"Moja i Twoja Nadzieja" w wykonaniu zespołu Hey i przyjaciół m.in. Czesława Niemena czy Edyty Bartosiewicz to piosenka magiczna. Nie tylko ze względu na muzykę i słowa, ale ze względu na czas, w jakim powstawała. Mamy lipiec 2007, 10 lat po wielkiej powodzi, która nawiedziła Polskę. 10 lat to wystarczająco dużo, żeby zapomnieć - warto jednak pamiętać.


Powódź szturmuje Wrocław z różnych stron. Woda wciska się też podstępnie przez studzienki kanalizacyjne. Nawet mieszkania zalewa cuchnąca maź z otworów kanalizacyjnych. Na ulicach zasieki z worków z piaskiem. Miasto wygląda jak twierdza - alarmowali wczoraj wrocławianie. Jeszcze w sobotę rano mało kto wierzył, że tak będzie.
Piątek rano, osiedle Kozanów. Bloki dochodzą tu do samego wału przeciwpowodziowego. Ale mieszkańcy lekceważą zagrożenie.
- Eee, tylko łąkę zaleje - słyszę od moich sąsiadów. Na działkach kobieta podwiązuje pomidory.
Po południu z wody sterczą już tylko dachy altanek.
Dni o których mowa w tej relacji pamiętam, jak przez mgłę. Mimo wszystko jednak pojedyncze obrazy, medialne komunikaty, głosy dorosłych pozostały. Wszakże co więcej mógł pamiętać 10-letni chłopiec, który do Wrocławia przyjechał do babci na wakacje.
Osiedle Kozanów pamiętam. Mieszkał i mieszka tam mój wujek. Osiedle zostało całkowicie zalane - planowo zresztą. Jak się później okazało w niemieckich planach to miejsce funkcjonowało jako polder, który ma być całkowicie zalany w wypadku powodzi. To Kozanów miał chronić miasto przed Ślężą - małą rzeką, dużo mniejszą niż Odra. Socjalizm czasów minionych zbudował tam wielotysięczne osiedle. Powódź odcięła mieszkańców od świata - po osiedlu, znanym z krętych i niewygodnych uliczek sunęły pontony. Kiedy jeszcze wody było mniej mój brat wraz z przyjacielem poszli tam, by zanieść coś rodzinie. Przyjaciel wpadł do otwartej wcześniej studzienki kanalizacyjnej, cudem wychodząc z tego cało. Na balkonach, które znajdowały się ponad poziomem wody ludzie zjadali to, co mogło się za kilka dni zepsuć, popijali piwem i patrzyli na bezkres wody, pod którym zginęły chodniki. Życie sąsiedzkie kwitło.
Niebezpiecznie było zranić się. Gdyby woda, płynąca ulicami miasta dostała się do rany można było zarazić się jedną z licznych chorób. Woda, która sunęła ulicami miasta niosła najróżniejsze rzeczy: śmieci, fekalia, toksyczne substancje. Jeden z dopływów Odry podmył skarpę, na której znajdowało się ok. 300 ciał. Dlatego wszyscy, którzy chcieli i mogli pomagać musieli być szczepieni choćby przeciwko durowi brzusznemu. Zaczynało brakować szczepionek, bo pomagali wszyscy.

Jeśli mówi się o tym, że my Polacy potrafimy działać dopiero, gdy coś nam grozi to wówczas we Wrocławiu - spełniło się to w całej rozciągłości. Pomagali wszyscy i młodzi, i starzy. Takiej solidarności dawno nie było widać, gdyż ludzie bronili przed wodą nie tylko swoich dobytków, ratowali też innych. Pamiętam, jak mój brat jeździł na obrzeże miasta, by tam sypać worki z piaskiem. Nie wszystko jednak szło sprawnie, wkrótce zaczynało brakować worków na piasek. Kiedy brakowało piasku ludzie rozkopywali pagórki. Sam pamiętam obraz, który utkwił mi w pamięci. Centrum miasta - park nad rzeką i obok jednego z drzew wielka wyrwa w ziemi.
Nie brakowało tragicznych decyzji. Wyborów porównywalnych niemal z tymi z greckich tragedii. Aby uchronić miasto trzeba było podjąć decyzję o wysadzeniu wałów przeciwpowodziowych. To jednak spowodowałoby zalanie podwrocławskich wsi, na co nie chcieli pozwolić mieszkańcy. Zaś czas uciekał. Ostatecznie nie doszło do porozumienia - trudno się dziwić mieszkańcom. W kryzysowych sytuacjach ludzkie uczucia potęgują się do niewyobrażalnych rozmiarów. Wzmaga się współczucie, solidarność, bohaterstwo - wzmaga się jednak także możliwy do zrozumienia egoizm. W niektórych miejscach ponoć jak duchy krążyli ludzie, którzy namawiali do ucieczki.
Kiedy jeszcze wody nie było w mieście wyczuwało się atmosferę oczekiwania. Może nawet nie strachu, ale właśnie oczekiwania. Czy czekano na cud? Możliwe.
Wiadomo było, że leci na Wrocław masa wody przekraczająca wszelkie wyobrażenia, przekraczająca możliwość zapanowania nad nią. Co Pan wtedy czuł?
- Byłem przerażony. Myślałem tylko: trzeba ratować Wrocław, trzeba uratować miasto...
Tak mówił Bogdan Zdrojewski - ówczesny prezydent Wrocławia, teraz poseł PO. W miarę zbliżania się wody do miasta komentarze w mediach były coraz bardziej przerażające. Każdy miał w głowie widok jednego z opolskich osiedli, całkowicie zalanego przez wodę. Dziennikarze już nie tylko z podnieceniem, ale i ze strachem czekali na wielką wodę. Później nie wiem, jak wyglądały relacje, ponieważ odcięty został prąd. Także telefony nie działały. Sztaby Kryzysowe nie mogły poradzić sobie z nawałem ludzi, którzy nie wiedzieli co dzieje się z ich bliskimi. Po jakimś czasie również woda przestała płynąć z kranów. Doszło do tragicznej sytuacji - w mieście, którego ulicami płynęły potoki nie było wody.

