88 obserwujących
2442 notki
1312k odsłon
  501   0

Propedeutyka wiedzy o referendum

 


/zamaszystość śmiechu warta/

Czasem warto wziąć udział w hucpie, a do tego nie jakoś tak z dala, tylko blisko oka cyklonu, a przynajmniej pośrodku między tym okiem a wirującym zewnętrzem. Choćby po to warto, by naocznie sprawdzić, do czego gotów jest się posunąć establishment i jego adwersarz.

Kilka tygodni temu kolega aktywny w jednej z egzotycznych partii wystąpił z publicznym apelem do swoich znajomych o udział w referendum w roli członków komisji obwodowych. Ja jestem uczynny, podpisałem cyrograf i zaniosłem gdzie trzeba.

Po jakimś czasie wezwano mnie na spotkanie inauguracyjne w dzielnicy Ursynów, choć ja jestem na listach Bemowa, może Ochoty (zawiłości meldunkowe). Zebrało się tam około 60% „zakwalifikowanych”. I tak było nas pełna sala konferencyjna. Zostałem aklamowany na przewodniczącego mojej komisji (629), chyba dlatego, że byłem pierwszy z obecnych. Druga z obecnych została wiceprzewodniczącą.

W mojej komisji – jak się potem okazało – znalazło się dwóch małoletnich miglanców ursynowskiego chowu, dwie emerytki z Ursusa, nauczycielka ze szkoły będącej siedzibą komisji, emerytowany były „duży menager PRL-owski”, oraz sympatyczna osoba nieokreślonej prowieniencji, rozpostarta między urzędem a pozarządowością. No, i ja, taki jak widać na blogach.

Ja i zastępczyni obowiązkowo zostaliśmy przeszkoleni, co oznaczało wręczenie płyty DVD z materiałem i 2-godzinną nasiadówkę w 600-700 osób. Dostaliśmy zadanie przeszkolić pozostałych, oraz pouczono nas, że z chwilą powołania jesteśmy funkcjonariuszami publicznymi wykonującymi zadania państwowe. Jak strażak, komornik, notariusz.

Skoro taki się zrobiłem ważny, to – zgodnie ze standardami sąsiadującej z Polską Europy – zawiesiłem wszelkie swoje komentarze polityczne, co w praktyce oznaczało blogową „mordę w kubeł”, bo ja o niczym innym, tylko durch o polityce. Nie przejmujcie się, Czytelnicy, pisałem do sztambucha, fajne rzeczy, niedługo puszczę w obieg.

Zwołałem zatem moją grupkę celem przeszkolenia. 75% obecności, dwaj miglance się nie poczuli. Poza szkolonkiem (rozdałem kopie płytki z materiałem, pogadaliśmy – ustaliliśmy wstępnie podział obowiązków i terminów. Kiedy rozesłałem to-to do ludzi pocztą elektroniczną, jeden z miglanców (który nawet na inauguracji nie był, nie widziałem go dotąd na oczy) odpisał: „Panie Janie, jestem szczerze zażenowany Pana zachowaniem, jakim prawem ktoś miał czelność podejmować decyzje w moim imieniu, gdy byłem niedysponowany z powodu problemów osobistych (szło o dzień „naszego” małego szkolonka - JH). 13 października będę dyspozycyjny tylko w godzinach 8-16”. Jeśli Czytelnik nie do końca zrozumiał, to podaję, że głosowanie 13 października było od 7 do 21, mamy obowiązek być co najmniej godzinę wcześniej, a po 21-wszej zaczyna się liczenie głosów, protokół muszą podpisać wszyscy.

Zamiast wymienić miglanca na innego (są formalne podstawy, poza powyższym sms-em), odpisałem grzecznie: „Pogadamy w sobotę, 12 października” (to obowiązkowe spotkanie podczas którego sami mamy zaadoptować szkolny korytarz do funkcji siedziby komisji). Pojawił się ten miglanc, a ten drugi nie. Obaj więc już mieli formalne przesłanki do wymiany, ale ja jestem taki wyrozumiały…

Dodajmy, że na skutek kompletnej indolencji logistycznej a i/lub zastępczyni ganialiśmy na Imielin i do szkoły-siedziby komisji po kilka razy. W takich tam różnych sprawach. Telefony się urywały.

Przygotowanie naszego stanowiska pracy trwało kilka godzin, a potem dodatkowo prawie 2 godziny, bo przysłani fachowcy źle zmontowali urnę. Oni wzięli forsę, a my rozbieraliśmy ich robotę na części i składaliśmy z powrotem wedle wymagań. A i tak specjalna komisja „zatwierdzająca” lokale przeczołgała nas to tu, to tam…

Mimo jasnych przepisów ustawy – Warszawa nie widziała tym razem obwieszczeń. Dostaliśmy je w sobotę i nakleiliśmy (wedle zaleceń) tylko na terenie szkoły. Złamano ustawę? Sądzę, że gdyby nie telewizyjne spory o to, czy iść albo nie iść, kto zostanie Naczelnym Warszawiakiem „potem”, itd., itp. – połowa mieszkańców nie wiedziałaby w ogóle, że jest okazja błysnąć jako obywatel.

W dniu 13 października zgłosiłem się o 5.45 do szkoły (ulica Taneczna, mikrodzielnica Grabów po drodze z Metra Wilanowska na Piaseczno, niedaleko od Toru Służewieckiego). Ciemno, głucho, nijak zadzwonić. Aż wyszedł pan zamiatać liście i to on – okazało się – może mnie wpuścić. Potem schodzili się pozostali. Równo o 7-mej zatelefonowano z Urzędu i zadano oficjalne pytanie: czy Komisja 629 rozpoczęła głosowanie? – Tak, tak, tak, jakże by inaczej!

Spędziłem – licząc od 6-tej – cały czas w lokalu komisji, zmieniając koszule i skarpetki (jakoś tak mi duszno było). Pozostali wychodzili na posiłeczki, zagłosować w swoich miejscach, odpocząć. Nie marudzę, mój wybór.

Lubię to! Skomentuj9 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale