Za króla „Stasia” (od roku 1770 przez kilka następnych lat) odbywały się w Polsce tzw. obiady czwartkowe, nazywane również obiadami literackimi, uczonymi albo rozumnymi. Miały miejsce – w zależności od pory roku – w Łazienkach (latem), lub też w Zamku Królewskim (zimą). Zapraszano na posiłek najwybitniejszych poetów, publicystów, działaczy polskiego oświecenia, malarzy, rzeźbiarzy itp. Źródła podają, że bywali na nich: Konarski, Bohomolec, Naruszewicz, Trembecki, a do czasu odcięcia przez granicę rozbiorową – Krasicki, Wybicki i Zamoyski, Piramowicz, Zabłocki, i wielu innych.
Oczywiście, obiad był zaledwie „hasłem wywoławczym”, zaproszeni biesiadnicy przedstawiali tam przede wszystkim swoje prace literackie, podejmowano dyskusje polityczne np. dotyczące reform ustrojowych, ale i zabawiano się czytając swawolne wiersze.Rozmowy toczyły się na różne tematy, między innymi o: komisji edukacyjnej, potrzebie reform, literaturze, sztuce i malarstwie, a również o historycznych wydarzeniach w Polsce. Niektórych gości proszono o wygłoszenie swych dzieł .Przekomarzanki, facecje, prezentacje słowno-muzyczne i całkiem poważne narady przerywano zazwyczaj po trzech-czterech godzinach wniesieniem potraw „deserowych”.
Żądam, by w konstytucyjnym obowiązku Prezydenta RP znalazła się instytucja Obiadów Czwartkowych. Co prawda, ich marne, śniadaniowe wersje widzimy i słyszymy co dzień w rozgłośniach radiowych i stacjach telewizyjnych, ale umówmy się, że ich zawartość i przebieg nie licuje z tym, co większość słuchaczy i oglądaczy chciałaby wiedzieć. Jest też prawidłowością, że ludzie Kultury (czyli ludzie twórczy będący zarazem ludźmi ogłady, za to niekoniecznie będący artystami) jakoś tak poważniej i z większym obywatelskim zaangażowaniem oddaja się dysputom o sprawach publicznych, niż sami politycy, którzy traktują owe występy jako okazję do pozycjonowania własnego i do wykonania instrukcji zadanych przez swoje ugrupowanie.
Tyle jest spraw do omówienia! I nikt nie łudzi się, że dobrym miejscem są do tego komisje sejmowe, czy w ogóle grona „wybieralne”, posplatane z jakimiś bliżej nieznanymi interesami poza-elektorskimi. Dopiero komisje sejmowe żmudnie wyjaśniają, o co mogło chodzić, kiedy już jakiś pomysł skrywany przed wyborcami zwyczajnie „wyda się”.
Można sobie wyobrazić kilkaset ośrodków myśli i twórczości wszelakiej: Klub Jagielloński, Obywatel, Kuźnica, Kongres Obywatelski, Piwnica pod baranami, Kabaret Olgi Lipińskiej, redakcje Znaku, Więzi, Teologii Politycznej, Forum Klubowego, Zachęta, Muzeum Narodowe, związki twórcze na czele z ZASP (aktorzy), PSJ (muzycy), ZLP (ludzie pióra), SDP (dziennikarze), do tego wiodące uczelnie. Wszystkich nie da się wymienić, nie z wszystkimi można chcieć co dzień obcować, ale jeśli 20-40 osób spośród nich, przez 30 tygodni w roku, siądzie wraz z Głową Państwa i jej przybocznymi osobami, przedstawiając swoje racje (osobiste, nie uzgodnione) w sprawach aktualnych i perspektywicznych – to mówimy o jakiejś reprezentacji środowisk opiniotwórczych.
Byle tego nie formalizować, nie usztywniać.
Po czym video-nagranie każdego spotkania oraz stenogram opublikować i poddać „obróbce” społeczności internetowej czy pocztowo-listowej.
Byłaby to dobra podstawa zarówno dla prezydenckich inicjatyw ustawodawczych, jak też do jego postępowania z aktami prawnymi powstającymi w parlamencie, a także do bieżących reakcji i komentarzy, na koniec do niuansowania polityki zagranicznej.
I – broń Boże – nie dopuszczać do tych spotkań biznesu i polityki. Dla zasady: mają oni swoje miejsca i swoje drogi dojścia do trybun bez konieczności posilania się w obecności Głowy Państwa. Aha, warto – wbrew tamtej dawnej tradycji – zapraszać do tych spotkań damy, na równych prawach, nie dla parytetów, ale dla umiaru wypowiedzi i dla ich wyważonego spojrzenia na sprawy publiczne.
„Prasowym organem” obiadów czwartkowych były Zabawy Przyjemne i Pożyteczne. Może tytuł dziś wydać się zbyt frywolny. Ale taki organ lepszy byłby od raportów i analiz, których nikt poza specjalistami nie przemierza swoją wyobraźnią.
Komentarze
Pokaż komentarze (3)