Przed kilku laty świadomie i chętnie zostałem współ-założycielem stowarzyszenia feministycznego. Choć nie jest to pole mojej wiodącej aktywności – jestem z tego dumny. A do tego wszystkie, powtarzam, wszystkie napotykane przeze mnie feministki, to osoby nie dość że atrakcyjne jako rozmówczynie i jako panie (zawsze muszę wstydzić się swoich myśli po rozmowie z którąś z nich), to jeszcze życiowo zaradne, dziarskie, rozgarnięte po prostu. Mogą imponować – i imponują.
Wiem, że to co poniżej napiszę, niekoniecznie im się spodoba. A będzie o tym, co ja sądzę o kobietach wyzwolonych, a zwłaszcza o ich pragnieniu wyzwolenia wszystkich sióstr, na wzór i podobieństwo swoje.
Głęboką mam wiarę w to, że Opatrzność nie stworzyła odrębnie, w separacji od siebie, Kobiety i Mężczyzny. Jako, że to jest kwestia wiary, wiec gotów jestem na przyjęcie krytyki. Otóż dobry Bóg stworzył Człowieka, a nie jednostkę. Pełnię Człowieka stanowi jego wielopostaciowość, w tym dwie wiodące manifestacje płciowe. Oznacza to, że Mężczyzna w pojedynkę albo Mężczyzna zbiorowy – to żaden mężczyzna. Podobnie z Kobietą. Nawet w dobie wynalazków inżynierii genetycznej. Jasne, każdy egzemplarz Człowieka wyposażony w PESEL odpowiada przed innymi egzemplarzami, przed Prawem i Państwem, we własnym imieniu, takąż też ma podmiotowość, nikt nie może wymagać, żebyś pan przyszedł z żoną czy mamusią, pani z partnerem albo przygodnym wdowcem, bo inaczej sprawy nie da się załatwić. Nie zmienia to jednak – w moim przekonaniu – że istotą człowieczeństwa jest kompletność, zupełność wielopostaciowa.
Możemy się długo sprzeczać, ile zwierzęcia jest w człowieku, ale trudno podważać pogląd, zresztą dość dobrze rozpowszechniony, że mężczyźnie trudno jest zostać Matką (i ten stan jeszcze jakiś czas potrwa), zaś kobiecie trudno wydać jest z siebie mikrożyjątko zdolne wessać się w jajo dla dania początku nowemu życiu. Ma to swoje daleko idące konsekwencje biologiczne (w tym zdrowotne), ale też psycho-mentalne, społeczne, kulturowe. Dla mnie ważne też są wynikające z tego różnice estetyczne.
W pierwszych minutach ojciec jest noworodkowi do niczego niepotrzebny. W miarę stawania się niemowlęciem – dziecko woli ojca mieć jako tło, echo matki. Z czasem się do niego przyzwyczaja. To, czego szuka u Matki aż do lat szczenięcych (zwanych „trudnym wiekiem dojrzewania”) – nie sposób znaleźć nawet u wzorcowego ojca. Zatem nie mówię o gotowaniu, praniu, sprzątaniu i robieniu zakupów, ale o uniwersalnym (obiektywnym) „przeznaczeniu” Kobiety. Trąci to maskulinizmem, ale też trudno zaprzeczyć, że nawet w metro-seksualnym świecie męska część ludzkości jest roślejsza, silniejsza, bardziej poszukująca zahoryzontalnie, mniej stała.
Może inaczej. Gdyby można sobie wyobrazić Modelinę Ludzką, to są dwie pary czynników, które decydują o tym, co artyście się z tego ulepi. Pierwsza para to AKTYWNOŚĆ-BIERNOŚĆ (chodzi o właściwość „przyrodzoną”, jakby gumilowowską pasjonarność), druga zaś to MĘSKOŚĆ-KOBIECOŚĆ. W każdym egzemplarzu owe cztery czynniki (wraz z innymi, tu pomijam) rozkładają się w jakiejś proporcji biologicznej, psycho-mentalnej – i to owa proporcja rzutuje na „ogólny obraz” egzemplarza. Ale też owe cztery czynniki mają swój „normalny” (patrz: funkcja dzwonowa, Gaussa, rozkładu normalnego) wzorzec dystrybucji między poszczególne osobniki. Najczęściej występują (i najlepiej sobie radzą) pary On-Ona i Kreator-Biorca: w rodzinie, w społecznościach, w społecznym procesie pracy, itd. Pozostałe też sobie radzą, ale ich liczność występowania oraz dostęp do sukcesów są nie tak spektakularne.
Jednym z wyznaczników człowieczeństwa jest Humanizm, który tu można utożsamić z Demokracją. Oznacza on takie oto podejście: jeśli jestem w czymś dobry, to nie dyskontuję tego dla siebie, ale robię co mogę, aby inni stali się w tym co najmniej tak dobrzy jak ja. Jeśli jestem silny, to nie buduję sobie na tym monopolu, tylko staram się wzmocnić słabszych. Jeśli na czymś zarobiłem, to szanuję tych, którzy pod moją komendą budowali to bogactwo, a przede wszystkim tych, którzy kupili moje (nasze wspólne) dzieło, dając mi się „obłowić”. Jeśli ja mam to, a on tamto, to nie sprowadzam naszych relacji do formuły kupię-sprzedam, tylko buduję dom synergii łączącej zróżnicowane możliwości.
Takie podejście wyróżnia nas (powinno) ze świata zwierząt i roślin. Zresztą, Natura nigdy nie pozwala na monopole, metodami „maltuzjańskimi” (kto przesadza w eksterminacji innych – ten ginie samotny) doprowadza do wciąż od nowa przywracanych proporcji zadowalających wszystkich, dających wszystkim pożyć.
Trochę głupio jest sprowadzać stosunki międzyludzkie do relacji Kobiety i Mężczyzny, ale jeśli uznamy to za chwilowo tu wydzielone poletko – Feminizm rozumiem tak jak w dwóch powyższych akapitach. To te dziewczyny, które widzą, iż naturalne różnice płciowe zostały bezczelnie wykorzystane przez mężczyzn do zmonopolizowania świata (to jest prawda, nie ma co roztrząsać), że metodami obyczajowo-prawno-formalno-państwowymi kobiety ustawia się w roli drugorzędnej – powinny w słusznej polityce wyzwoleńczej zważać na to, by nie przerysować: zgodnie z krzywą Gaussa wiele (większość?) jest Kobiet, które nie tylko z wychowania i obyczaju, ale z powodów – można powiedzieć – naturalnych, a też i ze świadomego wyboru, ustawiają się w roli tych, które „okopują” i „meblują” Domy, Mężczyznom pozwalając na to, by zdobywali nowe przestrzenie, byle zdołali owe Domy utrzymać.
Zgodnie z uproszczoną klasyfikacją (On-Ona, Kreator-Biorca) wszędzie na świecie występuje „normalny” rozkład społeczny, w którym jest miejsce i na rodziny (społeczności) patriarchalne, i na matriarchalne, i na partnerskie nad-aktywne, i na partnerskie nic-nam-się-nie-chce. A dobrze jest, kiedy znajdzie się odważny politycznie argument (np. w postaci ruchu feministycznego), który z tego normalnego rozkładu usuwa patologiczną skorupę monopolizującą i petryfikującą jakieś „normy”, najczęściej dotąd na niekorzyść Kobiet (i Biorców), odczłowieczając Ludzkość w jej wymiarach kulturowych, społecznych, obyczajowych, politycznych.
W tym sensie jestem feministką.
Komentarze
Pokaż komentarze