1 obserwujący
12 notek
20k odsłon
  69   0

Gdy nie biją już dzwony...

bellCzas może, żeby wreszcie, gdy skończyła się już żałoba, stanąć w jej obronie. Niestety duża część ludzi, która byłaby w stanie głośno zaprotestować przeciw szarganiu żałoby, zamilkła zszokowana coraz śmielszymi atakami pewnych person na decyzję prezydenta.

Głosy obrony może i się pojawiły. Chociażby w kolejnym pięknym felietonie Macieja Rybińskiego lub wpis Maryli, która pozwoliła sobie jedynie na cytaty dwóch lewicowych gazet i stanięcie obok nich w niemym geście rozpaczy. Są to jednak głosy niestety pojedyncze i cechujące się małą siłą przebicia, może z wyjątkiem „Żywej Torpedy”.

Dlaczego potrzebna była żałoba? Przecież nie dość, że ogólnokrajowa, to do tego prezydent dorzucił jeszcze trzy dni. Jak zresztą porównać 26 osób z autokaru z Janem Pawłem II, który był główną postacią ostatniej trzydniowej żałoby.

Żałoba to zazwyczaj czas refleksji i smutku w którym przywołujemy zmory przeszłości. Każda tragedia daje nam wiele do namysłu. Niewiele jednak o nich słyszymy. W Polsce zatrzymuje się rocznie setki tysięcy pijanych kierowców, tysiące ponosi w wyniku wypadków szkody moralne, materialne, czy zdrowotne, setki osób kończy swój żywot na masce lub pod kołami samochodu. Naturalnym wręcz wydaje się, w tym momencie, ze złością wypowiedziane pytanie, połączone ze wzgardliwym prychnięciem: „Dlaczego śmierć kilku katolików (katoli w innym wydaniu) ma być ważniejsza od śmierci setek innych?”

Potrzebujemy refleksji by zastanowić się nad tragedią ludzi, których życie zakończyło się w jednym z najlepszych okresów życia – uczty duchowej, katharsis, którego nie doświadcza się na co dzień. Jest to doskonały moment, kiedy to rezygnując z zbędnych nam przyjemności mamy możliwość, w ciszy i spokoju, zmierzenia się z pytaniami o kruchości życia i śmierci, która może nas w każdej chwili dosięgnąć. Spojrzeć w przeszłość i zastanowić się, czy chcielibyśmy obarczyć bliskich, znajomych czy całą historię, ciężarem swoich czynów. Czy jesteśmy zadowoleni ze swojego życia. Czy mamy jeszcze marzenia, czy może o nich zapomnieliśmy.

Tragedia tych ludzi jest nie tylko okazją, jak też i symbolem pewnych spraw z którymi spotykamy się na co dzień. To właśnie dzięki nim możemy mówić o nieodpowiedzialności kierowców. Wskazywać, że nawet drobne niedopatrzenia mogą mieć skutki śmiertelne. Dać do zrozumienia ludziom, że najważniejsze są kwestie życia, a nie chwilowej wygody. Czy zwyczajnie zamyślić się nad pytaniami na które te osoby już sobie musiały odpowiedzieć.

Uważam jednak ten czas za zmarnowany. Duża część społeczeństwa zignorowała wszystkie czarne paski, symbole żałoby. Nie zauważyła nowych elementów ubioru niektórych przechodniów, którzy zasygnalizowali swoją solidarność z ofiarami tragedii. Rozpoczęła się natomiast twarda walka z „żałobnym kiczem” i „kampanią wyborczą prezydenta”. Ludzie w jakiś nieokreślony i zaskakujący sposób zdeptali piękne kwiaty jakie zostawił prezydent na miejscu tragedii. Boję się, że również, zwyczajnie tego faktu nie zauważyli. Coś niepokojącego dzieje się z Polakami, którzy zapominają o znaczeniu pewnych wydarzeń i symboli. Objawia się to nie tylko w przypadku żałoby, ale również gdy mamy do czynienia z innymi ważnymi świętami. Rocznica powstania Warszawskiego, Dzień Niepodległości, Boże Narodzenie staje się zazwyczaj niszą w której pojawiają się dwa obce jej zjawiska. Jedni coraz częściej kwestionują sens tego rodzaju świąt, licząc na to, że kontrowersyjnością swojej wypowiedzi wywołają zainteresowanie. Pomniejsi zaś obywatele, czy blogowicze w przypadku salonu, podchwytują temat i sprawiają we mnie wrażenie echa, które bezmyślnie powtarza słowa wyższej klasy publicystów. Z drugiej zaś strony pojawiają się też jednostki, który w kiczowatym zachwycie nad przeszłością, wywołują refleksję, że nie bardzo wiedzą jak się ustosunkować do częściowo obcych im wydarzeń. To są jeszcze małe zjawiska, które powoli jednak rozszerzają swój zasięg. Może zaczyna brakować zrozumienia zwyczajnego patriotyzmu? Piszę zrozumienia, gdyż coraz mniej osób czuje się patriotami i ogranicza się do pobieżnego zbadania tej postawy.

Pojawiło się też bardzo ważne pytanie, które zresztą było powodem kilku afektywnych wystąpień, młodszych zresztą ateistów. Pytanie wykrzyczane przez zrozpaczone ofiary, nie tylko tego wydarzenia, ale i setek innych: „Gdzie był wtedy Bóg? Jak mógł do tego dopuścić?” Odpowiem już ostatecznie piórem Macieja Rybińskiego: „Pytanie – gdzie był Pan Bóg pada bardzo często, przy większych i mniejszych tragediach, katastrofach, nieszczęściach i zbrodniach. Kiedyś spędziłem wiele godzin na dyskusji z Polakiem pochodzenia żydowskiego, zastanawiając się, gdzie był Pan Bóg w czasie Holocaustu, tragedii proporcjonalnie i statystycznie większej od wypadku samochodowego. To pytnie powraca zawsze przy okazji powodzi, trąby powietrznej, zawalenia dachu hali wystawowej. Domagamy się przy każdym takim nieszczęściu aktywnej obecności Boga, który – skoro już w niego wierzymy – ma obowiązek interwencji. Doraźnego naprawiania ludzkich błędów i zaniechań. Tysiąclecia filozoficznego dorobku chrześcijaństwa nie zmieniły powszechnego stosunku do Boga jako bytu zobowiązanego do opieki i ochrony ludzi – także przed nimi samymi. Przed ich własnymi szaleństwami. Nasz Bóg jest nadal Bogiem starotestamentowym, od którego oczekuje się zrzutów manny na pustyni, pognębienia Filistynów i wskazania Ziemi Obiecanej. Bogiem, który zdejmuje własną odpowiedzialność i bierze na siebie winę za wszystko. Trochę to za łatwe. Za wygodne. Do katastrof i nieszczęść doprowadzają ludzie. Mają boską możliwość uczenia się na błędach i wyciągania wniosków z tragedii, ale tego nie robią. Wolą mieć pretensje do Boga, że ciągle odpoczywa po stworzeniu świata.”

Pozdrawiam

Matix

Lubię to! Skomentuj13 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale