/kto wciśnie stopę między PiS a PO?/
Problemem polskiej sceny politycznej jest jej sztuczność, nienaturalność. Nieodpowiedniość „partyjno-politycznej pianki” wierzchniej do tego, co tygli się i kipi soczyście w społecznym wnętrzu.
Polska składa się z trzech żywiołów społecznych, które z trudem udają wzajemną przystawalność do siebie, choć nie żyją w separacji, a niekiedy cohabitują „przez ścianę”:
- żywioł prowincjonalny – to patrymonialne społeczności małych miasteczek, które „twarzą” zwrócone są ku gwieździstej nowoczesności i blichtrowi postępu, zaś codzienny trud gospodarczy przywraca ich uwagę sprawom, które powołane zostały i nadal służą wiejskiej okolicy w promieniu 20-30 km: w miasteczkach tych większość ludzi zatrudnionych jest – poza placówkami administracji samorządowej – w biznesach i przedsięwzięciach obsługujących wieś (mleczarnie, roszarnie, ODR, rzeźnie-masarnie, technikum rolne, pół-hurt, zaopatrzenie wsi, POM, centrala nasienna, budownictwo wiejskie, bank spółdzielczy, skład budowlany, itp.);
- żywioł przetwórczo-produkcyjno-usługowy, skupiony w miastach średniej wielkości oraz na szerokich, socjalnych i topograficznych, obrzeżach metropolii, będący „podmiotem lirycznym” podręcznikowej ekonomii, zdolny do socjalizacji nie tylko „w sobie”, ale też do definiowania swoich interesów w sposób konstruktywny albo roszczeniowy: rolę opiniotwórczą pełni tam „szara inteligencja” (nauczyciele, kapłani, artyści, samorządowcy), stanowiąca niespójną namiastkę środowiska;
- żywioł wielkomiejski, uosabiany przez najszerzej rozumianą inteligencję (łącznie z „socjetą” i „salonami” oraz „redakcjami” i naukowcami), high-administrację publiczną, świat polityki i biznesu, wszelkich asocjacji związanych ze słowem „city” oraz top-quality-workers: jest to żywioł najwyżej pozycjonowany, bowiem jest skłonny organizować się w środowiska w pełnym, soczystym znaczeniu tego pojęcia;
Na własne ryzyko zakładam, nie całkiem ściśle, że każdy z tych żywiołów w dobie transformacji nieodwracalnie dezintegruje się na warstwę konstruktywno-oportunistyczną KO i warstwę roszczeniowo-destrukcyjną RD (w słowie „destrukcja” ujmuję też wszelkie wyobrażenia o przestępczości chuligańskiej, gangsterskiej i „biurowej”, ale też wyuczoną bezradność i wszelkie przejawy-symptomy wykluczenia). Są to warstwy „w sobie”, niekoniecznie potrafiące definiować i zgłaszać politycznie swoje sine qua non interesy.
Jako, że piszę tu o bieżących poszukiwaniach politycznych, wejdę w skórę centralnego planisty politycznego i przyporządkuję każdemu elementowi tego sekstetu taki fenomen polityczny, który go „obsługuje”. Oczywiście, obraz ten będzie zgrubny, pozbawiony subtelności, ale odpowiada badaniom elektoratu oraz badaniom aktywu partyjnego.
- Sekstę „prowincja KO” obsługuje głównie Polskie Stronnictwo Ludowe wraz z licznymi „auxiliares” (organizacje pomocnicze, satelickie);
- Sekstę „ prowincja RD” obsługują przede wszystkim parafie, powróciwszy do monopolu po spazmie Samoobrony;
- Sekstę „miasto KO” obsługują po równo PO, PiS i Lewica „koncesjonowana” (SLD, SDPL, UP), z uwzględnieniem specyfiki regionalnej;
- Sekstę „miasto RD” obsługuje Lewica „koncesjonowana” oraz „Ulica” (o niej poniżej);
- Sekstę „metropolia KO” obsługuje PO, z niewielkim udziałem PiS i Lewicy „koncesjonowanej”;
- Sekstę „metropolia RD” obsługuje zdecydowanie „Ulica”, z niewielkim udziałem PiS i Lewicy „koncesjonowanej”;
- Odrębna, kilkumilionowa rzesza tzw. III Wieku niemal po równo obdarowuje zaufaniem PiS, PO i SLD: jej odrębność wynika z niejednoznaczności jej położenia „klasowego”, kieruje się ona emocjami i własnym życiorysem, dominują tam postawy mieszczańskie i proletariackie;
Każdy, kto zetknął się z estymacją (matematycznym oszacowaniem) modeli dynamicznych widzi, że zarysowana powyżej macierz elektoratu jest nieskomplikowana. Pominięte subtelności nie miałyby większego wpływu na ten prosty model. Nieco bardziej złożony stanie się on dopiero, kiedy zaczniemy korygować poszczególne „przydziały” o liczebność każdej Seksty.
