/o drobiazgach, które mają siłę niszczenia/
Opowiem ostatnią dobę. W skrócie.
Przybyłem raniutko nocnym autobusem do „kurortu”, doszlusowawszy do już tam wczasującej rodzinki. Byłem umówiony z córką, że tuż po moim przyjeździe ona wstaje i idziemy na grzyby. Rano bowiem bywa ich w lesie więcej, co wie każdy, nawet Janusz P., zatrudniony w roli wicepremiera. Córka nie dała się obudzić, więc poszedłem sam. Refleksje (nazwijmy je mieszanymi uczuciami) opisałem tuż po powrocie z tego mikro-grzybobrania (http://publications.webnode.com/news/tony-i-tembry/ ). Córka, obudziwszy się po jakimś czasie, przez następną godzinę miała muchy w nosie, że nieskutecznie ją budziłem.
Przywiozłem ze sobą korespondencję sądową. Wcześniej nie otwierałem, bo i po co. Ale teraz, kiedy rodzinka poszła na plażę, zaglądam do koperty. A tam – dokładnie to czego się spodziewałem. Tu, na tych łamach, nie raz sygnalizowałem „zbrodnię sądową”, jakiej na mnie dokonano (ostatnio, po nazwiskach: Przestępcy w togach i mundurach, http://publications.webnode.com/news/lista-przestępcow-w-togach-i-mundurach/ ). A teraz okazuje się, że zawyrokowana na drodze przestępczej grzywna 200,- PLN urosła – wstępnie – do poważnej kwoty. Sama pozycja „opłata egzekucyjna” w jednym piśmie komorniczym wynosi 308.08 PLN, w drugim zaś 154.04 PLN. Ten sam adresat, ta sama data, ta sama sprawa – a dwie kwoty. Zastanawiające…
Nie zgadzam się z tą grzywną (suma nie jest kłopotliwa, ale wyrok jest bez wskazania czynu, za który mnie skazano, a przewód sądowy stał pod znakiem wielokrotnego złamania prawa). Dlatego nie płacę. Napisałem na gorąco odpowiedź, którą kończę takimi zdaniami:
Nadal gryzie mnie ciekawość: ileż to czasu przesiedzę w ośrodku penitencjarnym za to, że zgodnie z prawami obywatelskimi zainterweniowałem (słownie) wobec nieuzasadnionej (i prawdopodobnie bezprawnej) interwencji domniemanego intruza balkonowego w niedzielne popołudnie, który okazał się strażakiem. Czy „przelicznik” grzywny na „dobo-areszt” wyniesie 20,-PLN za dobę, czy 20 tysięcy PLN (takie są widełki)? Ciekaw też jestem, czy strażak, policjant, sąd, prokurator – mają już świadomość, że miało miejsce nieporozumienie (niezawinione przeze mnie), za które najwłaściwszą społecznie „karą” byłoby obustronne pouczenie, a może zwykłe wygaszenie emocji, a nie historia prawie rok trwającego procesu, pełnego nieprawości?
O sumieniu przestępców w togach i mundurach nie piszę, bo zwykłem pisać o sprawach i rzeczach mających miejsce. Słowa „przestępca” używam tu w zgodzie ze swoim sumieniem oraz faktami, mając gotowość wyjaśnienia tego w procedurach dochodzeniowych i sądowych, jeśli sobie „pomówieni” zażyczą.
Wobec powyższego – wzywam Sąd do opamiętania w sprawie, w której już wyrządził wiele szkody...
Żonka wróciła z plaży, próbuję ją zainteresować działalnością sądu grodziskiego. Ale ona oświadcza, że ma to gdzieś, jest na urlopie. No, ja niby też wypoczywam, a tu mi dają taki pasztet. Mogłabyś – upieram się – okazać minimum zainteresowania problemami, które mnie doprowadzają do szewskiej pasji. Nie każ mi cieszyć się życiem, jakby nic się nie stało. Ona też się upiera. Wyszła z córką „na miasto”. Zatem nie będę jej psuł wczasów, pakuję się i wyjeżdżam, choć przecież dopiero co – rano – przyjechałem. Skoro ja mam zepsuty relaks – nie będę go psuł innym, zaś nie myśleć o sprawie – nie potrafię, może to już jest objaw…
Sms-uję: klucz zostawiam w recepcji. Ale żonka nie pojęła, zaprasza mnie na szanty w knajpce Tawerna, gdzie siedzą obie używając lata. Kiedy wrócą – ja już będę w Gdańsku, kilkadziesiąt kilometrów na południe. Tak myślę, bo nie wymieniamy chwilowo sms-ów.
