Polacy jak zwykle żywo interesują się wydarzeniami w barbarzyńskiej Rosji, zwłaszcza w okresie, kiedy przez większe miasta Mateczki Rusi przewalają się właśnie – skromne, podkreślmy - manifestacje z hasłami „Putin musi odejść”.
Oczywiście, do Rosji i Rosjan mamy stosunek ambiwalentny. Z jednej strony uprawiamy niemal paryski, inteligencki zachwyt rosyjską kulturą i biznesowy kult olbrzymiego rynku. Przeciętny Polak, ogłuszony odległościami liczonymi w tysiące kilometrów, nawet nie próbuje sobie wyobrażać, co to znaczy, że nad Rosją nigdy nie zachodzi słońce (kiedy w Kaliningradzie zmierzcha, Czukotka, Kamczatka i Sachalin budzą się do życia). Uroda Rosjanek powala każdego „polskiego szarmanckiego pana”, a potęga rosyjskiego sportu – nawet dziś słabnąca – powala wszystkich. Do tego Gagarin (kosmonauta), Karpow (szachy) i kilka innych postaci z pierwszej ligi światowej. Z drugiej strony mamy jakieś takie głębokie przekonanie, że Rosja to kraj prymitywny, niebezpieczny i zacofany, zarówno pod względem gospodarczym, jak też na polu obycia w rozwiniętym świecie krajów uprzemysłowionych i ucywilizowanych. Poza tym – w naszym szczerym przekonaniu – Rosja ma pecha do przywódców: jak nie Iwan Groźny, to Stalin, jak nie Borys Pijanica, to Dymitr Samozwaniec, jak nie Lenin, to Władimir Putin. Jak nie Chruszczow – to Breżniew. Jak nie caryca Katarzyna, to Piotr I. Co za kraj!
Należę do tych nielicznych (stosunkowo), którzy postawili swoją nogę niemal w każdym rosyjskim obwodzie, od Bałtyku po Morze Ochockie, od Morza Czarnego po prawie-Arktykę, chociaż nie będę się przyrównywał do słynnych polskich podróżników. Oczywiście, nie daje mi to upoważnienia do ostatecznych sądów, ale mam wrażenie, że wystarczająco dużo rozmów i zdarzeń, posiłków i napojów, pieśni i łapówek mam za sobą, aby choć trochę podpowiedzieć tym, którzy serio, a nie z sarmacką wyższością interesują się tym krajem równie tajemniczym co pięknym. Powiadają, że umysłem Rosji nie pojmiesz, pokochać trzeba.
Na własny użytek rozróżniam (obok innych) techniczną i pionierską ścieżkę rozwoju cywilizacyjnego. Europa wyrosła w tej technicznej: jeśli pojawia się jakaś potrzeba, to Europejczycy rzucają swoje siły intelektualne i smykałkę rzemieślniczą „na odcinek” wynalazczości i modernizacji. Po jakimś czasie potrzeba jest zaspokojona, zrazu elitarnie, potem – metodą „dyfuzji” – upowszechnia się wynalazek czy ryt organizacyjny. Tak powstała motoryzacja, bankowość, parlamentaryzm.
Rosja zdecydowanie jest pionierska, od swojego zarania. Pierwotna Ruś (kijowska) powstała z naludnienia od strony orientalnej (z południa i wschodu Morza Śródziemnego), na glebie scytyjsko-sarmackiej, a państwowość zaaplikowali jej Ostrogoci ze Skandynawii, w drodze dalej na południe. Dodatkowej mocy pionierskiej – poprzez ordy i chanaty – przydali Rosji przybysze mongolsko-turecko-tatarscy. Nie bez znaczenia jest surowość przyrody i klimatu w tej części świata. Kiedy u tak rozumianego pioniera (odkorzenionego nomada) pojawia się potrzeba konsumpcyjna – to najpierw rozgląda się, kto opodal już ją zaspokoił – a następnie dokonuje wyprawy łupieskiej, załatwiając sprawę na swoją korzyść.
Oczywiście, Europejczycy dali dowody pionierstwa nieraz, ostatnio wyprawiając się do Ameryki i ustanawiając tam agresywne do dziś państwo, Rosjanie zaś nie raz udowodnili swoją techniczną kulturę, mowa zatem o tym, co dominujące i wiodące, a nie o tym, co wyłączne i jednoznaczne.
