzielenie Polsce gwarancji bezpieczeństwa jednocześnie przez USA, NATO i Rosję jest rozwiązaniem sporu o rozszerzenie Sojuszu. Nie bez znaczenia jest fakt, iż w tym czasie, gdy w Polsce toczyła się debata na temat Oleksego w Rosji przygotowywano się do wyborów parlamentarnych, w których Jelcyn miał zmierzyć się ze swoim najgroźniejszym rywalem, liderem komunistów Ziuganowem. Jak przytacza „Rzeczpospolita” za belgijskim „La Libre Belgique”: „cień KGB zawisł nad całą aferą, która wybuchła w chwili, gdy nowy polski prezydent stanowczo potwierdza wolę swego kraju, aby przystąpić do NATO, czemu, jak się wydaje, Moskwa zdecydowana jest przeciwstawić się wszelkimi sposobam”. Mnie również spodobała się ocena wspomnianego już anonimowego polityka SdRP, który powiedział wprost „zdaniem Moskwy destabilizacja sytuacji w Polsce opóźni albo wręcz uniemożliwi nasze przyjęcie do NATO i struktur europejskich. Jest to lepsza metoda niż rosyjskie protesty i groźby i, być może, zablokuje starania innych państw Europy Centralnej. Dlaczego Zachód ma myśleć, że jeśli polski premier jest agentem rosyjskiego wywiadu, Rosjanie oszczędzili rządy Węgier, Czech, Słowacji?”.
Kiedy w Polsce zbierano informacje na temat powiązań Oleksego z Ałganowem grupa rosyjskich byłych oficerów starał się nawiązać kontakt z czeskimi byłymi funkcjonariuszami zwolnionym po 1989 roku. Rosjan interesowały przede wszystkim informacje na temat polityków, którzy zaistnieli po 1989 roku oraz informacje związane z bezpieczeństwem państwa. W samej zaś Rosji miało dojść do wydalenia kilku dyplomatów brytyjskich oskarżonych o szpiegostwo. Sprawa w Rosji trochę ucichła ze względu na wybory. W Estonii zaś złapano tym razem Rosjanina oskarżonego o szpiegostwo.
Dwa lata po sprawie Oleksego szef UOP Siemiątkowski poinformował o możliwości podjęcia przed Rosję próby podjęcia kontrofensywy celu przeciwstawieniu się wstąpieniu nowych członków do NATO. Kontrwywiad polski zaobserwował wzmożenie się kontaktów rosyjskich dyplomatów z politykami SLD i PSL w celu stworzenia grupy nacisku o orientacji prorosyjskiej. Rosyjska akcja obejmuje również zapraszanie do Moskwy wpływowych ludzi, wydawców, senatorów, deputowanych do Parlamentu Europejskiego, aby zyskać ich przychylność w sprawie rozszerzenia NATO. Sam Primakow zasługuje na dużą uwagę. Jak opisuje go Zbigniew Brzeziński: „według mojej oceny Primakow jest człowiekiem o bardzo wyrobionych poglądach i nastawieniu w zasadzie antyamerykańskim. Uważa on, że Rosja powinna realizować świadomą politykę odbudowy nie tylko swojej mocarstwowości, ale jednocześnie podważania globalnego statusu Ameryki i unikania bezpośredniego spięcia. Poza tym podkreśla on konieczność odbudowy pewnego rodzaju imperium wewnętrznego w drodze większego politycznego opanowania niezależnych obecnie krajów słowiańskich, tj. Białorusi, Ukrainy i do pewnego stopnia również Kazachstanu. Nowy szef dyplomacji od dawna i bardzo konsekwentnie zaleca nawiązanie bliskich stosunków pomiędzy Rosją a Iranem i Irakiem. Ma to bezpośrednie znaczenie dla Azji Środkowej. Choćby dlatego, że stwarza natychmiastowe zagrożenie dla niezależności Azerbejdżanu, co z kolei nie jest bez znaczenia dla interesów Zachodu. Poza tym Primakow nastawiony jest na zacieśnienie współpracy rosyjsko-chińskiej. Widzę w tym wszystkim początek tworzenia nowej strategii zewnętrznej(…)”. W 1997 roku Siemiątkowsi przyznał, wprost, że Primakow „mówi twardo „niet” i do tego wykorzystuje służby specjalne”, po czym ostrzegł przed prowokacją ze strony tych służb. Siemiątkowski zasugerował nawet, że zmiana na stanowisko ministra spraw zagranicznych Rosji mogła odbyć się z inicjatywy rosyjskich specsłużb, które chciały zmienić „miękką, realistyczną politykę dostosowania Rosji do zmieniającej się rzeczywistości”, prowadzaną przez Kozyriewa na swojego człowieka Jewgienija Primakowa.
