Niech sobie polityczne kręgi, oderwane od ulicznego kurzu i biurowej giełdy opinii oraz od fabrycznego znoju, na nowo rozstawiają klocki. A my zajmijmy się sobą, czyli: jak uniknąć roli klocków.
Gdzieś pośrodku kontynentu europejskiego leży kraj zamieszkiwany przez prawie 40 milionów dobrych ludzi, w znakomitej większości Polaków mówiących skomplikowanym dla wszystkich językiem, niemal w całości dobrowolnie związanych z Panem Bogiem poprzez swoje kościoły, z nadprodukcją humanistów, z niedostatkiem ludzi gotowych wykonywać zawody „pomocnicze”, nisko-prestiżowe, w ponad połowie związani jesteśmy z prowincją (jeśli nie wprost, to poprzez rodziców).
Cechą szczególną tego kraju jest odwieczna gotowość do naśladowniczego wdrażania u siebie rozwiązań upatrzonych u sąsiadów: jedni nazywają to oswojeniem, inni krypto-kolonizacją, skutek zaś jest taki, że własne rozwiązania techniczne, artystyczne, naukowe, gospodarcze, nawet polityczne – stają się nam wciąż bardziej obce, zaś otaczająca nas rzeczywistość coraz częściej nosi metkę „Made-in-out-of-Poland”. W proporcji dalece przekraczającej „konieczność globalizacyjną”.
Inną cechą szczególną naszego kraju jest absolutna nasza wiara w misyjno-bohaterskie przeznaczenie dane nam u zarania gdzieś około Mysiej Wieży i trwające po dziś. Co prawda, każdy z nas z osobna inaczej tę misję rozumie, stąd swary i niesnaski oraz rokosze ustawiczne, ale wspólny duch każe nam czuć – może nieco zakompleksioną – wyższość nad każdym, kto ma pecha być naszym sąsiadem: Niemiec, Rosjanin, Czech, Słowak, Ukrainiec, Białorusin. Możemy spokojnie wspominać i celebrować nasze historyczne przewagi nad nimi, choć jakoś tak się składa, że najczęściej celebrujemy rozmaite zdarzenia ponure. Nasze największe nazwiska władców, twórców, dowódców, intelektualistów – np. na „liście 1000” – tylko w połowie są polsko-brzmiące, choć Stwoszowi, Chopinowi, Kopernikowi, Heweliuszowi i długiej liście podobnych nie odmawiamy polskości.
Autor „Pana Tadeusza”, urodzony na ziemi białoruskiej, pobierający nauki na Litwie i tamże młodość spędzający, ponad 20 lat mieszkający w Paryżu, antykatolik (towianista-towiańczyk), zmarły w Konstantynopolu, swój epos zaczyna słowami „Litwo, ojczyzno moja”. Nie, nie zaprzeczam polskości Wieszcza, tylko wskazuję na złożoność tego co polskością nazywamy.
Nasza historia narodowa miota się między „oblężoną przez sąsiadów twierdzą” (z rozbiorami włącznie) a „zwycięskimi kampaniami”: Chrobrego, Jagiełły, Sobieskiego, długiej też listy nie-królów. W zasadzie od zawsze funkcjonujemy jak w przypadku Grunwaldu, Konstytucji 3 Maja, Potopu czy Roku 1920: ustawicznie na granicy totalnej klęski i spektakularnego tryumfu.
* * *
Tak uformowani przez Los stoimy oto przed kolejnym zwykłym dniem: jutro będziemy znów leniwie, ale z chytrą zapobiegliwością, pracować, uczyć się, popierać, protestować, szukać szans, walczyć z niedolą, zwyciężać i poddawać się.
Od nas zależy, ile z tego dnia zagospodarujemy sobie sami, ile zaś nasze polityczne (i nie tylko) elity, a ile siły spoza kraju, znajdujące rozmaite powody do tego, byśmy je zapraszali (a może i nie), by u nas się gościć. Wbrew pozorom to nie jest wyłącznie zagadnienie kulturowo-cywilizacyjne. Powiadają, że skoro dzisiejszy poziom sprzężeń gospodarczych, informacyjno-medialnych, organizacyjno-logistycznych wyznacza nam role trybów w wielkich, złożonych maszyneriach, to w pojedynkę nie mamy czego szukać na arenie publicznej. Podwójna nieprawda: tam, gdzie marginalizuje się Człowieka na rzecz Systemu, sam System nie ma sensu, ale też – po drugie – na każdy System można znaleźć Alter-System równie sprawny i co najmniej równie atrakcyjny.
Zatem szukajmy.
Obywatel, czyli gospodarz swojego czasu, swojego dobra i swojej tożsamości, nie rodzi się na kamieniu, tylko poprzez niezliczone próby i porażki. Oto właśnie mija nam pierwszy, najbardziej emocjonalny szok po kolejnej porażce: ktoś bez naszego udziału łata rozdarty aparat Państwa, dotkliwie ranionego gwoździem Przypadku.
Nie ma złego, które jest bez szans na poprawę. Oto będziemy wybierać. Spośród tych, którzy mówią, że wiedzą jak ma funkcjonować Gospodarka, Samorząd, Edukacja, Ochrona Zdrowia, Administracja, itd. – wielu jedynie mówi, a w rzeczywistości mają „na oku” wyłącznie Plan Osobistej Kariery.
Jedyne, co możemy dziś czynić – to kształcić się w nieustających dysputach, oczywiście robiąc swoje, to czego wymaga codzienność. Im więcej spraw przedyskutujemy poważnie, bez emocji, tym lepiej będziemy przygotowani do decyzji obywatelskich. Nie łudźmy się: ci, który dane jest sterować Nawą, nic innego nie robią, tylko przemyśliwują swoje rozgrywkowe partie, w wolnej chwili opędzając się od społecznych potrzeb, delegując do ich „zamiatania” swoich pomniejszych pomagierów. Nie wolno nam w tej sytuacji jedynie prosić i żądać, ogłaszać i zwracać uwagę: powinniśmy za kilka miesięcy wiedzieć i rozumieć co najmniej tyle, ile czołowi gracze.
Inaczej nas ograją.
Dlatego ograniczmy swoje „darcie kotów” między sobą, zajmijmy się swoim przyszłym losem.
Tyle. Wyszło jakoś tak pół-uroczyście, ale w końcu jest właśnie taka chwila?
Komentarze
Pokaż komentarze