Pionierskość Rosji widać po stosunku do natury (rabunkowa gospodarka dobrami naturalnymi), po wiecznych tęsknotach imperialnych (ileż razy skutecznie spełnionych!), po wyraźnym, odróżniającym ją od świata podziale mieszkańców na „łupieżców i osadników” (bronię tej tezy w różnych referatach), po bardziej stanowczej rozbudowie armii i inwigilacji oraz kontroli – niż wytwórczości środków konsumpcji, po wielkim zamiłowaniu do rozbudowanych systemów, a nie do pluralizmu i dysput. I po tym, że przeciętny Rosjanin (nie, to nie jest podszyte poczuciem wyższości) woli żyć w sposób narzucony przez państwo, co najwyżej mając doń pretensje (do gubernatorów, bojarów, itp.), ale zawsze uwielbiając (ros.: ubóstwiając) Pierwszego.
Nie dziwota, że słowo „demokrata” (Jegor Gajdar, ew. Grigorij Jawliński) jest w Rosji dość jednoznacznym epitetem, że nacjonalizacja cieszy się zawsze większym wzięciem niż prywatyzacja, Że Borys Jelcyn uchodzi tam za swojaka, a Michaił Gorbaczow za pięknoducha winnego rozpadowi ZSRR (choć politycznie role były odwrotne!). Najlepiej zaś ma się w Rosji Władimir Władimirowicz Putin, który nie dość, że stanowczy wobec oligarchów i aparatu, to jeszcze zakorzeniony w służbach specjalnych. To Putin, a nie jego pomocnik Miedwiediew grać będzie jeszcze długo pierwsze skrzypce w tym ukochanym przez światową inteligencję, ale porzuconym przez szczęście kraju (nota bene: w języku rosyjskim jedno ze znaczeń słowa „pomoszcznik” jest tożsame z „zausznik”, „specjalny powiernik”).
Kiedy potrzeba światu – z jakiegoś powodu – pokazać cywilizowaną stronę polityki wewnętrznej – powołuje się „partię władzy”, która w pół roku po powstaniu wygrywa wszelkie możliwe „demokratyczne” wybory. Ale treścią rzeczywistą jednostek administracyjnych pod nazwą Region Ekonomiczny jest (było u podstaw) wzmocnienie politycznej kontroli nad poczynaniami rozbisurmanionych gubernatorów. Dodajmy, że autorem koncepcji „reformy administracji” był Putin, wtedy Prezydent Federacji. Mniej zauważalne jest stopniowe eliminowanie formuły kupowania mandatów poselskich i pomniejszych przez oligarchów, którzy w ten sposób rozszerzali sobie gwarancję bezkarnej, sułtańskiej niemal satrapii na włościach przejętych w wyniku prywatyzacji kilkanaście lat temu (tzw. grupy finansowo-przemysłowe powstały w wyniku rozpaczliwej, zakulisowo-politycznej akcji skierowanej do pół-wysokiego aparatu: Anatolij Jakowlewicz, bierzcie swój departament niklu albo węgla czy transportu i prywatyzujcie, bo Mateczka Rassija już nie ma sił go utrzymywać!).
Grigorij Jawliński w rozmowie z Tomaszem Bieleckim z GW w marcu 2008 roku powiedział: „Estetyka kremlowskiego autorytaryzmu różni się od czasów Breżniewa - dziś można słuchać dowolnej muzyki, jeździć na Zachód, spotykać się z zagranicznymi dziennikarzami, czytać opozycyjne gazety i krytykować władzę. Natomiast nie ma możliwości zmiany tej władzy, bo ona broni się bez oglądania się na konstytucję i prawa obywatelskie. Ale to nie przeszkadza wielu moim rodakom”. Cóż dodać?
„Mirnyj narod” (czyli lud rosyjski) nie zdaje sobie zapewne sprawy z tych subtelności, ale wierzy Putinowi, który przywrócił siermiężną stabilizację na prowincji, a wielkomiejskie „socjety” przywołał do porządku.
No, to po co ma odchodzić? Bo „demokraty” tak chcą?
Komentarze
Pokaż komentarze (13)