Gdy Platforma była w opozycji, zgłosiła najbardziej radykalny projekt ustawy lustracyjnej w historii III RP. Lustracja miała wówczas mieć charakter totalny, nastąpić miało pełne otwarcie akt, co oznaczało że każdy mógł zlustrować każdego, przy uwzględnieniu dowolnych kryteriów. Dziś premier Donald ogłasza, że nie tylko nie będzie lustracji totalnej, ale że utrzymany zostanie stan dotychczasowy czyli praktyczna ochrona agentów komunistycznych.
Donald Tusk powiedział w wywiadzie dla Dziennika, że - wbrew wcześniejszym obietnicom jego partii - parlament nie zajmie się lustracją, bo "są ważniejsze rzeczy". To tłumaczenie od razu można włożyć między bajki, wobec faktu, że aktualnie członkowie jego partii i rządu zajmują się tak kluczowymi sprawami jak "alkoholizm" i "Alzheimer" Kaczora, ściganie tych co ścigali mafię paliwową, zbieranie wycinków prasowych na temat CBA i tworzenie z nich "tajnego raportu" oraz śledzenie zabójców laptopów. Czy te wszystkie sprawy są dla partii z "rodowodem solidarnościowym" ważniejsze niż ostateczne przecięcie agenturalnego węzła łączącego PRL z każdoczesnym rządem III RP?
Skoro więc tłumaczenie o "ważniejszych rzeczach" można wrzucić między bajki, to musi być jakiś inny powód, dla którego Platforma tak radykalnie zmienia stanowisko względem lustracji. Ich projekt z poprzedniej kadencji, dawał - jak wspomniałem - nieograniczone możliwości lustrowania i sprawdzania, był tak radykalny, że Macierewicz do spółki z Wildsteinem by tego nie wymyślili, bo przewidywał nawet brak poszanowania dla informacji z życia intymnego agentów i ich ofiar. Oczywiście ów absurdalny pomysł Platfusy zgłosiły wyłącznie po to, by dać sobie alibi i udawać przed ludem partię antykomunistyczną, w przekonaniu, że ustawa i tak nie przejdzie, a nawet jeśli przejdzie to całe odium spadnie na tych, którzy za jej wykonanie politycznie odpowiedzą czyli na rządzący ówcześnie PiS. Zmiana punktu siedzenia platformianych hipokrytów, natychmiast spowodowała zmianę spojrzenia na zagadnienie rozliczeń z przeszłością. Podczas gdy, jako opozycja, chcieli oni zaglądać agentom nawet pod pierzyny, jako koalicja, zapewniają konfidentom święty spokój.
Przeanalizujmy szybko tę zaskakującą reformę spojrzenia na zagadnienie agentury komunistycznej i weryfiakcji pozostałości totalitaryzmu w służbach specjalnych demokratycznego państwa. Tuż po wygranych wyborach, szef partii uważanej nadal za prolustracyjną a zarazem premier - elekt spotyka się z TW Mustem oraz Gromosławem Czempińskim, czyli jego oficerem prowadzącym. Jest to jedno z pierwszych spotkań dopiero co nominowanego premiera. Z tymi samymi postaciami spotyka się tuż po swej nominacji wicepremier Pawlak. Już tutaj można nabrać wątpliwości, co jest dla pana Donalda "ważną sprawą" a co nią nie jest. Albowiem kolejność załatwiania spraw niewątpliwie świadczy o ich wadze i niezbędności.
Ale idźmy dalej. Na pierwszym posiedzeniu nowego sejmu Platforma Obywatelska wraz z PSL i SLD podejmują próbę zmarginalizowania opozycji (czyli PiS) w komisji do spraw służb specjalnych i przejęcia w niej całości wpływów. Kończy się to bojkotem komisji przez partię Kaczyńskiego. W międzyczasie na szefa doradców premiera, czyli szarą eminencję rządu, zostaje mianowany agent komunistycznej bezpieki Michał Boni. A wszystko to dzieje się w tempie błyskawicznym - tak jak by nie było pilniejszych spraw do załatwienia tuż po objęciu władzy. W kilka godzin po otrzymaniu nominacji, minister Klich wysyła w te pędy żandarmów by dosłownie na schodach ministerstwa wręczyli Macierewiczowi odwołanie i uniemożliwili mu jakiekolwiek działania weryfikacyjne. Kilka dni później premier Tusk ogłasza "Dzień Jedności Narodowej", w którym to dniu podejmuje pierwszą z szeregu prób ubezskutecznienia prac komisji ds. weryfiakcji WSI, podnosząc rwetes, iż jej akta przewieziono "w nocy o 16.00" do Biura Bezpieczeństwa Narodowego, i odwołując z jej składu przedstawicieli ministra obrony. Potem następuje szereg posunięć paraliżujących pracę komisji Olszewskiego, takich jak dalsza dekompletacja jej składu a także odmowa przyznania certyfikatów bezpieczeństwa systemów komputerowych, co uniemożliwia pracę zespołu. Kilka miesięcy później mamy tego efekt: Olszewski składa dymisję na ręce prezydenta.
Korelują z tym inne ruchy kadrowe. Dosłownie kilka tygodni po powołaniu rządu następuje sekwencja ciekawych nominacji w służbach specjalnych: wiceszefem ABW zostaje Zdzisław Skorża, funkcjonariusz SB, szef UOP w kilku rządach postkomunistów, prywatnie dobry znajomy Edwarda Mazura. Z tego samego komunistycznego i postkomunistycznego klucza powołane są kolejne szemrane postaci polskich służb: Grzegorz Reszka, Maciej Hunia, Janusz Nosek, Paweł Białek, czy były szef WSI, jedynej nie muśniętej jakąkolwiek weryfikacją służby komunistycznej, absolwet Akademi im. F. Dzierżyńskiego, Janusz Bojarski. Do tego dochodzi powrót do łask Andrzeja Barcikowskiego, odpowiedzialnego w czasach SLD, za partyjne wykorzystywanie służb specjalnych w sektorze paliwowym, zwłaszcza w związku z aferą Orlenu.
Pamiętajmy, że te wszystkie kroki podejmuje partia mieniąca sie "solidarnościową" i "antykomunistyczną", oraz postulująca jeszcze kilka miesięcy wcześniej śmiałe pomysły weryfikacji agentury. Jednocześnie, te działania, które jak zwykle w takich sytuacjach bywa, są tylko szczytem góry lodowej, dostają wsparcie medialne oraz dialektyczne ze strony członków i sympatyków Platformy. Co ciekawe, na front rzucono w tym celu, poza kierownictwem partii, tzw. "legendy podziemia":
Donald Tusk:
"Komuś przychodzą do głowy głupie pomysły toczenia ciągłej wojny politycznej i na pewno zrobię z tym porządek. Co do tego nie miejcie wątpliwości"
Andrzej Czuma:
"Nie wyobrażam sobie, by dziennikarze i naukowcy mogli, tak jak to jest obecnie, przeglądać wszystkie akta IPN. To niezgodne z zasadą ochrony prywatności "
Czy teraz już wiemy "co jest ważne" a co ważnie nie jest dla "prolustracyjnej partii" z rodowodem "solidarnościowym"?



Komentarze
Pokaż komentarze (15)