Śledztwo w sprawie Milczanowskiego umorzono w 1998, bowiem uznano, że minister może odpowiadać tylko przez Trybunałem Stanu, a nie przed zwykłym sądem. W 2001 Trybunał Konstytucyjny orzekł jednak, że minister może odpowiadać przed sądem karnym. W tym samym roku koalicja AWS – UW zadecydowała o odrzuceniu wniosku o skierowanie Milczanowskiego przed Trybunał Stanu. W 2002 roku prokuratura formalnie przedstawiła Milczanowskiemu zarzuty. W październiku 2005 roku Sąd Okręgowy w Warszawie skierował ponownie akta sprawy do rozpatrzenia przez prokuratora.
„Tygodnik Powszechny” ostro skrytykował zasadność procesu przeciw Milczanowskiemu. W czasie, kiedy skierowano akta do prokuratury, publicysta tego tygodnika pisał: „Proces Andrzeja Milczanowskiego, jeśli do niego faktycznie dojdzie, będzie pierwszym po 1989 roku procesem w istocie swej politycznym. (…) Chodzi nie tylko o zwykłą zemstę na Milczanowskim, do czego pomocny i posłuszny okazuje się wymiar sprawiedliwości (…). Chodzi o coś więcej: „sprawa Oleksego”, w przypadku którego prokurator (za rządów SLD - PSL) nie dopatrzył się podstaw do sformułowania zarzutu o współpracę z Rosjanami – a nawet ujawnił mu wspaniałomyślnie wiele szczegółów śledztwa, w tym nazwisko przewerbowanego przez UOP (i dziś już podobno nieżyjącego) agenta KGB, dotknęła mniej lub bardziej pośrednio niewielką, ale wpływową grupę polityków SLD. Tych, którzy przed 1989 r. czy później bywali w podobnych sytuacjach co Oleksy i utrzymywali, świadomie lub z „nawyku”, mniej bądź bardziej zażyłe, przyjacielskie stosunki z sowieckimi i rosyjskimi (eks)towarzyszami partyjnymi i „dyplomatami”. Dla nich pognębienie Milczanowskiego w majestacie prawa byłoby czymś w rodzaju przyznania im racji: że ich ówczesne postępowanie było pod każdym względem w porządku”.
Pragnę jeszcze zwrócić uwagę na opinię Michaela Hermana, zawartą w książce opisującej pracę wywiadu: „Główną cechą aparatu zdobywającego wywiadu jest to, ze informacja o charakterze wywiadowczym pozyskuje bez zgody, wiedzy i współpracy obiektu wywiadowczego zainteresowania. Państwa bowiem zgadzają się na obecność dyplomatów i na to, że przekazują oni swoimi kanałami łączności wiele ważnych informacji, ale nie tolerują działań o charakterze wywiadowczym. (…) Jeśli chodzi zaś o wykorzystanie dla celów wywiadu źródeł osobowych, to różnica między tym sposobem działania a dyplomacją jest jasna i wyraźna. Konwencja Wiedeńska z 1961 określa, że członkowie korpusu dyplomatycznego mogą zbierać informacje w kraju rezydowania, ale z wykorzystaniem wszelkich dozwolonych prawem środków, z ograniczeniami, jakie nakłada praktyka dyplomatyczna i panujący w danym kraju porządek prawny”.
