Ponad tydzień nic nie pisałem, przez co powstało wrażenie – podpowiadają znajomi – że ostatnia notka („Ogłoszenie”) jest dla mnie życiowo ważna, że wieść z krańca Azji mnie powaliła. A to nieprawda, zająłem się pogłębioną pisaniną na tematy dla mnie ważne.
I tylko żeby zatrzeć to wrażenie – opowiem o swoim innym wrażeniu. Właśnie skończyłem lekturę podchoinkowych prezentów, w tym refleksji Bohdana Smolenia spisanych przez Annę Karolinę Kłys. Książka jest mocna, człowiek, którego (słusznie) mam za artystę kabaretowego, okazuje się być człowiekiem wielowymiarowym i dużo większym, niż się wydaje.
Jak każdy „powyżej czterdziestki” mam w swoim wychowaniu Bohdana Smolenia. Jego powiedzonka i skojarzenia mam w „kanonie towarzyskim”, powtarzam je przy różnych okazjach.
To jest inteligent całą gębą, od pokoleń, z wszystkimi wątkami inteligenckości, jakie znane są w Polsce. A do tego jest zwykłym człowiekiem po przejściach. Nie tylko rodzinnych.
Artystę tego kojarzy się niemal nierozłącznie z innym człowiekiem, o żarcie przaśno-ludowym, bezpośrednio-zaczepnym, który czasy nowożytne spędził raczej jako pocztylion. Smoleń wyraża się o nim niechętnie, cały czas wyślizguje się pytaniom. Ale jako ktoś, kto – z zachowaniem miary - również żył aktywnie „w tamtych czasach” – rozpoznaję po rozmaitych drobiazgach, że sceniczny partner (dyktator) Bohdana Smolenia był w czasach prosperity niemal na pewno „znaczoną kartą”, figurą raczej nie z tych jasnych.
Ostatnio wychylił się ze swojej kadzi i znów nadaje. A ja potwierdzam sobie w duchu, że moja odruchowa, ludowa niechęć (może tylko dystans) do jego przaśności i zaczepności miały może jakiś sens…
Szkoda, że nie miałem wystarczająco przenikliwości, kiedy był na nią czas.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)