Dzisiejszy "Dziennik", w artykule "Tak handlowano aneksem Macierewicza" znów podaje mrożące krew w żyłach relacje z handlu tajnym raportem. I ponownie pojawia się pytanie: skoro media od miesięcy bębnią o tym, że ów raport można na czarnym rynku kupić, to dlaczego jeszcze żadna redakcja go nie nabyła? Odpowiedzią jest milczenie, które, jak zwykle, więcej wyjaśnia niż mówi.
Postawa środowisk opiniotwórczych względem Wojskowych Służb Informacyjnych a także prób ich weryfiakcji, ukazuje jak w soczewce, rolę tych elit w praktycznym stosowaniu idei tzw. grubej kreski. Co więcej, jest ona dowodem, że także elity kreujące wyobraźnię społeczną wokół idei oderwanych od sporu okrągłostołowego, same są przedłużeniem jednej ze stron tego sporu.
Gdy przejrzymy archiwalne artykuły pisane na początku lat 90-tych przez polskie autorytety medialne, w szczególności Michnika, Mazowieckiego, Kuronia i Geremka, to zauważamy w nich postulat fraternizacji z komunistycznym establiszmentem "ponad historycznymi podziałami":
"Bo to jest taki moment, bo to jest taka sytuacja historyczna. Trzeba się dogadać ze wszystkimi. Prezes Kaczyński musi się dogadać z panem Kwaśniewskim, bo jeśli się nie dogada, to za to zapłaci Polska, czyli coś ważniejszego niż pan Kaczyński i pan Kwaśniewski" (A. Michnik)
Z drugiej zaś strony pobrzmiewa w nich ton usprawiedliwiania, zapewniania o dobrych chęciach"ukarania winnych", z jednoczesnym odcinaniem się od konsekwencji swoich własnych decyzji, prostowaniem w sferze słów czegoś, co się w dynamicznym procesie i tak dokonuje w sferze czynów:
Oczywiście nie chodziło tu o niczyją bezkarność. Zniekształcanie tego, co powiedziałem 24 sierpnia, kiedy Sejm powierzył mi funkcję premiera - że "przeszłość odkreślamy grubą linią" - uczyniło wielkie szkody. Ci, którzy te słowa zniekształcali, pomijają fakt, że ich postawa utrudniła wielu ludziom drogę od PRL do III RP.
"Oczywiście to nigdy nie oznaczało, że jestem przeciwny rozrachunkowi historycznemu i pociągnięciu do odpowiedzialności ludzi winnych zbrodni." (Tadeusz Mazowiecki)
Jak doskonale wiemy, weryfikacja komunistycznych służb była symboliczna, w najlepszym razie niewystarczająca. Funkcjonariusze bezpieki, nawet ci negatywnie przy pomocy i tak mało restrykcyjnych kryteriów, zweryfikowani, najczęściej - jeśli nie odnajdywali się w biznesie - to trafiali na ciepłe posadki w policji, służbach wojskowych i innych strukturach administracyjnych. Jedyną zaś służbą, nawet nie muśniętą tzw. przemianami okrągłostołowymi pozostały Wojskowe Służby Informacyjne. Tam między innymi trafiali negatywnie zweryfikowani esbecy, tam, pod parasol ochronny III RP przeniósł się (bo musiał) ośrodek zakulisowych knowań i antypolskiej działalności. Dowodzi tego choćby wspomniany raport z likwidacji WSI, w którym aż roi się od przykładów "transferów" ludzi, informacji, powiazań i interesów między obiema służbami. Na ten przykład, w połowie lat 90-tych utworzono w Bielsku Białej rezydenturę WSI kierowaną wyłącznie przez negatywnie zweryfikowanych funkcjonariuszy SB oraz ich agentów.
A zatem gruba kreska i jej konsekwencje sięgają także Polski Anno Domini 2008. Kolejnym tego dowodem jest powrót etosu tzw. "bezpartyjnych fachowców". Początek lat 90-tych upłynął pod znakiem grożenia Polsce jakąś totalną zapaścią, którą miałoby spowodować odsunięcie od władzy pezetpeerowskich aparatczyków, doskonale podobno przygotowanych do instalowania u nas demokracji i wolnego rynku (słynne tyrady Michnika na mównicy sejmowej, to już klasyka gatunku). Dziś także mamy brylującego w medaich "bezpartyjnego fachowcwa", recenzującego bezlitośnie weryfikację WSI. Nazywa się Marek Dukaczewski i dowodził tymi służbami tak wprawnie, że brytyjski wywiad MI6 uznał jego oraz jego poprzedników za sowieckich szpiegów.
"Dziennik" a także Platforma Obywatelska, które postawiły na zerwanie z cofającym nas w rozwoju sporem o konsekwencje Okrągłego Stołu, które ponownie "wybrały przyszłość", które chcą prowadzić polskiego inteligenta przez grzęzawiska zwodniczych idei, tak aby sobie w nich, broń Boże, stopy nie zamoczył, same biorą udział w politycznym sporze, od którego się ponoć odżegnują, wyrosłym w czasach, do których rzekomo nie chcą wracać. I tak, jak Gazeta Wyborcza prawie dwadzieścia lat temu, oficjalnie uznała SB za organizację działającą wbrew interesowi Polski, jednocześnie torpedując wszelkie próby likwidacji wpływów tej służby, tak dzisiaj "Dziennik" uznaje co prawda zbrodniczość tej instytucji, jednak robi wszystko co może by niweczyć próby likwidacji jej wpływów w ostatniej niezweryfikowanej służbie III RP. I gdyby zapytać polityków oraz dziennikarzy, którzy próbują ubezskutecznić likwiację WSI, dlaczego chronią totalitarne pozostałości w strukturach państwa, niechybnie usłyszymy całą masę wymówek, usprawiedliwień i zapewnień o dobrych chęciach "karania winnych popełnienia przestępstw". A zatem uzyskamy odpowiedź dokładnie taką, jaką już raz słyszeliśmy z ust twórców grubej kreski.
Obie, jeszcze niedawno skłócone, wyzywające się od "mutacji bildów" i "der Dzienników" redakcje, doskonale współpracują, gdy przychodzi do obrony postkomunizmu. Przykładem tej nienagannej współpracy jest choćby powołany przeze mnie we wstępie pseudoartykuł "Dziennika", którego obszerne fragmenty cytuje konkurentka z Czerskiej. Jednakże obie gazety są jedynie fragmentami frontu, do którego należy także SLD i Platforma, zabierająca się ostro za weryfikację... komisji weryfikacyjnej WSI. Żadna postpolityka więc u nas nie istnieje: ani PO ani "Dziennik" nie tworzą tu nowej jakości oderwanej od smutnej genezy III RP. Oba środowiska są zaangażowane we wdrażanie grubej kreski tak samo jak Gazeta Wyborcza, SLD i UW w latach 90-tych.



Komentarze
Pokaż komentarze (14)