Pamiętam, że dziadek przyniósł do domu akumulator. Coś tam pogrzebał i niczym MacGyver włączył radio. Póki akumulator działał słyszeliśmy kolejne komunikaty, mówiące o zagrożeniach, o kolejnych zalewanych ulicach. Po miejskich ulicach sunęły amfibie, które przewoziły ludzi, nad miastem krążyły śmigłowce - chyba Mi-2. Panowała atmosfera oblężonej twierdzy, twierdzy z której może nie być ucieczki. Pamiętam, że ktoś z rodziny co chwila nerwowo wyglądał przez balkon, wychodził na zewnątrz. Wodny pierścień wokół bloku, w którym mieszkałem coraz bardziej się zacieśniał.
Ludzie z okolicy wychodzili na ulice. Bez odgórnych rozkazów tworzyły się małe grupki mieszkańców, które zaczęły stawiać barykady z worków z piaskiem. Nikt nie potrzebował, by go namawiano. Najpierw byli ludzie, potem pojawiały się worki, piasek - tak samo we wszystkich częściach miasta. Jednego dnia szedłem z bratem ulicą; ktoś nagle krzyknął, że trzeba pomagać, bo worki mogą nie wytrzymać i brat odesłał mnie do domu, a sam zaczął pomagać nosić worki. Tak to wyglądało. Lecz nie zawsze to, co budowali ludzie wytrzymywało napór wody. Potem gdy spacerowałem ulicami miasta, już po powodzi, widać było pozostałości po takich barykadach - niedokończonych, zmiecionych częściowo przez wodę.
A woda niszczyła wszystko. Domy, ogrody, parki, samochody. Nie patrzyła, czy miażdży właśnie zniszczone blokowisko z czasów Gierka, czy starą i niebywale cenną elewację zabytkowych budynków. Nie patrzyła, czy wywraca mercedesy czy maluchy. Co bardziej zapobiegliwi wywieźli swoje samochody na rubieże miejskie, gdzie woda nie miała prawa dotrzeć. Inni, którzy nie mieli czasu bądź możliwości by to zrobić musieli liczyć na cud. Pamiętam, jak mój dziadek załatwił jakieś pustaki, na których postawił swojego malucha. Było to nie więcej jak kilkadziesiąt centymetrów, ale dziadek miał poczucie, że zrobił coś - cokolwiek, a to w tamtych dniach było naprawdę ważne. Zupełnie jak ludzie, którzy bronili zabytków w centrum miasta. Nie wszystko udało się uratować, lecz to co przetrwało tamte dni właśnie determinacji tych, często przypadkowych ludzi zawdzięcza swoje istnieje.
Lecz woda nie tylko niszczyła, także zabijała. W wyniku powodzi zginęło 55 osób. Czy w samym Wrocławiu ktoś stracił życie? Tego nie wiem. Bezpiecznie na pewno nie było. Do dzisiaj pamiętam obrazki z ulicy Traugutta znajdującej się w centrum miasta, która zalana była jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc w mieście. Zagrożeniem było nie tylko kilka metrów wody, sunącej ulicą, ale zerwane kable, złowieszczo dygocące ponad głowami. Stare przedwojenne kamienice, stojące w centrum stawały się w obliczu powodzi morderczymi klatkami, których stare konstrukcje ledwo wytrzymywały napór wody. Część kamienic już po powodzi należało wyburzyć, kilka zawaliło się samych.
Gdy woda odeszła miasto wyglądało tragicznie. Pamiętam widok Wrocławia, gdy po powodzi po raz pierwszy z bratem wybrałem się na dłuższą przechadzkę. Zerwane bloki asfaltu, poprzewracane słupy reklamowe, zniszczone elewacje budynków, zalane przejścia podziemne i pozostałości barykad z worków z piaskiem. Największe wrażenie zrobiła na mnie jedna z zapór postawionych u wejścia na wrocławski rynek. Kilkumetrowa ściana z worków z piaskiem ledwo co pozwalała na przejście dalej. Na szczęście woda nigdy tam nie dotarła. Dotarła za to do wielu innych miejsc. Część miasta wyglądała jak po bombardowaniu, panowała względna cisza - ulice były puste - ludzie skupiali się wokół upiornych beczkowozów, które rozwoziły wodę pitną. Pociągi znowu zaczynały kursować. Widać było jednak, że minie sporo czasu, zanim Wrocław tak naprawdę podniesie się po tej ogromnej tragedii.
Wrocław to jednak tylko fragment opowieści. Wówczas cierpiała cała Polska. Zatem, zawsze kiedy usłyszymy piosenkę Hey, pamiętajmy o tych tragicznych dniach i ofiarach tamtej powodzi. Pamiętajmy, że w lipcu 1997 roku stało się coś strasznego. Coś co obudziło w ludziach najlepsze i najgorsze emocje. Coś, co pokazało bohaterstwo i strach, niemoc i ludzką solidarność, współczucie i cynizm. Coś, o czym warto pamiętać.
![]()
zdjęcia: Wikipedia i Gazeta.pl
Dla zainteresowanych relacje z tamtych dni na portalu Gazeta.pl (stąd też pochodzą cytaty) - bardzo poruszające.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)