Niezbadane są ścieżki, którymi podążają myśli polskich elit. Bo czy, dajmy na to, piętnaście lat temu, ktoś spodziewał się, że najważniejsze media i autorytety w Polsce, będą walczyć do upadłego o wgląd do karty zdrowia prezydenta? Gdyby wówczas ktoś taki pomysł zaproponował, zapewne zostałby z politowaniem przemilczany, a jedyną reakcją, na którą mógłby liczyć, byłoby wymowne pukanie w głowę.
Odkąd jednak w polskiej polityce bryluje poseł Palikot, a prezydentem jest Kaczyński, jawność stanu zdrowia tego ostatniego stała się dla wszystkich sprawą wagi państwowej. W walkę o tę sprawę, zaangażowani są zarówno subtelni intelektualiści chowu Sartre'owskiego (Żakowski), jak i partyjni agitatorzy (Paradowska), słowem salon, Gazeta Wyborcza wraz z przynależnościami. Dla porządku dodam tylko, że przewód pokarmowy prezydenta został przez media zlustrowany na długo przed happeningiem posła Palikota, albowiem gdy Kaczor odwołał swój udział w szczycie Grupy Wyszehradzkiej, to internet, że tak powiem, zalał się komentarzami, iż Kaczor nas kompromituje na arenie, gdyż "ma sraczkę".
Uzasadnieniem dla żądania przedłożenia przez prezydenta karty zdrowia jest argument, że zdrowie figur publicznych jest warunkiem niezbędnym wykonywania służby państwowej i wymaga pełnej jawności. Z jednej strony nie sposób odmówić słuszności temu poglądowi: owsiki dosyć mocno utrudniają zasiadanie na wysokich stołkach, astma czyni niepodobnym wygłaszanie wielogodzinnych expose i zmusza polityka do poskromienia swojej cacoethes loquendi, zaś padaczka uniemożliwia bezproblemową "dyskusję" w studiu Tomasza Lisa. To wszystko prawda. Tyle, że wzmiankowani elitariusze, jawność życia publicznego traktują dosyć osobliwie, mianowicie rozumieją ją wyłącznie przez pryzmat jelita grubego prezydenta Kaczyńskiego. Jawność w żadnym innym wymiarze ich nie interesuje. Ba, oni ją zwalczają wszelkimi możliwymi sposobami. O czym mówię? Oczywiście o jawności życiorysów, które - w odróżnieniu od niestrawności - bywają niestety nieuleczalne.
Jacek Żakowski (o jawności zdrowia polityków):
"Janusz Palikot ma rację, że obywatele mają prawo znać stan zdrowia prezydenta. Bo dają mu posadę, która wymaga zdrowia."
Jacek Żakowski (o jawności życiorysów polityków):
"...robienie sensacji z ujawniania osób, które podpisały zobowiązanie do współpracy, uważam za barbarzyństwo"
Janina Paradowska (o jawności zdrowia polityków):
"Taka konieczność przyszła wcześniej niż przypuszczałam, dzięki brakowi hipokryzji posła Palikota, który wypalił, co wypalił, czyli po prostu zadał, sformułowaną zresztą uprzejmie, serię pytań, zwracając uwagę właśnie na wszystkie polityczne podteksty."
Janina Paradowska (o jawności życiorysów polityków):
"obecne zainteresowanie lustracją jest sztucznie wywołane" (cyt. z pamięci)
Takich przykładów, gdy któryś elitariusz za konieczność uznaje ujawnienie dolegliwości chorobowych polityków, zaś za barbarzyństwo - pytania o to, czy kolaborowali oni z reżimem totalitarnym, można podawać dziesiątki, a może nawet setki. Wszystko to odbywa się w imię jakichś, ściągniętych ponoć z Ameryki, standardów. Nawet gdyby na Zachodzie normą było publiczne prezentowanie wyników badań przywódców państw, to przecież jawność nie została tam zawężona jedynie do ich przypadłości chorobowych. Skoro Clintonowi wypomniano, że palił trawę (ale się nie zaciągał), rodzinie Bushów zarzucono nieetyczne kontakty w przemyśle petrochemicznym, to wynika z tego niezbicie, że cywilizowany świat pojmuje ideę jawności życia publicznego bardziej uniwersalnie, niż nasze autorytety.
Wypływają z tego dwa wnioski. Oba niespecjalnie optymistyczne. Po pierwsze, cała ta hucpa z ujawnianiem zdrowia prezydenta wraz z jej hipokryckim uzasadnianiem jakimiś ponoć "powszechnie obowiązującymi standardami", to zwykła, prymitywna walka polityczna, w którą angażują się dokładnie te same osoby, które brały udział w innych tego typu antykaczystowskich operacjach. Po wtóre, stan zdrowia polskich intelektualistów wymaga - chyba bardziej niż w przypadku prezydenta - zbadania, albowiem tak ostentacyjna i bezwstydna hipokryzja, gdy lustrację życiorysów próbuje się zastąpić gastroskopią, nie może zrodzić się w zdrowym, racjonalnie pojmującym i wartościującym rzeczywistość, umyśle.
Ze swej strony dodam tylko tyle, że życzę polskim politykom dużo zdrowia. To, czy mają problemy z biegunką, nie interesuje mnie ani trochę. Biegunkę bowiem można leczyć, od czego są lekarze. Przeszłości w zaciszu gabinetów wyleczyć się nie da. Przeszłość to przewlekła choroba, tocząca nas wszystkich bezpośrednio lub pośrednio. Jest na nią jedno tylko lekarstwo: ujawnienie.



Komentarze
Pokaż komentarze (27)