Jedno pozostaje faktem bezsprzecznym. Afera z Oleksym przyczyniła się do powstanie Kolegium ds. Służb Specjalnych, a Urząd został wyjęty spod kontroli MSW i tafił pod bezpośredni nadzór premiera. Rada ministrów już z nowym premierem Cimoszewiczem przesłała do Sejmu w kwietniu 1996 roku autopoprawkę do projektu dotyczącego reformy centrum, w której przyznano premierowi bezpośrednie zwierzchnictwo nad UOP.
Według dziennikarzy „Życia” w kwietniu 1995 roku UOP rozpoznał 23 pracowników ambasady rosyjskiej jako agentów wywiadu. Kolejnych 28 podejrzewał o takie związki: „Choć UOP już wiosną 1995 roku wiedział o tym, ze kilkudziesięciu rosyjskich dyplomatów trudni się działalnością wywiadowczą, większość zidentyfikowanych oficerów rosyjskiego wywiadu wojskowego i cywilnego nadal mieszkała w Polsce i nie spotkały ich żadne przykrości”.Zdaniem dziennikarzy: „Na co dzień Rosjanie mogą prowadzić działalność szpiegowską w Polsce praktycznie bez przeszkód. Dysponują w największych miastach dziesiątkami ludzi i znacznie większymi środkami niż UOP. Dodatkowo działalność polskich służb została sparaliżowana po ujawnieniu nazwiska rosyjskiego oficera, współpracującego z polskim wywiadem, przy okazji tzw. sprawy Oleksego”.
„Życie” opublikowało listę z nazwiskami 23 rosyjskich agentów. Ich zdaniem „w 1995 roku co najmniej 15 dyplomatów Ambasady Rosyjskiej w Warszawie było agentami Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej (SWZ), spadkobierczyni KGB”. Dodatkowo jak ustalili dziennikarze przebywał jeszcze jeden agent FAPSI oraz 7 GRU. „Sercem i mózgiem rosyjskiej agentury w Warszawie był, jak się wydaje, przez wiele lat Jurij Kaszlew, 63 letni weteran KGB” - pełniący honory ambasadora Federacji w Polsce
Anonimowy oficer UOP powiedział: „Walka z rosyjskim wywiadem jest bardzo nierówna. Rosjanie dysponują we wszystkich większych miastach Polski mnóstwem ludzi i potężnymi środkami technicznymi wielokrotnie przewyższającymi możliwości UOP”. Zdaniem byłego ministra Milczanowskiego: „Mimo pewnego osłabienia rosyjskich służb specjalnych spowodowanego wydarzeniami ostatnich siedmiu lat. Rosjanie wciąż dysponują jednym z najpotężniejszych wywiadów świata i mieli dość czasu na przygotowanie pozycji operacyjnych w Polsce. Jest o tez wywiad, wbrew pozorom, dysponujący ogromnymi funduszami i szalenie cierpliwy”. Zdaniem byłego ministra dla rosyjskich służb charakterystyczne jest posiadanie dużej liczby tak zwanych „śpiochów”. Są to agenci pozostawieniu w ukryciu i nie prowadzący działalności, i dopiero po jakimś czasie zostają uruchomieni przez centralę. Milczanowski dodał również: „Nie ulega dla mnie wątpliwości, że wywiad rosyjski w Polsce jest bardzo mocno osadzony. Polska jest dla Rosjan krajem o dużym znaczeniu strategicznym”.
