martinoff martinoff
428
BLOG

Demonstracja w rocznice obalenie rządu Olszewskiego

martinoff martinoff Polityka Obserwuj notkę 0

         W 1991 roku ówczesny minister spraw wewnętrznych Henryk Majewski tak tłumaczył prace resortu: „Kto natomiast jest dziś przeciwnikiem systemu - trudno sprecyzować. Może to być wróg wewnętrzny albo i zewnętrzny.(...) Ale są i w kraju różne ugrupowania np. anarchiści, które robią tzw. zadymy. Dopóty, dopóki jest to tylko manifestacja i nie zagraża życiu, ani nie narusza prawa, mają prawo to robić. Oczywiście takie ekstremistyczne ugrupowania są obserwowane, ale nie może to być wykorzystane do walki politycznej. Nasz demokracja jest jeszcze młoda i dlatego musimy być szczególnie ostrożni”.

         Media podęły próbę wykreowania anarchistów i zadymiarzy, którzy mieliby naruszać porządek konstytucyjny do walki politycznej, ale i niestety UOP też się w nią wdał. Jeszcze przed ujawnieniem instrukcji 0015/92 na konferencji publicysta „Tygodnika Powszechnego” Witold Bereś tak pisał o Jarosławie Kaczyńskim: „Było tak: pewnemu nieznanemu szerszemu ogółowi polityk Jarosław K. został wytypowany przez służby specjalne mocarstwa Burkina Faso (Afryka Równikowa) do rozłożenia życia politycznego i gospodarczego w egzotycznym państwie nad Wisłą”. Jego zdaniem organizowane przez obóz centroprawicy manifestacje: „to rozgrzane emocjami głosy, licytacja demagogią, brak zrozumienia dla podstawowych mechanizmów politycznych, prawnych i gospodarczych. W zamian mamy poszukiwanie upraszczających teorii spiskowych, dychotomiczny obraz świata i – choć słowo to bardzo mocne – klimat nienawiści”.

         Inna, zawsze chętna do piętnowania prawicy, publicystka „Polityki” Janina Paradowska również straszyła przed „oszołomami”, którzy mieliby zagrozić demokracji: „Przez Polskę galopują jeźdźcy- Jarosław Kaczyński, Jan Parys, Antoni Macierewicz, Adam Glapiński. Na transparentach hasło: „Polsko! Czas na zmianę”. (...) Narasta zmęczenie procesem transformacji i rozczarowanie wobec systemu demokratycznego, nie takie nawet „ideowe” a „praktyczne” – demokracja nie daje żadnych szybkich profitów tysiącom ludzi i dlatego rozglądają się oni za winnymi ich niedoli. Jarosław Kaczyński zaś wyraźnie mówi, kto jest winny”. Wnioski z artykułów czołowych tygodników płynęły w tym kierunku syntezy, iż demokracja, słaba bo słaba, ale  jest zagrożona przez politycznych awanturników, którzy próbują zbić polityczny kapitał na „chwilowych” niedogodnościach związanych z materialnym bytem obywateli.

