Wszyscy zgodnie udają, że ostatnia akcja wymierzona w członków komisji weryfikacyjnej WSI i będącego z nimi w przestępczej ponoć zmowie dziennikarza, została przeprowadzona przez państwo polskie uosabiane przez panów z ABW, w celu ochrony tegoż państwa tajemnic. Tymczasem zarówno ABW, jak i państwo polskie mają tutaj niewiele do powiedzenia. Mogą co najwyżej ubrać się w śmieszne zielone wiatrówki, albo z Machu Picchu bełkotnąć coś o "przesłankach operacyjnych".
Według niektórych historyków poziom agentury komunistycznej wśród dziennikarzy sięgał w szczytowych momentach PRL nawet 70%. Nawet zakładając, że są to dane przesadzone, ilość odkrywanych w ostatnim czasie dziennikarskich podwójnych życiorysów skłania ku tezie, że była to grupa być może najbardziej przeżarta agenturą ze wszystkich grup zawodowych. Jednocześnie dziennikarze, jako przedstawiciele jedynego zawodu zaufania publicznego wyszarpali sobie lustracyjną nietykalność. Nie dość, że sami unikają jak mogą weryfikacji swojej przeszłości, to w przygniatającej większości reprezentują media lustracji przeciwne. Prym w tej kampanii wiedzie oczywiście Gazeta Wyborcza, dając tym samym pośrednią wskazówkę, gdzie należy owych 70% szukać.
Wiele nam wyjaśnia postać Lesława Maleszki (TW Ketman, TW Return), który jako agent bezpieki w sposób aktywny z nią współpracował, posuwając się nawet do wydawania instrukcji swoim oficerom prowadzącym. Maleszka, do czasu dekonspiracji, najbardziej gdy idzie o lustrację wpływowy dziennikarz największej Gazety w Polsce, aktualnie swoje zadania wykonujący z drugiego planu, tj. z miejsca, z którego służby najczęściej działają, jest przykładem na to, że podstawą wywiadowczego sukcesu jest zgodna, aktywna i ochocza współpraca zarówno bezpieki jak i konfidenta.
Zupełnie przypadkowo dowiedzieliśmy się mianowicie, że zatrzymany pan Sumliński, powołując się na wpływy u członków komisji weryfikacyjnej Bączka i Pietrzyka, miał przy pomocy byłego oficera WSW Lichockiego, oferować za łapówkę tajny raport z likwidacji WSI - uwaga, uwaga - " pracownikom spółki Agora S.A." . Ci pracownicy spółki Agora S.A. to oczywiście tzw. dziennikarze. Ten sam Sumliński, w imieniu wspomnianych członków komisji weryfikacyjnej miał proponować dwóm oficerom WSI wykreślenie z raportu w zamian za korzyść majątkową.
Zarzuty w tej dosyć tajemniczej sprawie opierają się więc na donosie dwóch oficerów WSI. Pech chciał, że ci dwaj oficerowie WSI składają donos na członków gremium, które zajmuje się likwidacją instytucji, do której należą, co czyni ich, że tak powiem, bezpośrednio zainteresowanymi rozwojem wypadków. Ale nie tylko WSI musiało donieść, byśmy mogli oglądać chłopców w zielonych kurtkach w akcji. Otóż donieść musieli także ci "pracownicy spółki Agora S.A.", którzy ów raport mieli kupić.
Rolą dziennikarza jest informować, kodeks postępowania karnego daje mu możliwość (dosyć z etycznego punktu widzenia kontrowersyjną) zatajenia źródła informacji. Tymczasem, w ramach współpracy z WSI, w obronie jestestwa których cała akcja się odbywa, dziennikarz rezygnuje z funkcji informowania to znaczy odmawia zakupu aneksu, mimo koła ratunkowego w postaci tajemnicy dziennikarskiej. Tajemnica dziennikarska służyła w historii RP dziennikarzom w bardzo różnych sprawach, począwszy od śledztw dziennikarskich penetrujących grupy przestępcze, na aferach rządowych skończywszy. W 2003 r. inny pracownik spółki Agora S.A. Adam Michnik co i rusz, utajniając kulisy przestępstw Grupy Trzymającej Władzę zasłaniał się bądź to niepamięcią, bądź to właśnie tajemnicą dziennikarską, która chronić miała źródła jego informacji.
O możliwości kupna raport o WSI i aneksu oraz kupowaniu przychylności komisji słyszy się od kilku miesięcy. Jednakże nikt jeszcze ani nie kupił tego raportu, ani też nie dał łapówki za wykreślenie z niego swojego nazwiska. Skończyć się miało na propozycjach czyli na usiłowaniu. Należałoby więc zapytać owych "pracowników Agora S.A" dlaczego oferty nie przyjęli i nie poszli z tym na policję? Wszak zyskaliby podwójnie: mieliby materiał-bombę a także upieczonego na patelni przestępcę z komisji weryfikacyjnej. Podobne pytanie można zadać agentom WSI, którzy mieli być ponoć w zamian za "wziatkę" wykreśleni z raportu? Dlaczego oferty nie przyjęli, dlaczego nie dokonali "kontrolowanego zakupu"? Czyżby oficer WSI nie wiedział, że tą techniką operacyjną można skutecznie złapać przestępcę? A może po prostu żadnej propozycji nie było, co by tłumaczyło, że od miesięcy nikt nie był w stanie z niej skorzystać..?
Zgodne działanie "pracowników spółki Agora" oraz oficerów WSI, bez którego nie byłoby całej akcji, świadczy o tym, że to nie ABW a WSI prowadzi całą sprawę. WSI, jako jedyna nie tknięta weryfikacją komunistyczna służba doskonale współpracuje ze swoimi agentami, którzy także rozumieją, iż w razie jakiejkolwiek nieostrożności cały trud weźmie w łeb. Świadczy o tym okoliczność, że jak narazie żadnego przenikliwego dziennikarza nie zainteresował ten fakt, iż - jak wspomniałem wyżej - oskarżenie opiera się wyłącznie na donosie ludzi, w których interesy uderza działalność instytucji reprezentowanej przez Bączka i Pietrzyka. Tym samym obserwujemy gołym okiem powrót do korzeni jedynego niezlustrowanego środowiska agenturalnego.



Komentarze
Pokaż komentarze (13)