Był wczesny poranek, budzik wskazywał 6:59. Światło słoneczne padało na jego krystalicznie białą pościel, odbijało się od niej i oświetlało jego smukłą twarz o ostrych rysach i wystających kościach policzkowych. Z wybiciem następnej sekundy zegar pokazał 7:00 i głośno zadzwonił: „BIP BIP BIP”. Szybko się odwrócił by sięgnąć i wyłączyć budzik. Spojrzał na godzinę, przetarł oczy i potrząsnął głową, jak gdyby chciał powiedzieć „jeszcze nie teraz”. Leżał na plecach, spod kołdry wystawała połowa jego ciała i niezgrabnie prawa noga. Zgiął się w pół, aby się podnieść, poczuł jak pracują jego wypracowane mięśnie brzucha, które stanowiły wymowny dowód ilości czasu spędzonego na siłowni.
W jego pokoju dominowała biel. Biel kojarzyła mu z czystością. Nienawidził brudu. Metalowe elementy wystroju przeplatywały się z białą pościelą, zasłonami, bielizną. Tuż przy drzwiach na ścianie wisiało ogromne lustro. Podszedł powoli do niego, spojrzał na siebie i powiedział pewnym siebie głosem: „Jestem zajebisty!”. Jego głos zdawał się być za każdym razem pewniejszy, odwrotnie proporcjonalnie do tego, co działo się rzeczywiście w jego głowie. Ludzie wierzyli, że jest wzorem spełnienia zawodowego, on wierzył w swoją wyższość, to mu wystarczało. Dopiero odczuwał nieprzyjemny dysonans, gdy jego dawni znajomi lub bliscy mówili o nim negatywnie. Nie lubił tego uczucia, więc rezygnował z kontaktów z takimi ludźmi, twierdząc że mu zazdroszczą. Należał do tej grupy osób pozornie pewnych siebie, które najgłośniej krzyczały „znam swoją wartość” albo „jestem pewny siebie”, lecz w środku zżerały go kompleksy.
Nie minęło 50 minut, kiedy był już po porannej gimnastyce, prysznicu i ogólnej toalecie – wliczając w to smarowanie twarzy najnowszymi kremami znanej francuskiej marki dla mężczyzn „30+” , jak głosiła barwna etykieta. Był gotowy do wyjście, śniadanie i kawę zawsze kupował po drodze. Miał całe wyposażenie kuchni, lecz go nie używał. Kupił wszystko, żeby w mieszkaniu nie było pusto. A co postawić w miejsce piekarnika, jak nie piekarnik?
Mieszkał w samym centrum Warszawy. Do budynku jednej z firmy należącej do „wielkiej czwórki” konsultingu biznesowego miał 15 minut drogi. Pracował tam już 8 lat. Codziennie szedł tą samą ulicą 990 metrów do pracy. Oczywiście odległość zmierzył swoim nowym Iphone’m 4s. Zawsze zahaczał o sieciową kawiarnie. „Poproszę Latte na chudym mleku i tortille śniadaniową z jajkiem” – powiedział do młodej kelnerki, kawa ta samo co zwykle, zmieniał tylko kanapkę według ustalonego przez siebie schematu.
Wchodząc do pracy znowu go naszła ta dziwna myśl. Kochał i jednocześnie nienawidził swojej pracy. Kochał, bo był już „partnerem”, co w korporacyjnym slangu oznacza, że miał pod sobą kilku ludzi, odpowiadał za nich, oni odwalali robotę za niego, on więcej zarabiał. Normalni ludzie powiedzieliby „kierownik”, ale nie w międzynarodowej korporacji! Gdzie takie prostactwo, w takim miejscu?! Wszyscy pracownicy zapytani czy partner i kierownik to samo zajęcie twierdzili, że to dwa różne stanowiska i daliby pewnie uciąć sobie rękę za to. Co kreatywniejsi nawet argumentowali to dziwacznie, używając jeszcze więcej słów pochodzenia angielskiego typu „corporate culture”. Nienawidził swojej pracy, bo Marcin, który miał tyle samo lat co on, krótszy staż w pracy zajmował wyższe stanowisko. Kiedyś byli najlepszymi przyjaciółmi. Właściwie od urodzenia aż do momentu kiedy Marcin zdecydował się po studiach doktoranckich wziąć udział w rekrutacji. Awansował szybciej, był skromny, pracowity i miał jasne kryteria oceniania podwładnych. Byli przeciwieństwem, było to o tyle dziwne, że kiedyś byli praktycznie identyczni. Marcin założył rodzinę kilka lat temu i miał dwójkę dzieci. W przeciwieństwie do Marcina, on uważał, że małżeństwo to porażka. Zabija ambicje człowieka i jego karierę, zabiera czas. Mówił publicznie „70% małżeństw się rozwodzi po pierwszych 5-latach, ja po prostu jestem inteligentniejszy i oszczędzam 5 lat swojego życia”. Oczywiście było to wytłumaczenie dorobione na potrzeby publiczne, sam nie wiedział dlaczego tak jest. Bał się wiązać, bał próbować. Zamiast naprawiać coś wolał wymienić. Był egoistą…



Komentarze
Pokaż komentarze