Przypadkowo odkrywam, że 16-złotową trasę z Jastrzębiej do Gdyni, zakorkowaną i nieprzyjemną – można zastąpić 10-złotową trasą, dużo atrakcyjniejszą, która od Pucka wiedzie wioskami tuż przy morzu i wjeżdża do Gdyni od strony portu pasażerskiego (właśnie mustrują się ciężarówki i pasażerowie na wieżowiec morski Stena Line). Klient nasz pan…
W trójmiejskiej kolejce SKM znajdujemy wspólną nutę polityczną (czyli szemramy i sarkamy na rząd) z rowerzystą, który – umęczony zwiedzaniem Kępy Swarzędzkiej – końcówkę trasy odbywa „na gapę”.
Do kas kolejowych w Gdańsku stoi kilkadziesiąt osób. Mówią, że stoją godzinę i dłużej. Gratuluję kolejarzom atrakcji, jaką wymyślili dla turystów (pracują dwa okienka na kilkanaście). Opłaca się pojechać do Wrzeszcza czy Oliwy i tam kupić bilet. Ale nie chce mi się, idę na herbatę, czytam, rozmawiam z siostrą i chrześniakiem. Ciemna noc już w Trójmieście. Kolejka do kasy nieco krótsza.
Liczę naprędce: na moich oczach około setki ludzi – w środku wakacji, nocą – spędza godzinę czekając do kasy. Przy stawce godzinowej niewygórowanej – np. 10 złotych – kolej naciąga pasażerów na moich oczach na jakieś 1000,-PLN, i oszczędza na kasjerach, którzy w tym czasie smacznie śpią albo są bezrobotni. Chytry plan. Często w Polsce realizowany w różnych miejscach. Klient nasz pan…
Podchodzę do kasy. Pani mnie wypytuje o różne dziwne rzeczy, zamiast zareagować na proste „bilet na 23.45 do Warszawy proszę”. Zawziąłem się, jestem przewrażliwiony. Po trzecim idiotycznym pytaniu odmawiam dalszych odpowiedzi. Ale to pytanie brzmiało „płatność gotówką czy kartą?”. I – uwaga – pani odmówiła mi sprzedaży biletu, skoro nie podaję, jak zapłacę. Wielokrotnie odmówiła! A ja się uparłem. Rozumiem, że „system” ma taką rubrykę i „dalej nie leci” jeśli ją pozostawić pustą, ale przecież wiadomo, że gdyby powiedziała „67 złotych proszę” – wyciągnąłbym kartę lub gotówkę, i pani kliknęłaby sobie bez egzaminowania mnie. Rubryka w „systemie” nie służy mi do niczego, choć niewątpliwie służy statystykom kolejowym i sprzyja nadzorowi pracy kasjerów. Klient nasz pan…
Któryś kolejkowicz z tyłu deklaruje za mnie, że będzie gotówka. Zostaję szczęśliwym posiadaczem biletu na pociąg, który 360 km pokona jak najszybciej zdoła, czyli w 7 godzin (brawo, ministrze Nowak!). Pociąg jest objęty całkowitą rezerwacją miejsc, a ja na bilecie mam podkreślony na zielono napis: „bez gwarancji miejsca siedzącego”. Klient nasz pan…
Jakoś pani nie zadała bardziej potrzebnego pytania, tylko arbitralnie wpisała w „system” najdalszą stację warszawską, co mnie kosztuje równowartość bochenka chleba. Odpuściłem już tę drobnostkę…
Pociąg od Gdyni do Gdańska zdążył już złapać 12-minutowe opóźnienie. Wsiadam, tłok, ludzie rozkładają się na korytarzowych podłogach, biwak całą gębą.
