Czy lojalność względem współplemieńców, a także względem przeszłych pokoleń, których wysiłków owoc w postaci dziedzictwa narodowego, volens nolens przechowujemy, ma swoje granice? Czy można w ogóle lojalność tak pojmowaną limitować, a jeśli tak, to na jakich podstawach? Innymi słowy, czy istnieją w ogóle jakiekolwiek powody do wyrzeknięcia się solidarności ze wspólnotą w jakiej żyjemy?
Te pytania zrodziły się w mojej głowie, gdym zobaczył, jak największa gazeta w Polsce zdekonspirowała agentów kontrwywiadu ochraniających za granicą polskie wojsko, które z kolei ochrania nas. Przyczyny takiej dekonspiracji były tak nikczemne i trywialne, że nie sposób nie dojść do konstatacji, że Gazeta Wyborcza jest gazetą nielojalną względem Polski, gazetą antypolską w sensie ścisłym. Wiem, to brzmi jak jakaś fraza z wystąpienia Ojca Rydzyka tudzież prof. Jerzego Roberta Nowaka. Ale jak inaczej nazwać zachowanie gazety, która w celach stricte politycznych naraża na niebezpieczeństwo polskich żołnierzy, tylko dlatego że byli oni powołani do służby przez znienawidzonego Macierewicza, byli nieuwikłani w moskiewskie konotacje, i - co chyba najważniejsze - zastąpili na swoich stanowiskach oficerów WSI, już dawno zdekonspirowanych przez obce wywiady jako kremlowskich szpiegów? Te powody, oraz... nagonka na konkurencyjny portal nasza-klasa, na którym anonimowe zdjęcia żołnierzy się znalazły, wystarczyły by Gazeta Wyborcza wyrzekła się lojalności względem nas.
W ogóle media a także promowane przez nie autorytety zachowują się tak, jak by wymóg lojalności narodowej dotyczył tylko polityków, w dodatku nie wszystkich. I gdyby te media i te autorytety poprzestały na przedkładaniu własnych politycznych interesów ponad interes społeczny, skupiając się na wynoszeniu do władzy jednych polityków i niszczeniu drugich, problem braku lojalności względem nas pewnie by się nawet nie pojawił. Ale one idą dalej: stawiają na szali nasze bezpieczeństwo i nasze interesy.
Doskonałym tego przykładem jest postawa polskich autorytetów "eksportowych". Bronisław Geremek, aby bronić swoich czterech liter przed lustracją, rozpętał w Parlamencie Europejskim antypolską nagonkę, angażując w nią polityków zachodnich. Marek Siwiec, jako jedyny polski deputowany, podpisał zwyczajnie kłamliwą rezolucję PE na temat domniemanego łamania praw człowieka w Polsce. Adam Michnik, gdy rządziło PiS, jeździł do zachodnich gazet straszyć dokładnie tym samym, jednak gdy władza się zmieniła, redaktor naczelny Gazety Wyborczej przestał oskarżać rząd polski o "pełzający zamach stanu", a zaczął atakować Polaków, zarzucając im oraz konkurencyjnej gazecie "antysemityzm", czego przykład widzieliśmy ostatnio we francuskim "Le Monde". Te wszystkie przypadki pokazują, że dla polskich autorytetów wyrzeczenie się lojalności względem nas to żaden problem: usprawiedliwia je chęć obrony własnej reputacji czy własnych interesów, w tym biznesowych.
Czasem mam wrażenie, że próby redefiniowania pojęć niepodległości i suwerenności, które aktualnie mają miejsce w obliczu pogłębiającej się integracji z Unią Europejską, są tylko fasadą mającą ukryć problem poważniejszy: obowiązek lojalności plemiennej, jaki ciąży na każdym znas. Oto wywód jednego z najbardziej bezkrytycznych zwolenników oddawania suwerenności przez Polskę, prof. Sadurskiego:
"Operujemy tradycyjnym pojęciem suwerenności, która oznaczać ma podporządkowanie wszystkich podmiotów jednemu suwerenowi, ktory z kolei nie jest podporządkowany żadnym, ważniejszym od niego podmiotom. Opiera to się na tradycyjnym rozumieniu panstwa suwerennego, w którym istnieje tozsamość władzy, ludności i terytorium. Tymczasem w zglobalizowanym świecie, takie sprzężenie tych trzech czynników występuje w stopniu coraz mniejszym, a zlokalizowanie władzy zależy od tego, o jakiej dziedzinie mówimy..."
Czy pan profesor, który wszak jest tylko skromnym przedstawicielem bardzo szerokiego prądu umysłowego, nie rozumie, że negowanie suwerenności narodu w jej tradycyjnym rozumieniu, jest jednocześnie negowaniem jedynego spoiwa dzięki któremu owa suwerenność funkcjonuje: lojalności? Dlaczego Geremek co i rusz wychodzi z inicjatywami które przecinają wzajemną nić lojalności łączącą go z resztą społeczeństwa bądź to w zakresie prawa jakie nas obowiązuje (stawianie się ponad prawem lustracyjnym) bądź to w zakresie wspólnotowej moralności (donoszenie obcym na temat "polskich wad narodowych")? Odpowiedź na to pytanie jest prosta: Geremek, aby zerwać lojalność z nami musiał przedefiniować pojęcie suwerenności. Dla niego suwerenem nie jest naród polski, który samostanowi o sobie, a także i o samym Geremku, tylko Unia Europejska.
Powtórzę raz jeszcze: suwerenność nie istnieje bez lojalności. Jeśli dopuszczamy się nielojalności względem Polski, to znaczy negujemy suwerenność jej mieszkańców oraz niepodległość państwa, która umocowanie ma w ich woli. Akt nielojalności jest więc aktem antypolskim. Jest to tym bardziej niebezpieczne, że prędzej czy później dojdzie, jeśli już nie dochodzi, do pierwszej, drugiej, trzeciej i kolejnych poważnych konfrontacji, różnic interesów między Polską a Unią lub jej poszczególnymi członkami. Jak wtedy zachowają się nasze media, autorytety, politycy? Po której stronie się opowiedzą, gdy ułuda "kompromisu" unijnego, którą nas karmią jako sposobem rozwiązywania wszelkich sporów, pryśnie w zderzeniu z partykularnymi interesami politycznymi i ekonomicznymi poszczególnych państw? Czy wówczas lojalność społeczna będzie jeszcze obowiązywała polskie elity?
Ps.: Wybaczcie, że pajacowanie, jakie odbywa się na tym blogu tym razem zastąpiłem tak poważnym tonem. Ale - widać, czasem nawet menda musi, inaczej się udusi.



Komentarze
Pokaż komentarze (23)