/UWAGA: będzie nieco poważniej. Oto fragment mojego głosu w debacie ustrojowej, jaka się już zaczyna przed wyborami/
Nie odkrywam "ameryki" twierdząc, że obywatelstwo jako poziom świadomości społecznej nie jest dostępne każdemu. Za to każdy jest "zarejestrowany" (przypisany?) jako obywatel, czytaj: ma prawo głosować, ma obowiązek podatkowy i ma przestrzegać prawa (formaliów) obowiązującego w granicach Państwa.
Najtrudniej jest być obywatelem, kiedy głowę ma się zaprzątniętą swoją własną nędzą, a bywa, że zamiast zajmować się swoimi sprawami, "obywatel" w panice reaguje - godzinami, dniami, tygodniami, miesiącami, bywa że latami - na jakieś urzędnicze alerty skierowane do niego bezpośrednio lub tak w ogóle.
Ratując się przed niebytem nie umiemy - bywa - zachować swojego człowieczeństwa, a co dopiero myśleć o sprawach publicznych, społecznych, cywilizacyjnych, politycznych, państwowych!
Powiernictwem obywatelskim - w ślad za językiem prawniczym - nazywam taką sytuację, w której na swoją odpowiedzialność urzędnicy i politycy, za uzgodniona (nie narzuconą) odpłatność biorą pod swoją pieczę sprawy ludzkie, sprawy ogółu. Dałem temu wyraz w pewnej książce.
Ponizej - wyimek z tej książki, w wersji "gazetowej".
MINIMALNE WARUNKI DEMOKRACJI POWIERNICZEJ
Żyjemy w świecie złożonym, wieloznacznym, skomplikowanym, niepewnym. Aby w nim funkcjonować w oparciu o jakiekolwiek racje demokratyczne (niekoniecznie powiernicze), trzeba mieć do dyspozycji dobrą własną kondycję (w tym psycho-mentalną) i „kokon” bezpośrednio, swobodnie dostępnych instrumentów społecznych składających się na zdobycze cywilizacyjne.
Mam takie zdanie na temat ustrojowej roli Państwa (ustrojowej niezależnie od ideologii zmiennie dominującej w polityce), przy czym wolałbym, aby główną misją państwa było wycofywanie się z prerogatyw na rzecz najszerzej i najpełniej rozumianej samorządności wzdłuż i w poprzek:
a) nikt nie powinien być głodny, nagi i bosy oraz samotny, jeśli nie ma na to ochoty;
b) każda z czterech poniższych form-stadiów wykluczenia hańbi wybieranych i obieranych:
1- zablokowany (np. dochodowo) rozwój osobisty i społeczny,
2- bezrobocie (utrata stałego, legalnego źródła utrzymania),
3- bezdomność (utrata lokalu gwarantującego „husbanding”),
4- niezauważalność społeczna (obojętność otoczenia, wykluczenie całkowite);
c) takie elementy "kokonu cywilizacyjnego", jak medialny dostęp do informacji (nie ściemy), realny powszechny dostęp do dziedzictwa wszelkiego, realne współdecydowanie o sobie i swoich wspólnotach, ochrona zdrowia i leczenie, osobiste bezpieczeństwo, ład przestrzenny i publiczny (cokolwiek to jest), edukacja dająca rzeczywiste rozeznanie w rzeczywistości, swoboda przemieszczania się, permanentny podmiotowy skuteczny kontakt z administracją (czegokolwiek to dotyczy) – itd. - to minimum;
Powyższe nie jest postulatem bezpłatności, tylko uczynienia realnymi powszechności i dostępności bez wyjątku. Dziś jest tak, że zawiadowcy nawy publicznej (w zdecydowanej większości „zaludniający” Państwo), zamiast zapewniać te warunki, raczej wykorzystują swoje polityczne położenie dla odizolowania wybranych elementów „kokonu” na swój wyłączny użytek: czynią to ustanawiając prawo, kreując opinie publiczną, przekrzywiając zbiorową i indywidualną świadomość rzeczy i spraw.
Powyższe oznacza, że każdy obywatel, każdy mieszkaniec kraju (swojszczyzna) powinien mieć „na stole” codziennie ofertę – dynamicznie zmieniająca się w kierunku postępu – złożoną z następujących elementów:
A) Minimalny Dochód Gwarantowany;
B) Zatrudnienie na Żądanie;
C) Zamieszkanie na Zgłoszenie;
Elementy te zostaną poniżej pokrótce omówione, zwłaszcza że piszący te słowa aktywnie od lat głosi konkretne koncepcje ich dotyczące.