          W takiej oto atmosferze partie prawicowe zaczęły organizować demonstrację i spotkania, w których udział brało, jak podaje Witold Bereś, nawet 8 tys. ludzi. Największe kontrowersje wzbudziła manifestacja zorganizowana 6 czerwca 1993 roku w rocznice obalenie rządu Olszewskiego. Manifestacja ta została zorganizowana przez członków PC, RdR, RTR, Akcji Polskiej i „Solidarność” i obejmowała w pozwoleniu od wojewody przemarsz ulicami od placu Trzech Krzyży Alejami Ujazdowskimi do Bagateli. Natomiast na plakatach informujących o demonstracji organizatorzy zaznaczyli jako miejsce zbiorki plac Zamkowy. Ta okoliczność posłużyła policji do przeprowadzenia blokady placu i skierowania 13 samochodów policyjnych w środek demonstracji. Organizatorzy demonstracji apelowali o spokojne przejście do Placu Trzech Krzyży w trakcie zrywania przez policjantów transparentów, jakie uczestnicy manifestacji próbowali rozwinąć. Demonstracja następnie przeszła Alejami Ujazdowskimi pod Belweder. W tym czasie doszło do przepychanek między policją a demonstrantami, których powstrzymywał Piotr Naimski. Inni twierdzą, że policja była dodatkowo wyposażona w kamizelki kuloodporne. Nie byłoby w tym nic szczególnego uwagi, ot kolejna manifestacja, gdyby nie fakt, że plakaty, które organizatorzy rozlepili po mieście informujące o manifestacji były zrywane przez funkcjonariuszy UOP-u. Ludzie odpowiedzialni za rozklejanie plakatów twierdzą, że funkcjonariusze Urzędu przetrzymywali jednego z nich kilka godzin w samochodzie, a „samochody [Urzędu] z piskiem wjeżdżały na chodnik, wprost pod stojących pod ścianą rozlepiających” dodatkowo funkcjonariusze pytali się o siedzibę organizatora manifestacji. Wydarzenia te rozgrywały się w napiętej sytuacji politycznej kraju. Parlament został wcześniej rozwiązany przez prezydenta, a rząd premier Suchockiej działał bez politycznego poparcia. Powstaje, więc pytanie czy działalność manifestantów była skierowana przeciw państwu i jego ustrojowi? Jeśli doszło do naruszenia prawa, i jak to utrzymywała prokuratura nastąpiło przestępstwo z tytułu lżenia najważniejszych organów władzy państwowej. To czy jest to normalna sytuacja, gdy zrywaniem plakatów zajmuje się oficer kontrwywiadu, a nie policjant? Śledztwo w tej sprawie podjęła Prokuratura Wojewódzka na wniosek UOP-u. Po upływie kilku miesięcy dowiedzieliśmy się, że Prokuratura umorzyła śledztwo z powodu „nie wykrycia sprawców przestępstwa”. W sumie zatrzymano 12 osób jednak nie udało się funkcjonariuszom UOP-u sporządzić protokołu i dokładnie ustalić, które osoby rozlepiały plakaty. Za postępowanie funkcjonariuszy UOP-u, jak oświadczył dzień po demonstracji minister SW Milczanowski, wziął on na siebie „pełną polityczną odpowiedzialność”. Jego zdaniem zrywanie plakatów było uzasadnione z artykułu 178. kodeksu karnego mówiącego o zniesławianiu i oszczerstwach oraz 270. kk o lżeniu narodu i państwa. Przypomnę, że na plakatach widniały wizerunki Lecha Wałęsy jako króla w tali kart, Mieczysława Wachowskiego, Włodzimierza Cimoszewicza i Krzysztofa Skubiszewskiego jako walety z napisem SB. Inne plakaty zawierały hasła: „Polsko! Czas na zmiany”. Milczanowski zaprzeczył, iż decyzje o użyciu policji konsultował z kimkolwiek, mając na myśli prezydenta i premier. Kaczyński po latach przyzna, że „owszem, plakaty były agresywne i zgodnie z prawem można by je usunąć. Ale nie skorzystano z drogi prawnej. Była decyzja i wykonanie, jak w czasach PRL”.

          Taka postawa UOP spotkała się z odpowiedzią ze strony nie tylko senatora Zbigniewa Romaszewskiego, ale i Rzecznika Praw Obywatelski prof. Tadeusza Zielińskiego. Ten pierwszy, uczestnik zajścia stwierdził, że „zmasowanie na trasie pochodu uzbrojonych po zęby sił policyjnych nie było w żaden sposób usprawiedliwione” i skierował pismo do RPO. Prof. Zieliński spotkał się w tej sprawie z zastępcą szefa UOP płk. Jerzym Nóżką, w której ustalono, że min Milczanowski udzieli wszelkich wyjaśnień związanych z zastosowaniem siły przez policję. Przy okazji okazało się, że filmowaniem manifestantów zajmowali się ci sami ludzie, którzy filmowali strajki w stanie wojennym. Wynik dochodzenia prokuratury już znamy. Warta wyjaśnienia jest jeszcze kwestia miejsca zorganizowania demonstracji. Otóż organizatorzy otrzymali sprzeciw od wojewody i burmistrza dotyczący miejsca spotkania na dzień przed manifestacją, gdy już nie dało się wszystkich poinformować o zmianie miejsca. Sam UOP ustami swojej rzecznik prasowy Ireny Popoff stwierdził, że Urząd nie naruszył żadnych przepisów, a kompetencje i zadania określone dla UOP obejmują również „rozpoznawanie i przeciwdziałanie zagrożeniom godzącym w bezpieczeństwo, obronność, niezależność i całość państwa”. Choć jak przyznała rzecznik w tym samym artykule „ (…) Urząd nie prowadzi działań przeciw opozycji”. Wydaje się ze cała sprawa ma głęboki kontekst prezydencki. Prezydent wydaje opinie o kandydacie na szefa UOP-u, a przecież jednym ze znaczących postaci oskarżonych o agenturę z komunistycznymi służbami przez ministra Macierewicza był Lech Wałęsa. Niepokój, zatem budzi nie tylko brutalność policji, ale i użycie funkcjonariuszy Zarządu Kontrwywiadu UOP do zrywania plakatów co powoduje „wykorzystywanie instytucji państwa opłacanych z pieniędzy podatników dla ochrony interesów politycznych grupy rządzącej”. Mecenas Jacek Taylor, którego trudno posądzać o sympatię polityczną dla organizatorów, stwierdził również, że „jeśli pracownicy UOP rzeczywiście rekwirowali i zrywali plakaty, niszczyli sprzęt do ich rozlepiania, to takie działania domagają się potępienia”. Na koniec pragnę zwrócic uwagę na uwagi Milczanowskiego pod adresem prasy. Otóż minister SW stwierdził w wywiadzie dla „GW”, że prasa, głownie „Rzeczpospolita”, „Życie Warszawy” i wspomniana „GW” nierzetelnie dokonywały relacji z demonstracji. Pochwalił natomiast dziennikarzy „Trybuny” słowami: „wydaje mi się, że jej relacja była obiektywna”. Warto na to zwrócić uwagę, szczególnie w innej sprawie, związanej z premierem Oleksym w 1995 roku.