Sprawa Oleksego pokazała nieudolność polskiego systemu państwowego. Już mniejsza o to, ilu agentów wysłała Moskwa do naszego kraju. Dla profesjonalistów nie jest to, aż tak znaczący problem. Po pierwsze obcy agenci, przy sprawnie funkcjonującym systemie kontroli, mogą funkcjonować na obrzeżach instytucji realnie sprawujących władze i mających dostęp do prawdziwie strzeżonych danych. Po drugie, w takim systemie, obcy agenci powinni pełnić role dezinformatora swojej centralę. O wiele łatwiej jest znać swojego wroga i sterować nim, niż wsadzać do wiezienia i czekać na kolejnego agenta. Oczywiście nie mówimy tutaj o premierze, bowiem jest to funkcja realnego sprawowania władzy.
Pomijając kwestie związane z walką wywiadów, sprawa Oleksego naświetliła mechanizm patologiczny. Logicznie rozumując, albo Oleksy był agentem, albo Milczanowski przekroczył swoje kompetencje, czy wręcz wziął udział w politycznej prowokacji. Mamy tu klasyczny system zero jedynkowy. Albo, albo i nie ma innego wytłumaczenia. Jeśli po upływie 10 lat od wydarzenia nadal nie wykluczyliśmy żadnej hipotezy to powinniśmy się zastanowić dlaczego.
Wydaje mi się, że pomocna w tym jest teoria Zybertowicza dotycząca ARGI. Sieciowy układ, traktuje naruszenie status quo jako zagrożenie, dlatego wcale nie dąży do jej wyjaśnienia, a organizuje kontratak. Jeśli nie istnieje układ ARGI to jak wytłumaczyć, że prokurator wcale nie był zainteresowany wyjaśnieniem sprawy, a nawet pomagał oskarżonemu. Jak wytłumaczyć, że cała formacja postkomunistyczna stanęła murem za Oleksym. Nie znalazł się nikt z SLD, który by tę sprawę potraktował jako odskocznie do pierwszego szeregu. Nikt z postkomunistycznej lewicy nie cieszył się, że ze sceny zniknie konkurent. Za Oleksym stanieli również ci z SLD, którzy jak pokazały późniejsze wydarzenia, znacząco opowiedzieli się za opcja atlantycką. Jak bowiem wytłumaczyć, że Oleksy powrócił do polityki i nawet później pełnił funkcję ministra spraw wewnętrznych. Jeśli nie działa sieciowy dobrze funkcjonujący układ to co?
Wydaje się, że ARGI nie pozwoliły naruszyć swoich interesów, i jednocześnie postkomunistyczne elity, w tym służby specjalne, pogodziły się, że ta część Europy nie jest już skierowana na Wschód. Sprawa Oleksego rozeszła się po kościach, czyli nikt nie jest winny, choć złapano przysłowiowego złodzieja.
Kto zatem zyskał na sprawie Oleksego? Bez wątpienia Amerykanie. I to bardzo dużo. Jak pisze Michalkiewicz: „Przełomowym momentem w tym procesie [reorientacji Millera – przyp. MK] musiała być wizyta naszego „kanclerza” w siedzibie w Langley w roku 1996. Według jednego z wysokich funkcjonariuszy byłego Urzędu Ochrony Państwa, wtedy właśnie również Leszek Miller dokonał, że się tak wyrażę, osobistego odwrócenia sojuszy. (...)W ten bowiem sposób Wałęsa i w ogóle obóz solidarnościowy bezpowrotnie utracił monopol na amerykańskie względy. Amerykanie mieli odtąd w Polsce już nie jednego, ale dwóch przyjaciół”. Zwyciężył zatem pragmatyzm. ARGI w działaniach prowadzonych w Polsce otrzymały swobodę, utrzymały zatem swoją mocną pozycję i jednocześnie dokonały przeorientowania na opcję atlantycką. Nadal utrzymywała się „funkcjonalizacja patologii” (w rozumieniu prof. Staniszkis) przy czym orientacja międzynarodowa stała się zbieżna z atlantycką wizją świata.


Komentarze
Pokaż komentarze