A. Minimalny Dochód Gwarantowany
Przyjęło się rozważać takie kategorie dochodowo-ekonomiczne, jak Minimalne Wynagrodzenie, Minimum Socjalne, Minimum Biologiczne, Płaca Przeciętna (z rozbiciem na branże albo sektory czy działy). Ich bzdurność, ich nieprzydatność do rzetelnego regulowania zbiorowego poziomu życia niech wykaże krótki przykład Płacy Minimalnej: jeśli ją podnosimy, to przerzucamy część zatrudnienia do szarej strefy, a przy tym nie uwzględniamy tego, że nawet przy niskim bezrobociu duża grupa nie-zatrudnionych pozostaje poza „dobrodziejstwem” podwyżki, a jeśli zdarzają się rodziny, gdzie jest więcej niż jeden bezrobotny, albo są przewlekle chorzy – ten instrument okazuje się po prostu niesprawiedliwy. Dodatkowo wszyscy, którzy mają dochody nieco powyżej nowego poziomu minimalnej płacy, tracą moralny status „nienajgorzej opłacanych”, co wpływa na ich morale i ogólną kondycję. Pamiętać warto, że każda dodatkowa pula gotówki wchodząca na rynek owocuje konkretną zwyżką cen.
Minimalny Dochód Gwarantowany – w dobrych menedżerskich rękach – jest instrumentem uniwersalnym.
Jeśli precyzyjnie wyważyć wysokość MDG, to można osiągnąć efekt zapobieżenia zjawiskom „głodu i nagości”, „bezdomności” oraz „pod-dostępu” do dóbr cywilizacyjnych (kokon). W ten sposób likwidujemy najgorsze z możliwych stadia wykluczenia (obojętność społeczną oraz rozkład „husbandingu”). A z wykluczeniem jest jak z deszczem: jeśli kupimy parasol za 100, to nie zniszczymy odzieży za 1000, kiedy jednak parasola nie kupimy, to nie tylko owe 1000 zamieni się (na przykład) w 500, ale też w takiej odzieży nie wejdziemy w wiele miejsc, gdzie o wizerunku decyduje wygląd zewnętrzny. Uwaga: opisałem tu symbol, nie należy tego odczytywać jako pieśni o drobnomieszczaństwie. Podsumujmy: taniej jest chronić i zapobiegać, niż potem „wyciągać” z biedy, zwłaszcza wobec nieuchronnych strat moralnych.
Poniżej też będą liczby, ale tylko symboliczne.
Oto bowiem, jeśli średni dochód na osobę w kraju wynosi 1000, a MDG ustala się na poziomie 500, to w żaden sposób nie zapewniamy takim dochodem stanu nasycenia i zadowolenia, choć pewnie zdarzą się jednostki gotowe poprzestać na tym, żyć pasożytniczo. Gotowe też uzyskiwać dochody „skąd-inąd”, ale wtedy już nie ma możliwości wymawiania się, że „na chleb nie miałem”, bowiem MDG jest dochodem powszechnym, obejmującym każdego od urodzenia do śmierci.
W takiej sytuacji zanika sens zarówno operowania kategorią Minimalnej Płacy, jak też utrzymywania aparatu zajętego tzw. pomocą socjalną. Można spokojnie odesłać nadzwyczajne przypadki do tzw. III Sektora (organizacje pozarządowe, wspólnoty mieszkańców, itd.). A co z Minimalną Płacą? Oczywistym jest, że pracodawca oferujący wynagrodzenie, w wyniku którego dochód „na głowę” w rodzinie zatrudnianego zwiększyłby się prawie niezauważalnie – nie znajdzie pracownika. Czyli albo podniesie ofertę wynagrodzenia, albo skieruje się na rynek technologii mogących go zastąpić. Tak czy owak – postęp.
Wbrew pozorom MDG nie obciąża budżetu, nie czyni go niewypłacalnym: szczegółowa analiza takich instytucji, jak fundusze emerytalne, ZUS, służby i fundusze natury socjalnej, biura pracy – każe doliczyć się „zerowego” bilansu wprowadzenia MDG w życie. Więcej o tym – poza tą książką.
