85 obserwujących
2380 notek
1261k odsłon
3125 odsłon

Od „Raportu gęgaczy” po brewerie „szczególnej kasty”

Wykop Skomentuj31

Polska jest areną – już teraz z rozbawieniem obserwowanej przez świat – wyprawy formacji rządzącej na osobliwą „wojnę krzyżową” z budowaną od 30 lat euro-Transformacją. Przegramy tę wojnę wszyscy, jak wszystkie nasze poważne wojny - ale inaczej się nie oczyścimy. Niech to katharsis weźmie na siebie sprawca, czyli zdychający PO-PiS. 

W latach 60-tych niejaki Janusz Szpotański, mistrz szachów i ciętej satyry, do tego poeta i krytyk literacki, pisał antyustrojowe, szyderczo-prześmiewcze rymy przeciw Gomułce, Radzieckiej Rosji, na pohybel systemowi życzeniowej, powszechnej szczęśliwości. Rozprowadzano je metodą konspiracyjnej „bibuły”, aż w końcu autor wpadł w łapy UB-ecji i swoje dostał.

W jednym z takich utworów podzielił Polskę na „cichych” (funkcjonariuszy z korpusem donosicieli) i „gęgaczy” (demokratów, dysydentów kryjących się po salonach, kawiarniach i w podobnych enklawach).

* * *

Pogadajmy o pęczniejącej wojnie polskiej ze światłą Europą, w kontekście naszej najnowszej historii, dziejącej się tu-teraz-naocznie-namacalnie. Na początku 2015 roku status quo w Polsce było następujące:

1. Głowę Państwa uosabiał B. Komorowski, nadchodziły majowe głosowania prezydenckie, a Michnik ogłaszał, że musiałby Bronek po pijaku, na pasach, w biały dzień przejechać ciężarną zakonnicę, aby przegrać wybory;

2. Rządy parlamentarne i ministerialne sprawowała formacja Tuska, który już wtedy zrejterował na saksy do Brukseli, niczym bananowy kacyk, zabierając ze sobą blondynę pełniącą funkcję wicepremierki, tę od funduszy i samorządów;

3. Pamiętano jeszcze (słabo) niesławne rządy koalicji PiS-LPR-Samoobrona (właściwie: Zero-Delfina), choć nie pamiętano, że powstały one na chybcika, bo Tusk w ostatniej chwili wycofał się, szydząc, z konceptu odnowy Rzeczpospolitej (POPiS);

4. Gospodarka była u progu „trzeciego podejścia” transformacyjnego (po terapii szokowej i po czterech reformach Buzka), co oznaczało, że ostatnie srebra rodowe pakowano do wora z napisem Polskie Inwestycje Rozwojowe;

5. Kolonizacja Polski przez Europę Zachodnią dobiegała końca, a wiele wskazywało na to, że kraj nasz rozgrabiono, i jeszcze nam szyderczo wmawiano, że postawiono nas na gospodarcze nogi dzięki filantropijnie ofiarnemu kapitałowi zachodniemu;

I przyszedł maj, po czym okazało się ku wielkiemu zdumieniu wszystkich, że wygrała w tej sprawie ekipa wyrosła na kulcie Katastrofy. Nowy Prezydent był z całkiem innego nadania. Służka Prezydenta meldującego się Prezesowi.

Reakcja ekipy Tuska (właściwie „wdów” po Tusku) była – wydawałoby się – trzeźwa. Oceniono wpadkę Komorowskiego jako awarię-potknięcie, wypadek przy pracy – i przygotowywano się do kolejnej kadencji sejmowych rządów europoidalnych, z przystawką ludową, w której zmienił się lider (Piechociński za Pawlaka).

W ogóle Polskę coraz bardziej wyobrażano sobie jako kraj, wymagający do szczęścia jedynie „ciepłej wody w kranie”. Polska „demokracja” – sądzono – wdrukowała się w ludzką świadomość, już mniej-więcej każdy wiedział, jak się w niej urządzić, jeśli tylko taka wola, choć niepostrzeżenie rosły zastępy milczących ofiar Transformacji, czyli wykluczonych różnego autoramentu, różnych przekrojów.

Polskie wykluczenia przybierały postać „republiki kolesiów”: kto się wpisał w jakieś środowiskowe albo biurokratyczno-partyjne algorytmy – ten żył w miarę spokojnie, a jak się postarał i nie podpadł – robił karierę (rosło zatrudnienie w administracji centralnej i lokalnej, rosły przetargowo-konkursowe kiście biznesowe i pozarządowe, rosły budżety, w tym tzw. fundusze celowe, omijające procedury kontroli społecznej). Każdy, kto zamknął oczy na racje społeczne i dobro publiczne, a wykazał się smykałką do interesów – miał się dobrze. Pozostali – to był margines, blondyna z rządu opowiadała nawet „u Sowy”, że ten kto umie wyżyć za 6 tysięcy miesięcznie – to chyba głupek albo kradnie (przeciętny dochód oscylował w pobliżu 2-3 tysięcy…). Blondyna zatem uznała, że cała polska „biedota” kradnie albo jest ciemna jak tabaka w rogu…

Pęczniały też i mnożyły się „państwa w państwie”, czyli kamaryle, które podstępem przechwytywały na własny użytek i na wyłączność prerogatywy państwowe, immunitety i dobra publiczne (regalia), a kiedy już osiągnęły właściwy „ciężar gatunkowy” – przeciwstawiały ten potencjał… temu Państwu, które dopiero co okradły. Już nie tylko służby specjalne, skarbówka, sądy, federacje sportowe, policja, sitwy nomenklaturowo-urzędnicze, partie zwane politycznymi, dyplomaci – ale dziesiątki środowiskowych kamaryl budowały swoje własne „dochodowe nietykalności”, ręka rękę myje, kruk krukowi oka nie wykole, do tego stopnia że aż kolejny „tuskoid” zauważył (oczywiście, „u Sowy”), że polskie państwo jest „w zasadzie teoretyczne”, zaś jeszcze inny, z właściwą sobie elegancją, podsumował nasz kraj jako „członek, zadek i kamieni kupę”, może nawet dosadniej, po żołdacku.

Wykop Skomentuj31
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo