Jan Herman Jan Herman
53
BLOG

Wędrująca chmura tagów (cd. „Kultury zwarcia”)

Jan Herman Jan Herman Polityka Obserwuj notkę 0

 

Każdy dzień przynosi – nieco zmieniony w stosunku do poprzedniego – pakiet problemów, zagadnień, tematów i pytań, które są nam podpowiadane do rozważenia na forum publicznym (czasem bez naszej woli zaglądają one nam do życia prywatnego). Niektóre z nich sami podpowiadamy.
 
W tym pakiecie jest różnie, ja go oceniam na 70-110 zawołań, co dzień nieco innych. Przeważnie są to tematy polityczne (z akcentem gospodarczym), ale też mamy tam skandale (gołe pupy u Lupy), sensacje (człowiek pogryzł psa), kataklizmy (Haiti, Chile, tsunami, wlazł kotek na drzewo i zejść nie umie), obrzydliwości (pożyczył od cioci, a oddał narzeczonej), sport, życie towarzyskie, życie biznesowe, polityka zakulisowa, dziennikarstwo podpuszczalskie, życie edukacyjno-akademickie (rzadko), jest też o wojnach (rodzinnych i światowych), do tego konkursy z festiwalami na zakładkę oraz ciekawostki. I tak dalej. Odsyłam do najpoczytniejszych portali, do programów informacyjnych RTV, do pierwszych stron gazet.
 
Mechanizm jest taki, że kiedy Kaczyński zakupuje do swojej kancelarii, dajmy na to, sok pomarańczowy w dużych ilościach i małych opakowaniach, to natychmiast Googlarka wciska ludziom ten sok jako temat dnia. A jeśli sportowiec wygrywa, to jego dieta (bułka z bananem) staje się najbardziej popularną dietą-cud.
 
To nie jest jakiś wielki dramat, że nas się wciąga w takie rozmowy. Dramatem jest, że dajemy się w nie wciągać. Pewnie, większość to naprawdę tematy potrzebne, tylko że my wozimy się po nich połebkowo, bez żadnej nauki dla samych siebie i naszych rozmówców-obserwatorów.
 
W Internecie mamy sytuację szczególną: za tę „chmurę tagów” zabierają się przede wszystkim dwie rasy pisarzy: tak zwani publicyści i tak zwani komentatorzy owych publicystów. Dlaczego tak zwani? Ano, bez urazy, ze względu na wspomnianą połebkowość. I parę innych przywar.
 
Większość publicystów rozumie swoistą dialektykę zanurzania się w chmurze tagów: z jednej strony, jako tematy wiodące, wynoszą one autorów na różne top-listy (w języku Internetu nazywa się to chyba pozycjonowaniem?), ale z drugiej strony funkcjonują oni w potwornym zgiełku, do tego naprawdę trudno oczekiwać od nich czegoś oryginalnego pośród dziesiątków i setek wypowiedzi na ten sam temat, a zwłaszcza kiedy temat poruszają po wielekroć, więc dla oryginalności starają się „przegiąć”, aby zwrócić na siebie uwagę.
 
Czyją uwagę? Ano: internetowych harcowników, łowców, podstawiaczy nóg, sępów, hien, zbójników, równie internetowych graficiarzy (skąd-inąd pożyteczny ART, ale źle odbierany przez właścicieli powierzchni), błędnych rycerzy, zagończyków, watażków, kiboli, zadymiarzy. Ich rola jest niezwykle pożyteczna: ktokolwiek popełni błąd, ma szansę niemal natychmiast się z niego wycofać albo poprawić, bo suchej nitki na nim nie zostawią. Ale też, rozpaleni sukcesami, potrafią doprowadzić niektórych do internetowego samobójstwa (biorę zabawki i likwiduję bloga), jeszcze innym zmarnować całe popołudnie, a wszystkim zająć czas. Nie jestem zwolennikiem blokowania czy rugowania łowców, choć portale dają taką możliwość. Marzę o tym, aby kiedyś Salon24 albo inny portal został po same pachy zasypany wypowiedziami tych autorów trzeciego planu. Albo żeby Wyborcza wydrukowała numer wyłącznie z ich komentarzami. Kiedy oni sami zobaczą pustynię wykonaną własnoręcznie – wyleczą się choć trochę ze swojej pasji. Zresztą, kto z nas nie popełnia błędów?
 
Właśnie! Publicyści, owe ofiary zagończyków, stosunkowo łatwo przeistaczają się w tak-zwanych-publicystów. W pogoni za licznikiem odwiedzin więcej piszą niż czytają, bywa, że cytują już tylko samych siebie. Piszę o tym, a samemu mi się trudno powstrzymać, to jest narkotyk. Przez to publicysta – osiągnąwszy status Tak-Zwany – staje się bardziej uciążliwy niż jego oprawcy Internetowi.
 
Aż czasem chce się zacytować utwór w wykonaniu Juana Carlosa dedykowany Chavezowi, pod tytułem: Czy mógłbyś się zamknąć?

Wiem, wiem, kiedyś mnie to spotka...

 

Jan Herman
O mnie Jan Herman

...jaki jestem - nie powiem, ale poczytaj blog... Więcej o mnie znajdziesz w książce Wł. Pawluczuka "Judasz" (autor mnie nie zna, ale trafił w sedno). O czym jest ta książka? O zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z Panem Bogiem. O miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Saszka, prosty chłopak z białoruskiej wioski, po rewolucyjnej zawierusze, podczas której doświadczył wszystkiego, wraca w rodzinne strony i próbuje żyć tak jak inni. Ale kiedy spotyka samozwańczego proroka Ilię, staje się jego najwierniejszym uczniem i apostołem... Opowieść o ludzkich głodach - seksualnym i religijnym - o związkach erotyki i polityki, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej i prawosławnej religijności, tajemnicy i manipulacji wreszcie.................................................... UWAGA: ktokolwiek oczekuje, że będę pisał koniecznie o sprawach, które są "na tapecie" i konkurował na tym polu ze znawcami wszystkiego - ten zabłądził. Piszę bowiem dużo, ale o tym najczęściej, co pod skorupą się dzieje, a widać będzie za czas jakiś.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka