/budowaliśmy – Boże – socjalizm, na nic więcej nie było już czasu, tak w znanej satyrze tłumaczyli się kiedyś sekretarze z ludzkiej biedy w dniu Sądu Ostatecznego/
Podobno teraz już nie Transformacja, a umacnianie jej osiągnięć jest naszym zadaniem naczelnym...
Nasze zdrowe, zamożne, kwitnące społeczeństwo "o mało co obywatelskie", jego liczne stowarzyszenia, wspólnoty, biznesy, kluby, koła, zespoły, komitety, platformy (nomen-omen) i fundacje, cały ten (nie przymierzając) polski Kraj Rad jest tak samo odpowiedzialny za polską Transformację, jak owej Transformacji osławiony kostyczny dogmatyk, robiący dziś to za bankowca, to za naukowca czy guru. Społeczeństwo OMC obywateli powstało, co prawda, całkiem niedawno, na przełomie tysiącleci, ale zarówno nasi ojcowie-założyciele, jak też znakomita większość prominentnych postaci od początku wiele mogli w procesach transformacyjnych uczynić inaczej, ale uzyskali nasze poparcie lub milczącą zgodę na to, co nam serwowali. Nie przesądzajmy jednoznacznej oceny, pozostańmy na razie przy trudnym do obalenia poglądzie, że na szczytach i w węzłowych punktach polskiego 20-lecia wszędzie było pełno „naszych wybrańców”, a efekt - mimo to nie wszystkich, dalece nie wszystkich zachwyca i porywa.
W tym sensie Guru może powiedzieć: macie co chcieliście!
Lista zasług transformacyjnych jest długa. Otwierają ją uduszona inflacja, pełne półki sklepowe, paszporty w domowych szufladach, swoboda głoszenia poglądów kolejkowych, możliwość zarejestrowania biznesiku od zaraz, swoboda zgromadzeń i stowarzyszeń, upadek Mateczki Partii, niezły wybór gazet i rozgłośni, z których pozwalamy się indoktrynować. Lista grzechów transformacyjnych jest o wiele dłuższa. Przepastne rozwarstwienie statusu poszczególnych osób, pogłębienie nepotyzmu, powszechna korupcja, tragicznie wielki obszar wykluczenia, upadek etosów i wartości, masowe bezrobocie, dezintegracja prowincji, powszechniejąca przestępczość pospolita, wielka liczebność urzędniczo-gangsterskich powiązań, bieda szersza i bardziej nieodwracalna niż „za komuny”, zablokowane kanały awansu społecznego i dochodowego, rozkład (wręcz obumieranie) państwa i jego instytucji, anihilacja majątku narodowego i dorobku pokoleń, wszechobecny mobbing ideowy, gospodarczy, chyba nawet religijny, rugowanie wolnej przestrzeni życiowej na rzecz prywaty, niespotykane wcześniej uzależnienie kraju i jego elit od zewnętrznych wpływów gospodarczych i kulturowych, molochowaty ciężar obcego kapitału i rodzimej(?) religii szarogęszących się i łupiących kraj, poczucie beznadziei lub buntu, zeskorupienie niekorzystnych struktur społecznych, praktyk publicznych i fizyczno-materialnych rozwiązań przestrzennych (np. urbanizacyjnych).
Zamieszkująca Polskę ludność dzieli się dziś na tych, którzy rozpaczliwie przeczołgują się od zdarzenia do zdarzenia, od okazji do okazji, od wypłaty do wypłaty (ktoś mylnie nazywa to wyścigiem szczurów, a jest to przecież czysty survival) oraz na tych, którzy na tę survivalową kipiel położyli amortyzującą pierzynkę i urządzili sobie na wierzchu nieustające party, jakby nie czuli, że tuż pod nimi rozgrywają się co dnia życiowe dramaty. Jak w tym dowcipie, kiedy wypasiony burżuj spotkał żebrzącego kolegę z podstawówki, a kiedy tamten narzeka, że już trzy dni nie jadł, burżuj doradza jowialnie: to się, chłopie, zmuś, bo to niezdrowo tak się głodzić!
W piknikowych przerwach wypasieni oligarchowie wespół z polityką budują nowy, post-transformacyjny ład, i jak zwykle na nic innego już nie mają czasu. Zwłaszcza nie mają czasu dla źle ubranych, wygłodniałych, mających zbyt dużo wolnego czasu rodaków-pechowców, którzy może nie byli dość asertywni, może nie mysleli aż tak pozytywnie, może niezbyt w siebie inwestowali. Łączy ich wszystko, a dzieli tylko ta jedna pierzyna, dla jednych stanowiąca wygodne leże, a dla tych drugich będąca bezwzględną barierą odgradzającą ich od szansy na normalne życie. No, to się zmuś – mówi minister do wiecznie bezrobotnego. Nie daj się – mówi prezes do kolegi „wypinkowywanego”. Jestem z tobą – krzyczy urzędnik do petenta nie mogącego nic załatwić w sąsiednim urzędzie. Po czym wracają do swoich ważnych spraw. A tamci dalej marnują się, niepotrzebni nikomu, porzuceni przez udających niewiedzę wybrańców. Udających niewiedzę o tym, że nie w raju jeszcze żyjemy.
Na pewnej socjalistycznej budowie studenci biegali w szlachetnym czynie z pustymi taczkami od sterty cegieł do sterty piachu i dalej do cementu. Pytanie: "Po co biegacie z pustymi taczkami, to nonsens!" Odpowiedź: " Jasne, ale taki mamy zapieprz, że nie ma czasu taczek załadować!"
Oto esencja naszej wyborczej działalności w ostatnim dwudziestoleciu, jakże podobna do tego, co przyniosła nam Transformacja.
Idą kolejne wybory. Dlaczego ordynacja nie przewiduje, że na kartkach wyborczych z jednej strony są nazwiska kandydatów, a z drugiej miejsce na instrukcję wyborców do wykonania przez wybranych?
Przed Najwyższym się stawić kazali.
Pan zapytał mnie jakem swe życie wiódł?
Jak to jak? Budowałem socjalizm.
Na to rzecze Pan : Cóż w tym za treść?
Synu, jaśniej mów, drżę z ciekawości!
Budowałem świat, jak głosi wieść,
Dobrobytu i sprawiedliwości.
Miałeś szczęście więc, powiada Pan,
Że poznałeś go, żeś życia w nim zaznał,
Bo ja taki świat bez nędzy i zła
Próbowałem sam stworzyć od dawna.
Nie udało się - ty zatem mów,
Cóżeś zdziałał w tym świecie jak w niebie,
Ileż dobrych to uczynków i słów
Wzbogaciło twe życie i ciebie.
Lepszy znałeś świat, na pewno więc
Żyłeś godnie wśród szczęśliwych ludzi
Życiem godnym, prawdziwym, co sens
Bierze z wiary, że nie próżno się trudzisz.
To wspaniałe, tak przeżyć swe dni! -
Pan raduje się, więc przerywam od razu:
Budowaliśmy socjalizm i ...
Na nic więcej nie było już czasu.
/Stanisław Klawe do słów Stanisława Barańczaka , zaśpiewane na Festiwalu Piosenki Prawdziwej w niezapomnianym roku 1981/


Komentarze
Pokaż komentarze (1)