Koncepcja MDG nie przewiduje też zupełnej bezczynności kogoś, kto nie pracuje zarobkowo (tylko wtedy wypłacany jest MDG): samorząd może w każdej chwili zażądać jego usług interwencyjnych w jakimś wymiarze zdefiniowanym uprzednio. Może, nie musi. Jeśli nie można tego wyegzekwować – pozostaje konstatacja, że ów ktoś wymaga leczenia.
B. Zatrudnienie na Żądanie
Oto inna instytucja społeczno-gospodarcza, która – dostawszy się w sprawne ręce – rozwiązuje ostatecznie problem bezrobocia/zatrudnienia. Jest bowiem taki pogląd – dziś stwarza wrażenie dominującego – że bezrobocie ma wiele zalet takich jak: wychowawcze oddziaływanie na zatrudnionych, zbawienny wpływ na selekcję i dobór załogi (pracowników), motywacja do starań i do inwestowania w siebie. Pomija się w tej wyliczance, że bezrobocie samo z siebie jest kopalnią przestępczości i obszarem przekraczania licznych barier moralnych i psycho-mentalnych. Że człowiek bezrobotny zmienia swoje nastawienie do otoczenia, do pracy jako takiej, do zatrudnienia, do państwa. A przede wszystkim ma wiele czasu i swobodne ręce, żeby zacząć szkodzić, choćby z frustracji, ale też „dla chleba”.
Instytucja Zatrudnienia na Żądanie zakłada, że bezrobocie nie oznacza braku zatrudnienia, a jedynie ewentualny brak zatrudnienia oczekiwanego, pożądanego przez kogoś, kto nie ma stałego zatrudnienia.
ZnŻ – to instytucja funkcjonująca w praktyce jak giełda. Ściśle współpracująca z lokalnym samorządem. Samorząd ten powinien mieć prerogatywę w postaci suwerenności planistycznej. Oznacza to, że jest w stanie sporządzać indykatywny, „pełzający” plan zaspokajania potrzeb ludności we wszystkich dziedzinach podziału: wyżywienie, odzież, potrzeby bytowe, towary tzw. „szerokiego zastosowania”, budownictwo komunalne, wyposażenie pomieszczeń mieszkalnych, biurowych, przemysłowych, rekreacja, rozrywka, porządek, estetyka i higiena otoczenia, zagospodarowanie terenów wspólnych i publicznych. Podkreślmy, chodzi o samorząd, a nie „wysuniętą placówkę państwa”, uzależnioną pod względem finansowym i regulacjami prawnymi.
Lokalny plan indykatywny, zestawiony z „public collection” (dobrowolne samo-obciążenia mieszkańców) oznacza, że do listy potrzeb poszukiwani są wykonawcy oraz tzw. biznes, czyli przedsiębiorcy. Do tej listy zgłasza się każdy, kto nie zatrudnił się w trybie znanym dziś powszechnie, ale chce pracować za dochód inny niż MDG. Oprócz jego kwalifikacji oraz CV (historii zatrudnienia dotychczasowego) mamy do dyspozycji jego umowę swojszczyzny, opisaną w innym miejscu. Na tej podstawie samorząd zawiera z nim umowę co do jego obowiązków i wynagrodzenia. Mogą to być obowiązki biznesowe (otwórz pan piekarnię, zajmij się pan dostawami materiałów budowlanych z innego miasta) albo „pracownicze”.
Jego praca przy wykonywaniu powierzonych zadań jest „monitorowana” przez odbiorców (klientów), przez menedżerów (niekiedy on sam może być menedżerem) oraz przez otoczenie sąsiedzkie i samorząd.
Może się zdarzyć, że z jakichś powodów podważana jest jego zdolność do wykonywania odpowiedzialnych zadań. Wtedy znajduje się wyjście rezerwowe, ostateczne: zatrudnia się go do prac nadzorowanych bezpośrednio przez samorząd, prac prostych, ale niezbędnych, mających swoje miejsce w planie indykatywnym. Porażka nie oznacza ostatecznej przegranej: indykatywność planu powoduje, że co chwila pojawia się nowa szansa. Jeśli jednak nawet takie prace są ponad jego siły fizyczne lub moralne – pozostaje MDG.
