Banałem już stało się twierdzenie, że między „Polską liberalną” a Polską solidarną” (określenia dalece eufemistyczne) powstał rów, który nawet pod koniec stulecia będzie jeszcze widoczny. Nawet jeśli cała rzeczywistość tej części globu zostanie przeorana.
Ten polski „dipol polityczny” odsuwa w nieznaną przyszłość to, co najistotniejsze dla każdego i dla nas wszystkich razem wziętych: sen o swobodzie działania i myślenia, o obywatelstwie, samorządności, demokracji, sen o społeczeństwie bez wykluczeń. Fenomen Państwa (urzędy-organy-służby-legislacja) wyczerpał już swoją społeczną, kulturową, cywilizacyjna efektywność, Państwo staje się wszechobecną uciążliwością i niczego nie oferuje, choć żąda „dziesięciny” i ustawia się w roli komisarza wobec wszystkich i wszystkiego. Reżim.
Reżim Trybuny Ludu był jasny do zdefiniowania: nomenklatura partyjna robiła za „komunę” i żerowała na umiłowaniu „świętego spokoju”. Kto wpasował się w nieskomplikowany „dryl kury” (kura biegnie do ręki z ziarnem i ucieka od ręki z kijem) – ten żył spokojnie, choć siermiężnie, a kto chciał więcej – zaprzedawał się.
Reżim Wyborczej był bardziej pokrętny: udawał, że udziela Społeczeństwu wszelkich „sakramentów” (swobody i nietykalności, prawa człowieka i obywatela, pozarządowość ponad wszystko, wyzerowane przywileje i dyskryminacje) – ale okazało się to wszystko atrapą, a przemoc symboliczna i „polityczna poprawnie” jedynomyślność – były nakazem dnia.
Reżim Rzeczpospolitej (Gazety Polskiej?) czyni nasze codzienne wybory coraz bardziej złożonymi. Otwarto niezliczone pola konfliktu (i wzmocniono stare): Europa, Rosja, wykluczenia, dekomunizacja, patologie urzędnicze, prawa kobiet (w tym prokreacyjne), sądownictwo i trybunały, Ameryka-NATO – i tak można wyliczać dowolnie długo: w mediach i polityce króluje hejt.
Te trzy reżimy – i to jest sedno dzisiejszego życia publicznego, znanego jako „polityka” – przepychają się między sobą, ale każdy z nich nosi maskę „a’rebours”, czyli udaje swoją odwrotność. „Postkomuna”, „Post-KOR” i „Parafialna Postsolidarność” nie są tymi, za których się podają: pierwsza oddala się od lewicowości i alterglobalizmu, druga zieje jadem nie tolerując konkurencji do miana demokracji, trzecia ma szczególne, osobliwe podejście zarówno do praworządności, jak też do sprawiedliwości.
* * *
Rów jest coraz głębszy i szerszy, dno coraz bardziej muliste. „Postkomuna” – choć metody działania „Par-Post” są jej najbliższe i nieźle przećwiczone – „zadaje się z Post-KOR-em” i przymierza się do białego konia, na którym chce wjechać do pałaców. Nie rozumie ni w ząb, że dla „ludzi etosu” jest jedynie pożytecznym idiotą harcującym niczym przed-skoczek. Nawet, gdyby dołączyły do flagowców Transformacji wszystkie drobne ruchy flibustierskie-podskakiewiczowskie, takie jak lokatorskie, związkowe, ekologiczne, feministyczne, LGBT, kombatanckie, itd., itp. – to nikt tego towarzystwa nie upodmiotowi. Nieliczne wyjątki „przechrztów postkomunistycznych” (Rosati, Święcicki, Balcerowicz) potwierdzają regułę: PRL-u miejsce jest w lamusie. A formacje byłych aktywistów z czasu Trybuny Ludu – mogą zasiadać na trybunach, ale nie w lożach, i nie na scenie głównej.
Najpoważniejsze środowiska, takie jak ludowe, parafialne, drobno-biznesowe, urzędnicze, inteligenckie – nie mają swojego jednoznacznego, zdecydowanego reprezentanta w postaci „klasowo-warstwowej” siły politycznej, głosują „reaktywnie”, czyli biernie pomykają falami za tym, kto głośniej wyraża cokolwiek, najlepiej żeby coś obiecał. Politykę (ludzką wyobraźnię) opanowali celebryci, mediaści i hejterzy.
Jeszcze niedawno twierdziłem, że realna jest kategoria społeczna zwana „żelaznym elektoratem”. W Polsce objawiała się ona „kiściami geszefciarskimi” porastającymi Nomenklaturę (budżety, fundusze, przywileje, pozycje, potencjał sprawczy). Ale to działa, jeśli Nomenklatura porusza się w ramach Umiaru i Harmonii. A jeśli stanowisk nomenklaturowych przybywa dwukrotnie w krótkim okresie, a rozmaite nisze są przewłaszczane przez „państwa w państwie” – to żaden podatnik tego nie udźwignie.
Ostatecznie „elektorat” się rozklekotał po przegranym „spazmie kukizowym”. Intuicja społeczna trafnie oceniła rządy Tuska, który zresztą ni stąd, ni z owąd zrejterował na „saksy” z wicepremierką pod rękę: pęczniejące wykluczenia i „państwa w państwie” stanowią wrzody i trzeba je odrzucić. Kukiz jednak albo nie zrozumiał, w jakiej go roli obsadził „elektorat”, albo zagrał jakąś grę, której do dziś nie znamy.
* * *
Brakuje nam też – mimo oczywistości – wyraźnego zdania na temat niby-przypadkowego, ale zmierzającego do utrwalenia trzyletniego cyklu: samorządy-parlament-prezydent. Pozornie to nie da się prędko powtórzyć, ale widać już „zakulisy” całej sprawy.
* * *
Więc im bardziej będzie się nie-PiS zgromadzał wokół „nie-bo-nie” – tym bardziej PiS będzie robił swoje i przeliczą się ci, którzy czekają na jakieś nadzwyczajne odejście. Przecież nadal najważniejsze środowiska będą miały kłopot ze wskazaniem swojego jednoznacznego politycznego reprezentanta.
Tu przerwę, lecz róg trzymam…



Komentarze
Pokaż komentarze (7)