                 W wywiadzie dla „Wprost” szef UOP Jerzy Konieczny mówił o użyciu funkcjonariuszy do rozrywania plakatów: „Działałem wtedy w celu przerwania bezprawnych poczynań. Takie miałem przekonanie”. Następnie przyznaje, że prokuratura „wskazała nam możliwość dokonania przeszukań u organizatorów plakatowania, bez nakazu. Taki tryb stosuje się w sytuacjach nie cierpiących zwłoki. Nie znaleźliśmy jednak przesłanek uzasadniających zastosowanie takiej procedury. Sugerowanie nam nadgorliwości jest, więc nieporozumieniem”.

           Milczanowski zaś stwierdził, iż „reakcje sił porządkowych są ściśle uwarunkowane rozwojem stacji na miejscu. Zaprzeczam, by podjęte decyzje były politycznymi – stawialibyśmy problem na głowie”. Z jednej strony minister mówi ze „reakcja organów porządku nie mogą być wybiórcze”, ale z drugiej przyznaje, że podczas innej manifestacji „agresywna postawa lepperowów nie spotkała się w pierwszym momencie z odpowiednią reakcją m.in. na skutek szczupłości sił policyjnych”. Natomiast plakaty były zrywane przez funkcjonariuszy UOP, „ponieważ zawierały treści oszczercze i szkalujące najwyższe organy państwowe, po rozmowie z szefem UOP i komendantem głównym policji niezwłocznie wydałem zlecenie, by zostały zdjęte lub zaklejone i by uniemożliwiono ich dalsze rozklejanie”.

          O manifestacji z 6 czerwca „Wprost” pisał: „Jak przystało na opozycje, należy oprzeć się na niezadowolonych. A niezadowoleni to przede wszystkim cześć robotników, emeryci, renciści, i drobni przedsiębiorcy, którym łatwiej żyło się w gospodarce niedoborów, bo wówczas można się było dorobić przyzwoitego samochodu na produkcji grzebieni”. Zdaniem publicysty „historyczne obciążenia ułatwiają pracę organizatorom protestu, wmawiającym demonstrantom, że w Polsce nic się nie zmieniło, a jeśli się zmieniło, to na niby...”.

        W podobnym tonie wypowiadała się „Polityka”: „Ustawa o zgromadzeniach gwarantuje każdemu prawo do demonstracji, ale już na początku mocno akcentuje jej „pokojowość” i to nie jest przypadek tylko, ale podkreślenie tego, co jest w każdej manifestacji najważniejsze. (...) Interwencja oparta na radykalnych środkach przymusu, policji nie przysparza przyjaciół, demokracji – powagi, praworządności – splendoru. Powinna, więc i musi być zupełną ostatecznością, zawsze niebezpieczna i dla władz i dla całej społeczności. Przebieg i finał demonstracji są zawsze najbardziej widocznych egzaminem publicznym. Czyli organizować manifestacje można tylko nie wtedy, kiedy nie są po myśli „Polityki”. Każde inne manifestacje stają się mało cywilizowane.

martinoff
O mnie martinoff

"Ja, walkę o Wielką Polskę uważam za najważniejszy cel mego życia. Mając szczerą i nieprzymuszoną wolę służyć Ojczyźnie, aż do ostatniej kropli krwi..."

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka