Jedną z podstawowych cech debaty publicznej w III RP jest wymieszanie treści i formy oraz stopniowa dominacja tej ostatniej. Korzystają z tego postmodernistycznego patentu przeróżni apologeci skompromitowanych idei, którzy, by nie odejść wraz z nimi na śmietnik historii, odgrywają rolę ironicznych "ciętych piór".
Doskonałym przykładem takiego "ciętego pióra" jest publicysta mediów salonowych, autorytet moralny i intelektualny Daniel Passent. Człowiek, wydawać by się mogło, skompromitowany doszczętnie: wieloletni komunistyczny propagandzista, urzędnik totalitarnego państwa, wreszcie agent komunistycznej bezpieki. Tymczasem, po upadku idei, których krzewieniu poświęcił większość swego życia, jego gwiazda błyszczy jeszcze większym blaskiem. Mówi się mianowicie, że jego sarkazm, doskonałość formy i precyzja języka, stawiają go pośród najwybitniejszych polskich felietonistów. Wymownie milczy się zaś o tym, czy i jaka treść kryje się za ową mistrzowską formą.
Taki wizerunek jest przez samego zainteresowanego umiejętnie kreowany, bo w jednym z wywiadów powiedział, że jest "publicystą formy a nie treści". Słowa te padły z jego ust długo po tym, jak upadł system, który tworzył. Za komuny był bowiem Passent, inaczej niż dziś, publicystą treści. I to jakiej treści! Jeszcze w 1988 roku próbował doradzać swoim pryncypałom by nie wchodzili w kompromisy z opozycją, ostrzegał, że wprowadzenie demokracji to "założenie sobie stryczka na szyję". Proszę zwrócić uwagę, że tutaj - tak jak w tekstach gdzie broni twórców stanu wojennego - nie ma mowy o jakiejkolwiek ironii. Jest za to śmiertelna powaga, twarde stąpanie po ziemi i troska o "sprawę". Wówczas jeszcze liczyła się treść, a nie forma:
"To, co w polityce liczy się naprawdę, to władza i walka o nią (...) proponowane neokompromisy i pakty nic by nie pomogły w realizacji niepopularnych posunięć w rodzaju podwyżek cen, zamrażania płac, dociskania pasa itp., itd. (...) powinni to zrozumieć zwłaszcza ci obserwatorzy krajowi i zagraniczni, którzy stwierdzają jednym tonem - władza nie ma żadnego oparcia i dlatego powinna wprowadzić demokrację, czyli założyć sobie stryczek na szyję (...)" (Daniel Passent, Polityka, nr 13 1988 r)
Gdy nastąpił kres systemu treści, należało odnaleźć się w systemie formy. Efekt przedzierzgnięcia się komunistycznego propagandzisty w liberalne "cięte pióro" III RP jest zdumiewający. Oto fragment jednego z tekstów sprzed kilkunastu lat:
"Pilne! Do natychmiastowego wykonania! Z rozkazu Naczelnego Wodza powołać natychmiast Plutony Pamięci (...) Celem kampanii nie jest w żadnym wypadku okupacja ani zawładnięcie pamięcią narodową, tylko skierowanie jej na właściwe tory by po jej odzyskaniu naród (...) w obliczu wyborów podejmował decyzje w interesie Ojczyzny. Wykonać! (...) Jeżeli trafna jest diagnoza wedle której naród zapomniał, jak było za PRL, to terapia nasuwa się sama: poddać naród szkoleniu. (...)" (Daniel Passent, Plutony pamięci PRL, Polityka, 30 VII 1994 r.)
Powyższy artykuł charakteryzują dwie cechy: walka z pamięcią o przeszłości oraz ironiczna forma tej walki. Daniel Passent już nie jest śmiertelnie poważny, jak w Sztandarze Młodych czy Polityce sprzed 1989 r. - teraz jest już "ciętym piórem", mistrzem formy. Dzięki temu zabiegowi utrzymuje się na powierzchni. Dodatkowo, jego nieustanne ataki na pamięć o PRL przeprowadzane już w sarkastycznej formie ("plutony pamięci PRL" to wszyscy ci, którzy domagają się prawdy o przeszłości, którą "cięte pióra" współtworzyły), są oczywiście próbą odwrócenia uwagi od jego własnego życiorysu. Są więc nasze "cięte pióra" zainteresowane bezpośrednio i osobiście tego rodzaju narracją. Gdyby bowiem oceniać tekst Passenta wyśmiewający pamięć narodową według kryterium treści, to musielibyśmy dojść do wniosku, tak jak po analizie panegiryków na cześć Jaruzelskiego czy przytoczonej wyżej analizy kompromisu PZPR z Solidarnością, że jest to człowiek - mówiąc delikatnie - niemądry, postulujący idee nikczemne i autodestrukcyjne dla każdej społeczności. Ale jak tu powiedzieć o "ciętym piórze", że jest głupcem?
Podobnie, bardzo gładko z epoki treści do epoki formy prześlizgnęła się inna postać PRL-owskiej propagandy, Olga Lipińska. Mówiło się mianowicie, że jej kabaret był tak doskonały gdy idzie o ironiczną formę, absurdalny humor, o jego bezwzględną prześmiewczość, że mówienie o tym, iż Lipińska to zwykła, prymitywna propagandzistka nie ma najmniejszego sensu. Rzekoma maestria formy przysłaniała dosyć ponurą, podobnie jak u Passenta, treść. Na ten przykład, gdy (najprawdopodobniej) grupa Lesiaka próbowała medialnie "moczyć" Kaczyńskich w aferę FOZZ, Olga Lipińska zupełnie przypadkowo napisała piosenkę: "Jadą z forsą wory, hej/ A na nich Kaczory, hej!/ Jadą po raz drugi, hej!/ Jadą po raz drugi, hej!/ Znów się forsa zgubi!". Piosenka emitowana była w telewizji Kwiatkowskiego w czasie kampanii wyborczej, gdy prezentowano słynny paszkwil "Dramat w trzech aktach".
Mistrzowie formy, zawodowi prześmiewcy mają - jak widać - dosyć konkretnie wytyczone polityczne cele. Można je realizować dzięki zastąpieniu treści - formą i uczynieniu z etatowego propagandzisty - mistrza tej formy. "Cięte pióro" jest bowiem cięte bez względu na to, co spod niego wychodzi: czy mistrzowska robota, czy zwykły kleks. W ten sposób odwraca się uwagę od treści, która ma niestety tę wadę, że podlega ocenie według kryterium epistemologicznego i etycznego. Tym kryteriom nasi mistrzowie formy nie są w stanie sprostać, o czym dobitnie świadczą ich zawodowe życiorysy.
Ironią, nawet najbardziej wysublimowaną nie da się zastąpić racji i etyki. Głupiec pozostanie głupcem, zaś kłamca - kłamcą, bez względu na to, czy, w celu ukrycia własnej kompromitacji i własnej nikczemności, zrobi z siebie mistrza formy, "cięte pióro", czy przedniego kabareciarza.



Komentarze
Pokaż komentarze (18)