C. Zamieszkanie na Zgłoszenie
Samorząd lokalny, mając minimalną wiedzę demograficzną o swoim terenie, a także dysponując instytucją swojszczyzny, jest w stanie w prosty sposób zagwarantować każdemu dorosłemu mieszkanie o minimalnym standardzie.
Zanim przedstawię tę ideę, wskażę na kilka elementów oczywistych. Oto kontener mieszkalny (np. taki stosowany na budowach) o powierzchni 10-20 m2 kosztuje „na rynku” 10-20 tysięcy złotych. Jego wyposażenie sanitarne powinno mieścić się w górnym limicie ceny. Wyposażenie w AGD i RTV, media takiego kontenera niech podwoi cenę. Zatem – zakładając minimalny dopuszczalny standard, ale mieszczący się w ISO, każde 10 m2 powierzchni mieszkalnej kosztuje nas obecnie w Polsce około 20 tysięcy złotych. „Mieszkanie” 50 m2 kosztuje nas około 100 tysięcy PLN. 5 kontenerów „z ogródkiem” albo „obejściem” zajmuje powierzchnię 200-300 m2. Podkreślmy, że kilka milionów osób w Polsce żyje dziś poniżej standardu, jaki serwują opisane tu kontenery.
Nie istnieje w Polsce samorząd (wyjątkiem mogą być wielkie metropolie), który nie dysponowałby terenami (ewentualnie z pomocą agencji rządowych) wystarczającymi na rozwiązanie kwestii mieszkaniowej w Polsce. Oczywiście, bolączką są tu tzw. media infrastrukturalne (bieżąca woda, kanalizacja, śmietnik, energia elektryczna), jednak współcześnie dostępne technologie pozwalają ten problem rozwiązać bez konieczności „podłączania” się do tradycyjnych systemów.
Idea Zamieszkania na Żądanie (w wersji koncepcyjnej zwana przeze mnie MGB: Młodzież, Gmina, Biznes) zakłada, że każdy będący w mieszkaniowej potrzebie otrzymuje przydział terenu, kontenery w ilości nie większej niż 5 x 10 m2 oraz obowiązek współżycia w zespole podobnych sobie. W ten sposób co kilka miesięcy (dorośleją pokolenia) powstają na nieużytkach „campusy”, a zaludniające je kolektywy spłacają zarówno otrzymany grunt, jak też kontenery, ich wyposażenie, media infrastrukturalne. Dopuszcza się również dekompozycję takich „osiedli” (kiedy ich mieszkańcy znajdą lepsze możliwości) albo pojedyncze „przeprowadzki” do innych „campusów”.
Oto jak powinna modelowo wyglądać instytucja swojszczyzny, a zarazem czym powinien zajmować się samorząd terytorialny, uwzględniwszy plan indykatywny oraz zarząd lokalnymi sprawami edukacji, kultury, rekreacji, itp.
Jeśli do tego dołączyć elementy kolektywizujące owe „campusy”, takie jak szkolenia zawodowe, obowiązki wobec lokalnej społeczności, „campusowa” edukacja na poziomie przedszkolnym i podstawowym – to może się to wszystko okazać dobrą szkołą samorządności.
Przedstawione pokrótce powyżej trzy instytucje społeczne nie są – w wersji podanej – dojrzałymi koncepcjami, tylko ideami społecznymi, elementami ideologii pod nazwą Demokracja Powiernicza.
W moim zamyśle są one niezależne, odrębne, mają własne „mechanizmy samonapędzające”. Ale połączone – znakomicie się uzupełniają, są komplementarne.
Spełniają jednak, razem wzięte, trzy podstawowe kryteria ustrojowe, które możnaby tu nazwać „de minimis”:
a) praca własna podstawowym, powszechnie dostępnym źródłem dochodu obywatela;
b) proporcjonalność udziału obywatela w społecznej puli dobrobytu do tego, czym i jak tę pulę zasilił on lokalnie lub „ogólno-krajowo”;
c) ustawiczna, nieustająca powtarzalność szans dana każdemu obywatelowi przez jego „rodzoną” społeczność („swojszczyźnianą”);
Od tych trzech kryteriów ustrojowych powinienem był zacząć, ale wtedy nie dość, że cała reszta brzmiałaby jak tłumaczenie się z tych haseł, to jeszcze naraziłbym się na podejrzenie o dowolny fundamentalizm: lewicowy, prawicowy, konserwatywny.
Komentarze
Pokaż komentarze (6)