Człowiek rodzi się z dobrym samopoczuciem. Nie dajcie się zwieść krzykom i płaczom milusińskich w pierwszych minutach, godzinach, dniach: oni po prostu w ten sposób komunikują światu, że są, i że im też coś się należy. Robią swoją politykę jak umieją.
Co by to było, gdyby nagle wszyscy ludzie zaczęli patrzeć w lustra z obrzydzeniem i żałością?
Nie ma takiej twarzy, w której nie dałoby się odnaleźć czegoś szlachetnego i regularnego. Nie ma takiej powłoki cielesnej, w której nie dałoby się odczytać zgrabnej figury, no, może nieco mało wyeksponowanej, ale jeśli się dobrze przyjrzeć… Nie ma takiego życiorysu, w którym brakuje choćby jednego odwołania do tego, co najlepsze w człowieku, a przecież ten człowiek to ja właśnie, więc potrafię być piękny, dobry i prawdziwy!
Bez takiego oto patrzenia na siebie samego nie ma mowy o tym, by człowiek się czuł właściwie i na swoim miejscu, i w dobrym czasie, by funkcjonował tak, jakby świat leżał u jego stóp. Oczywiście, zdarzają się jednostki, a nawet całkiem pokaźne grupy sfrustrowane, pamiętliwe, zrzędliwe, zgorzkniałe, wściekłe – ale gdyby nie one, człowiek zupełnie już zapomniałby, że może się komuś zdarzyć złe samopoczucie.
Jest szczególny typ człowieka, który upodobał sobie nad wyraz troskę o własne samopoczucie. Ten typ człowieka, jak ćma do ognia, wciąż garnie się do jakichś wyborów politycznych i nominacji urzędowych. Co dzień rano staje przed lustrem i mówi do swego odbicia: jestem ci potrzebny. A potem wychodzi przed tłumy (i małe grupki, a nawet przed pojedynczych osobników) i – widząc w nich swoje niedoskonałe odwzorowania – powtarza: widziałem dziś człowieka, który mówił: że jestem mu potrzebny, i wierzę w to głęboko, że niejeden z was, może wszyscy, jesteście tego samego zdania, albo będziecie jutro, pojutrze.
Naprawdę, trzeba wielkiego samozaparcia, żeby tak raz-po-raz, przy każdej okazji, w pogodę i w niepogodę, w zdrowiu i w cierpieniu, w dni słoneczne i dni zawieruchy, w chłodną zimę i zielone lato, ubiegać się u obcych ludzi, najczęściej przypadkowych, o poparcie dla swojej osoby w sprawie, która ich zupełnie nie dotyczy, bowiem dotyczy wyłącznie własnej kariery kandydata, pretendenta.
Czasem nawet sądzę, że z tym lustrem to lipa, że oni nie mają żadnego lustra, stąd potrzeba ustawicznego poddawania się zbiorowemu osądowi, by siebie samego obejrzeć w obcych oczach, by swoją wartość wycenić w krzyżykach, jakie zupełnie nieznani ludzie postawią przy moim nazwisku. I trzeba głęboko w to wierzyć, że nie szepcą przy tym „ach, krzyż ci na drogę”.
W każdej beczce miodu można – ale po co – znaleźć kroplę dziegciu. Oto bowiem bywa, że krzyżyków za mało na drogę ku karierze, a okrzyki na wiecach ponure i nie w tym tonie. Normalny człowiek już dawno, po kilku takich doświadczeniach, strzeliłby sobie w łeb, albo choćby upił się z żałości, że tak bardzo nie ma wzięcia. Wycofałby się na z góry upatrzone pozycje. Ale nie ten nasz szczególny typ! On wie, że po prostu nie poznali się na nim, że nie docenili jego starań, że ulegli podszeptom konkurentów, albo że ktoś cichcem wbił mu polityczny nóż w plecy. Jednym słowem: zamykam oczy, wyłączam powonienie i smak – po czym chłonę ten miód przyprawiony dziegciem, i dalej w trasę, po dalsze głosy w następnej kampanii!
Może kiedyś (właściwie kiedy?) znajdzie czas na refleksję. Teraz jest zbyt pochłonięty zbawianiem świata. Swojego małego świata, o którym ma przekonanie, że jest tak wielki, tak wielki, tak wielki…!
Komentarze
Pokaż komentarze