Wcześniej jednak spójrzmy na to samo okiem liderów partyjnych:
- PSL obsługuje budującą, konstruktywną, pragmatyczną, „gospodarską” część prowincji, rządząc tam niemal niepodzielnie;
- SLD (itp.) w metropoliach usiłuje posługiwać się standardami „partii władzy”, a w miastach średnich miota się między beneficjentami i ofiarami Transformacji, korzysta ze wsparcia pół-zorganizowanego, post-PRL-owskiego III Wieku;
- PiS obsługuje dużą połać średnich miast i mniejszą połać metropolii, korzysta ze wsparcia post-etosowego III Wieku;
- PO obsługuje dynamiczne warstwy metropolii, w mniejszym stopniu średnich miast, ale sięga śmiało po „elektorat” PiS-owski i SLD-owski;
- Kościół przy każdej nadarzającej się okazji kładzie na szalę „elektorat parafialny” (nie mylić z moherem), uzyskując konkretne koncesje przedwyborcze;
- „Ulica” rzadko kiedy głosuje, a jeśli, to w większości oddaje głosy „stracone”, na liderów i ugrupowania przegrywające, flibustierskie, marginalizowane medialnie;
Cóż to jest owa „Ulica”? Słowo „ulica” jest tu kluczowe i bardzo na miejscu: mowa bowiem o miastach. Nie tylko zresztą w metropoliach, choć tam jest więcej „miejsc docelowych”, takich jak budynki rządowe, ważne urzędy, siedziby dużych firm, stadiony, obszerne place, pomniki.
Ulice miejskie coraz częściej zaludniają w zorganizowany sposób, ale każdy z osobna, flibustierzy sześciorga imion:
a) związki zawodowe (wszelkiego autoramentu, duże i małe);
b) podskakiewiczowska lewica (kilkadziesiąt partyjek i stowarzyszeń);
c) hunwejbini prawicowo-konserwatywni (Młodzież Wszechpolska czy ONR);
d) samoorganizujący się w nagłych sprawach mieszkańcy „z sąsiedztwa”;
e) trotuarowi handlowcy oferujący towar „z ręki”;
f) grzeczni inaczej, np. w formule kibolskiej, osiedlowej albo flash-mob czy siłowni;
Każdy z tych – działających w niesamowitej rozsypce – żywiołów zagospodarowuje 2%-5% ludności Polski, co stanowi od 12% do 30% potencjalnego elektoratu! W dodatku bardziej lub mniej świadomie elektorat ten klarownie formułuje ważkie społecznie problemy: praca i wykluczenie oraz swobody ludzkie, przywrócenie pierwotnych, dekalogowych wartości etycznych, samorządność wspólnot lokalnych, życiowa przestrzeń socjalna i kulturowa dla nowych pokoleń, „coming-out” subkultur.
W rozumieniu „teorii idei” Ulica jest rozpostarta między Konserwatyzm a Lewicowość.
Otóż ta Ulica jest najsilniejszym poza parafiami ugrupowaniem politycznym Polski. Staje się obiektem zalotów wiodących partii w każdej kampanii, nie tylko wyborczej, stąd częste wrażenie „odchylenia lewicowego” (PiS) albo „ukłonu w stronę obywateli” (PO, SLD, za pośrednictwem organizacji pozarządowych), które to wrażenie mija natychmiast po wyborach.
To, co w powyższym schemacie jest swoistym „dominium” Kościoła i Ulicy – jest w rzeczywistości „składem delikatesów” dla ugrupowania (partii, ruchu), który odczyta i nazwie zrozumiałym, przyziemno-ekonomicznym językiem obiektywne ich interesy polityczne. Moje wyobrażenie jest takie, że spośród zgłaszających swoje zainteresowanie „wielką polityką” podmiotów wystąpić w tej sprawie może ktoś podobny do Stronnictwa Demokratycznego (nominalnie reprezentującego rzemieślników i wolne zawody) albo do Związku Nauczycielstwa Polskiego (reprezentującego w większości „szarą” inteligencję, sercem i temperamentem bliższą Ulicy niż Kościołowi). Lista potencjalnych „konsumentów” tego elektoratu wcale nie jest taka krótka.
Zbliżające się w Polsce kolejne wielo-zwarcie dwóch buldożerów polityki, przesycone osobistymi emocjami i cynicznie podsycane w obszarze publicity, jest jak najdalsze od pozytywnych wyobrażeń o dwupartyjności, porównywalnych z tym co mamy w USA czy w większości krajów europejskich. To dlatego poszukuję trzeciego odnóża.
Komentarze
Pokaż komentarze