Pozbywanie się pisowskiego aparatu ze struktur państwa nie jest tylko standardową wymianą kadr, właściwą dla każdej demokracji. Ten proces to coś więcej - to "dorzynanie watah", jak określił pan Sikorski, denazyfikacja, wypalanie gorącym żelazem piętna kaczyzmu, stygmatyzowanie.
Żaden dotychczasowy rząd nie miał tak ogromnego wsparcia medialnego dla procesu zastępowania ludzi poprzedników - swoimi. Co więcej, dotychczas kolejne tego typu przedsięwzięcia traktowane były bądź to ze sceptycyzmem, bądź to nawet z wrogością mediów i autorytetów. Tak było przez ostatnie dwa lata, gdy w spółkach skarbu państwa zasiadali "PiSowscy nominaci", zaś w prokuraturze panoszyli się "pisowscy prokuratorzy". Gazety pełne były artykułów typu "PiS bierze spółki skarbu państwa", "Skok PiS na spółki" i tak dalej. Dziś zaś króluje ton dalece bardziej afirmatywny, najbardziej chyba w historii polskich zawirowań kadrowych. Nawet niegdysiejszy ulubieniec salonów Miller Leszek nie miał takiego wsparcia gdy spektakularnie wyczyścił po AWS-ie tysiące stołków w służbie cywilnej.
W ubiegłym tygodniu Gazeta Wyborcza napisała wielkim drukiem, że w Małopolsce "Wojewoda i rząd odpolityczniają spółki". Czyż to nie wzruszające, że po tylu latach upolityczniania, które zwłaszcza w ostatnim czasie przybrało formy zagrażające demokracji, ktoś wreszcie "odpolitycznia" ten bajzel? I gdyby nie cholerny pech który sprawił, że bodaj w tym samym dniu, w którym Wyborcza zamieściła ów pochwalny artykuł, okazało się, iż na dobrze płatną synekurę w Agencji Mienia Wojskowego trafił mąż krakowskiej posłanki PO Katarzyny Matusik-Lipiec, to wszyscy ronilibyśmy łzy wzruszenia. Przypadek krakowski jest tylko jednym z setek a może nawet i tysięcy przykładów partyjniactwa i nepotyzmu nowej władzy. No ale media tym razem nie piszą zbyt wiele o "skokach" i "upartyjnianiu" sfery publicznej. Ba, pomagają jak mogą by to "odpolitycznianie" było całkowite, stuprocentowe. Co i rusz panowie dziennikarze anonsują Tuskowi: "Panie Premierze, jeszcze tu się jeden ostał, o, i tamtego proszę nie przegapić!"
Ostatnio donosiciele z Czerskiej zajęli się tropieniem pisowskich złogów w CBA. Z imienia i nazwiska wskazali kilkunastu funkcjonariuszy tej służby, którzy w przeszłości byli członkami Ligi Republikańskiej bądź znali jakichś polityków PiSu. Dotarli nawet do szokującej informacji, że jeden z nich był funkcjonariuszem warszawskiej straży miejskiej za czasów prezydentury Kaczora, co miało go, zdaniem Gazety, dyskredytować. Generalnie głównym zarzutem było to, że należeli oni wcześniej do nielubianej przez salon organizacji. Bo gdyby na przykład kierowali Czerwonym Harcerstwem, to czekałby ich zapewne piedestał i tytuł autorytetu. Niestety młodzieńcza głupota poprowadziła ich kiedyś za bardzo w prawo, przez co teraz muszą pokutować. Pan redaktor Czuchnowski, oddelegowany do tropienia pisowskich pozostałości na stanowiskach państwowych, tak tłumaczył w programie "Kwadrans po ósmej", swoją dociekliwość:
"Po prostu uważamy, że osoby na pozostałych stanowiskach przykryły się tylko tymi przepisami o CBA, przykryły swoją tożsamość."
Czyż to nie godna podziwu determinacja? Nie tylko bowiem ścigamy kaczystów oficjalnie posadowionych na stołkach, ale także tych, którzy się poukrywali przed naszą denazyfikacją, którzy "przykryli swoją tożsamość" w strukturach państwa! A zatem szukamy pisowskich kretów i "piątych kolumn"! I teraz proszę sobie wyobrazić że pod koniec 2005 r. Gazeta Wyborcza szuka ludzi SLD "przykrywających swoją tożsamość" w - dajmy na to - CBŚ! Czyż to nie zachwycająca ewolucja roli mediów w polityce?
Podobnie jest w dyplomacji. Tam oddzielna struktura pod przewodem "drogiego Bronisława" w porozumieniu z innymi mediami wskazuje kolejne kaczki do odstrzału. Kryterium znów nie są żadne konkretne przewiny i niejasne zaszłości tylko przynależność do określonego środowiska. Minister Sikorski, po rozgorzałym medialnym jazgocie, zmusił do ustąpienia ambasadora Polski w Argentynie Zdzisława Ryna. Jedynym istotnym zarzutem było twierdzenie, że Ryn to "człowiek Rydzyka". A jak powszechnie wiadomo, bycie nazwanym przez media "człowiekiem Rydzyka" jest wyrokiem śmierci cywilnej i nie wymaga szukania dalszych uzasadnień, debatowania nad kompetencjami delikwenta. Rozumie to pan minister Sikorski więc uzasadnienie jego decyzji było krótkie: "Ambasador ma służyć Polsce, a nie radiu". Dokładnie w ten sam sposób zablokowano nominację doktora Jerzego Achmatowicza na stanowisko ambasadora w Meksyku. Gazeta Wyborcza odkryła, że jest on "człowiekiem Rydzyka" i fakt, że jest to prawdopodobnie najlepszy iberysta w Polsce, już nie miał dla nikogo żadnego znaczenia.
Tę samą technikę stosuje się, gdy idzie o media publiczne. "Publicysta Naszego Dziennika w Polskim Radiu", bije na alarm Gazeta Wyborcza. Rozeszło się o to, że Wojciech Reszczyński, były prowadzący Teleekspres, obecnie publikujący w prasie prawicowej, trafił do państwowych mediów. I znów ten sam motyw: brak jakiejkolwiek krytyki merytorycznej, którą zastępuje stygmatyzowanie, etykietkowanie. I - jak dowodzą przykłady zmian w dyplomacji - to wystarcza by daną osobę relegować. Nikt się nawet nie przejmuje, że mamy do czynienia ze zwykłym szykanowaniem ludzi za poglądy polityczne. Świadczy to również o tym, że denazyfikacja ma zasięg szerszy: nie tylko partyjny ale ideologiczny.
Po tym jak prokuratura umorzyła - zdaje się - wszystkie śledztwa mające wykryć "przestępstwa" CBA, po tym jak nie znaleziono żadnych przykładów "łamania prawa" przez pisowskie kadry, należało nieco złagodzić kryteria weryfikacji. Od dziś aby dostać wilczy bilet wystarczy być byłym członkiem Ligi Republikańskiej, bądź złapać łatkę "człowieka Rydzyka". Byłych członków Ligi Republikańskiej zastąpią zaś - w ramach odpolityczniania - małżonkowie polityków Platformy i PSL.



Komentarze
Pokaż komentarze (14)