Zmierzam na poranny spacerek do lasu, póki pozostali się nie obudzą. Wiadomo, wczasy. Będę zbierał w lasku grzybki, nie wiedzieć czemu wyposażone w kolor ostrzegawczy, choć są najsmaczniejsze na świecie (prawdziwkowcy i koźlarze, nie dyskutować!).
Przede mną meandrami przesuwają się dwaj kolesie, którzy nie marnowali czasu w nocy. Dzień dobry – zauważają mnie rozpląsanymi źrenicami. Dzień dobry. Dalsze próby konwersacji przerywam krótkim – cześć, nie mam czasu. Zanim znikam im poza zasięg głosu – słyszę wyniosłe ich komentarze, że oto panisko nie raczy z nimi porozmawiać.
Objaśniam, co mnie w tym niepokoi: raczej oni zachowują się nieprzyzwoicie (choćby obnosząc się po ulicy w stanie wskazującym, w porze, kiedy wojsko, harcerze i koloniści mają zaprawy poranne). Zaczepiają obcego im człowieka i nie akceptują prostego faktu, że on ma inne plany na poranek niż rozmowa z nimi. Posyłają mu więc intensywne cenzurki, z których jasno wynika, że panisko ma się poczuć winne, zażenowane, głupawe – niepotrzebne skreślić. Oni zaś – skądże!
Może mam pecha, ale takich sytuacji – kiedy natręt chce czegoś ode mnie, a ja mu nie chcę tego dać – mam wiele, są niemal codziennością. Przy czym jestem raczej znany ze skłonności do pomagania, jeśli ktoś potrzebuje (nie mówię o ofiarności pienieżnej). I codziennością są komentarze identyczne z tymi dzisiejszymi, choć komentatorzy najczęściej bywają w pełni sił witalnych i przy zadowalającej świadomości, nie tak jak ci dwaj nieszczęśnicy. Bo obowiązuje w naszej menzurce-kulturce ton taki: no, mamy demokrację i swobodę, każdy robi co chce, pod warunkiem, że chce tego co my o jego potrzebach sobie wyobrażamy.
Tonem takim przemawiają najczęściej ci, którym brakuje własnych narzędzi spędzania czasu i koniecznie chcą wkręcić innych w czasu tego uatrakcyjnienie. Albo nie umieją inaczej podejść do bliźniego, jak z pretensją. Nie akceptują tego, że ktoś może mieć własne poglądy, plany, a już nie daj boże ktoś może ich nie akceptować.
Pretensja – subtelnie przechodząca w oskarżenie o nic – to ulubiony tembr tych, którym asertywność miesza się we łbach z tupeciarstwem, chamstwem, obcesowością, bezczelnością.
Ja akurat jestem przewrażliwiony na punkcie mojego osobistego świętego spokoju. Nie, nie jestem odludkiem (no, może czasami), mam też wrażenie, że nie jestem wyniosły wobec bliźnich, ale z drugiej strony stanowczo zachowuję dla siebie prawo do przestrzeni osobistej i samostanowienia o sobie w sprawach Wielkoliterowych (konstytucja, wolność, prawa człowieka) jak też małoliterowych (z kim będę przestawał, ile sypię cukru, którą górę pokonam najpierw).
Moje przewrażliwienie objawia się „asertywnością wycofaną”. Najlepiej zdefiniował to kiedyś Piotr Bołtuć, dziś profesor w dobrej amerykańskiej uczelni, filozof (etyk chyba): kiedyśmy obaj byli młodzi, a już niezmiernie aktywni i przez to wydawaliśmy się sobie ważni, on doradzał mi: Janku, ty się nie kryguj przed ludźmi, wobec których jesteś przywódcą, przełożonym, decydentem, autorytetem. Nie poddawaj pod dyskusję tego, co oni mają już w zbiorze aksjomatów: jesteś szefem i kropka. Nie szukaj wciąż od nowa legitymizacji, nie żądaj od ludzi, by ciągle byli podmiotowi, zwłaszcza wobec ciebie.
No, ale kiedy ja mam to w sobie, że jeśli coś mam, to automatycznie wszyscy to mamy, że jeśli lepszy jestem od innych w czymś – to nie dyskontuję tego dla siebie, tylko staram się, by inni w tym-czymś byli co najmniej tak dobrzy jak ja, wtedy będę miał z kim o tym pogadać, pokonkurować.
Szukam kurek w lesie. Ale moja uwaga wciąż jest odciągana na bok: w dobie szaleństwa ustawowo-śmieciowego „mój” lasek z dnia na dzień jest bardziej podobny do wysypiska. Każdy krok musi być poprzedzony wyborem: wdepnąć w wilgotny mech – czy w ekskrement. Soczysta rosą poranna zieleń upstrzona jest lateksem, w którym pod osłoną ciemności skraplały się uczucia młodzieży w wieku rozrodczym. Wiem, brzmi to obrzydliwie i niesmacznie, ale jak inaczej opisać to, co mam zamiast, a może równolegle z poszukiwaniem smakołyków kurkowych? Widać, że kończy się już drugi turnus, cywilizowani ludzie z miast (po rejestracjach widać, że z rozmaitych metropolii nawet) pozostawiają po sobie ślad, ten inny, poza gotówką.
Nie wiem dlaczego, ale ten paskudzony z każdym dniem bardziej lasek, na szczęście wystarczająco duży, by obrzydliwości do końca wakacji nie dotarły do zagajniczków i ostoi – przypomina mi tych dwóch młodzieńców przemierzających o świcie zawijasami uliczki znanej miejscowości turystycznej. Śmieci, paskudztwa i co kto lubi – narzucają się człowiekowi od progu, i nawet kiedy zanurzysz się w prawdziwy las – masz świadomość, że wychodząc znów TO napotkasz.
O, Facebook przyniósł akuratną interpretację niniejszej notki: uczestnik przystanku Woodstock spoliczkował Grzegorza Miecugowa. Taki ton, róbta co chceta.



Komentarze
Pokaż komentarze