Nie poddaję się. W którymś wagonie trafiam na wolne miejsce, ale kiedy się wtarabaniam, jakiś koleś mówi: to miejsce zarezerwował mój brat. A gdzież on jest – pytam z ciekawością. Wsiądzie w Tczewie. Hmmm. Kolego, ja też mam brata, dwie siostry, i trzy razy więcej lat od ciebie. Rozważ to… Rezygnuję jednak, jak ten głupiec. Nie chcę się awanturować.
Dwa wagony dalej znów widzę wolne miejsce. Trochę mnie to dziwi, wobec korytarzowego biwaku, ale próbuję. Pan, który rozparł się na dwóch miejscach, pyta mnie władczym tonem kolejarskim, czy mam miejscówkę. A to chytrusek, w ten sposób zniechęcił chyba niejednego, stąd ta jego dodatkowa przestrzeń. Tu jednak nie ustępuję. Siadam na połówce miejsca, bo pan nie zamierza się skurczyć. Plecaczek z komputerem kładę między stopy, plecak podróżny – na kolana, bo jakoś nie ma miejsca na górze. Nic nie widzę, dyszę w plecak, nogi zakleszczone. Męczę się w tej durnej pozycji do Laskowic Pomorskich, ponad dwie godziny.
Jakoś nikomu nie przychodzi do głowy pomysł na tę sytuację. Ja się męczę, przeszkadzam innym. W końcu stężałe kolana odmawiają posłuszeństwa. Wstaję i powiadam: czas na racjonalizację, miejsce nade mną zwyczajowo należy do mojego bagażu, proszę się jakoś zreorganizować. Pasażerowie, którym przeszkadzałem dziwną pozycją moich bagaży – milczą. Pan lubiący przestrzeń i egzaminowanie współpasażerów – gani mnie, że próbuję się rządzić. No, panie, na razie to pan tu się szarogęsisz, kosztem nas wszystkich. Widzę błysk zrozumienia w oczach pozostałych pasażerów, poza jego żoną, która próbuje łagodzić narastające napięcie. Ale w rzeczywistości rozmaite pretensje owego pana ukróciłem przejściem na „ty”: chłopie, nie mścij się na mnie i na innych za to, że nie udało ci się zagospodarować dwóch miejsc, masz bilet na jedno miejsce i uprzejmie proszę przyjmij ten krzywdzący cię fakt z pokorą, a drugie miejsce oddaj mi w całości, a nie w połowie, oddaj tez mi miejsce na mój bagaż.
Uff!
Świt zastaje nasz pociąg w wiosce Boża Wola, tuż przed Błoniami. Piękny świt. We wsi tej kiedyś mieszkali trzej moi „kolorowi” przyjaciele: Dennis, Godfriend i John. Ich drogi się rozeszły, ale Boża Wola trwa nadal niezłomna, nieugięta.
Dla dodatkowej poprawy samopoczucia pomagam ładnej dziewczynie wystawić na Zachodniej z wagonu walizkę większą od niej. Dobry uczynek w niedzielny poranek, no, proszę…!
Po kilku minutach mam do wyboru WKD lub Koleje Mazowieckie, kierunek Grodzisk Maz. Decyduję się na KM, bo o tej porze chyba będą jechać planowe 36 minut, a nie – jak to mają w zwyczaju – 45/55 minut. Ledwo wszedłem do pociągu – a już kanary ścigają staruszki, które dopiero co wpadły tak jak ja z innego pociągu. I łup, łup – jest zarobek w niedzielny poranek. Pogratulowałem przedsiębiorczym młodzieńcom udanego startu w niedzielny poranek. Szczęść boże!
Meta już blisko. Tuż przed moim punktem docelowym stoi sklepik. Łamiąc zasady (nie kupuj w niedzielę, nie zmuszaj ekspedienta do pracy) – kupuję niezbędne produkty śniadaniowe, sycę się rodzinno-osiedlową atmosferą, żartuję, pozdrawiam, życzę.
Czy nie tak powinna wyglądać ostatnia doba? A skoro tak nie wyglądała, to czy tylko w sobie i swoim przewrażliwieniu albo pechu powinienem szukać przyczyn?



Komentarze
Pokaż komentarze (6)