W zależności od siły gospodarczej oraz taktyki politycznej zaborczych mocarstw, kondycja gospodarcza poszczególnych zaborów, pod którymi znajdowała się w swej historii Polska, była bardzo różna. I tak, dzięki zaborowi Pruskiemu, do którego zaborca przesyłał stosunkowo dużo "funduszy strukturalnych", by zunifikować polskie ziemie ze swoim mocarstwem, powstała tzw. Polska "A". Ziemie zaś południowe i wschodnie jako celowo łupione, zwłaszcza przez Rosję, zostały nazwane Polską "B" i "C".
Z konsekwencji takiego podziału doskonale zdawali sobie sprawę politycy międzywojenni, którzy, po wyzwoleniu kraju spod zaborów, postanowili stworzyć Centralny Okręg Przemysłowy, mający za zadanie pobudzić gospodarczo i społecznie Polskę "B" i "C" oraz powiązać ją z Polską "A". Niestety, ledwie Eugeniusz Kwiatkowski rozpoczął wdrażanie projektu, zaczęła się II Wojna Światowa, która przyniosła Polsce kolejne kilkadziesiąt lat okupacji.
Gdy po wojnie nastał u nas ostatni jak dotąd zaborca, postanowił do swych celów politycznych a nawet i militarnych wykorzystać zastany po poprzednich zaborcach podział, co z punktu widzenia konieczności trzymania za mordę narodu, podporządkowania go obcemu mocarstwu i instalowania socjalizmu było rozwiązaniem nader przemyślnym. Sowieci nie tylko z podziałów powyższych uczynili jeden z socjologicznych fundamentów własnej władzy, ale postanowili ze swej strony podział ów pogłębić i nawet jeśli w którejś "sześciolatce" dostał się jakiś ochłap ze stołu pańskiego dla polski wschodniej czy południowej, to i tak w skali kraju był zaledwie promilem inwestycji (nie licząc rolnictwa, ale i ono - jak widać - w rezultacie okazało się czynnikiem pogrążającym).
I tym sposobem, do III RP wkroczyliśmy z trzema Polskami. Przez ten cały czas jednak, począwszy od wojny, a skończywszy na dniu dzisiejszym, poza Polską "A", "B" i "C", tworzyła się jeszcze jedna Polska - Polska "D".
Polska "D", to ludzie, którzy dzięki zrządzeniom losu, dziwnym zawirowaniom historii, prostytucji własnej tudzież swoich przodków dostali pozycję uprzywilejowaną i postanowili, że będą mieli wszystkie pozostałe Polski... w dupie. Ludzi tych, poza wspomnianym brakiem instynktu społecznego, charakteryzuje także niesłychana małostkowość. Dla wczasów w Chorwacji (w skrajnych wypadkach "podróży życia" na Machu Picchu), sushi raz w tygodniu czy średniej jakości whisky są w stanie naginać wszelkie normy moralne i społeczne. Pół biedy gdy taka Polska "D" prowadzi swój egoistyczny żywot w "warszawce" czy "krakówku", nie pchając się do władzy. Niestety, często się zdarza, że Polska "D" zdobywa władzę, w celu realizowania, rzecz jasna, własnych interesów, tj. nabijania i tak już pełnej sakwy, a zatem zdobywa instrument oddziaływania nie tylko na siebie samą ale także na pozostałe Polski. A, począwszy od roku 2004 r. nadarza się ku temu doskonała okazja, bo oto płynie do Polski "A", "B" i "C" szeroki strumień unijnych funduszy. Problem w tym, że płynie on przez ręce Polski "D".
Polska "D" reprezentowana podówczas przez rząd Millera, później Belki, tak sprytnie prowadziła politykę reglamentacji unijnych pieniędzy, że fundusze strukturalne, które ex definitione służą dokapitalizowaniu słabszych, by dorównali tym bogatszym, w większości trafiały do... tych bogatszych. Jak wyliczyli bowiem ekonomiści "Rzeczpospolitej", średnia wysokość funduszy w przeliczeniu na mieszkańca w województwach mazowieckim, śląskim, dolnośląskim czy pomorskim wyniosła ponad 3.000 zł., podczas gdy wartość ta w województwach podkarpackim czy lubelskim wyniosła zaledwie 1.700 zł, a więc niemal dwa razy mniej. Jak łatwo się zorientować, fundusze te nie tylko nie zniwelowały podziału Polski, ale wręcz go pogłębiły, co już z politycznego punktu widzenia daje nam asumpt do pewnych niepoprawnych przypuszczeń. Ale o nich może później.
Oto bowiem narasta we mnie nieodparte wrażenie, że po krótkim okresie rządów chcących rzeczywiście doinwestować Polskę "B" i "C" jako swój polityczny matecznik ale i też z przyczyn uzasadnionych rzeczywistą chęcią wyrównywania szans, do głosu doszła znów Polska "D", która pokazała gdzie ma całą resztę, i dlaczego nazywa ją zadupiem. Pani minister rozwoju regionalnego w rządzie "cudu gospodarczego" Elżbieta Bieńkowska, w jednej z pierwszych swoich decyzji, zakwestionowała wszystkie projekty unijne z terenu Podkarpacia, co jest ewenementem na skalę ogólnopolską, jeśli nie europejską. Dla przykładu, władzom Mielca, miasta regularnie podtapianego przez rzekę Wisłokę, które za poprzedniej kadencji wygrało konkurs na inwestycję w wały przeciwpowodziowe, pani minister pokazała wała i kazała na nowo stawać do konkursu. Wynik konkursu jest, mówiąc delikatnie, bardzo niepewny, co stawia władze tego niezbyt przecież bogatego miasta, w bardzo kłopotliwej sytuacji, gdyż wydały one już kilka milionów złotych na wykup gruntów pod budowę wałów oraz zebranie odpowiedniej dokumentacji i ekspertyz.
Problem Polski "B" i "C" jest również taki, że nie do końca uwierzyła ona w cud gospodarczy Tuska, przez co Platfusy miały na tych terenach najgorszy wynik w kraju. Oczywiście, fakt cofnięcia wszystkich unijnych projektów z tego rejonu, nie oznacza - broń Boże - żadnego rewanżu. Po prostu przeważyły względy merytoryczne i rząd Tuska uznał, iż skoro jakaś społeczność nie wierzy w cud , to zgodnie z powiedzeniem, iż wiara czyni cuda - cud gospodarczy uczyniony im nie będzie. W ten sam cud wierzyli inni, na przykład zaprzyjaźniony z politykami Platformy, założyciel Business Center Club, pan Krzysztof Pawłowski, który na swoje w dużej mierze p r y w a t n e przedsiębiorstwo (prawdopodobnie jako jedyne takie w Polsce) Miasteczko Multimedialne uzyskał od Polski "D" kilkadziesiąt milionów złotych w ramach unijnej strategii spójności Innowacyjna Gospodarka. Daleki jestem (i mówię to poważnie) od zarzutu nieczystości intencji Pawłowskiego, którego osobiście znam i cenię, a także winszuję powodzenia w każdym przedsięwzięciu - chcę tylko ukazać sposób działania Polski "D".
Na podstawie tych dwu przykładów widzimy bowiem w pełnej krasie jej mentalność: niech się ćwoki potopią w tym swoim konserwatywnym skansenie - kasa i tak pójdzie tam gdzie ma pójść. Czy to Business Center Club, czy inne doborowe towarzystwo, na pewno lepiej spożytkuje ilość pieniędzy, od patrzenia na którą tym kmiotkom z Podkarpacia mogłoby się we łbach poprzewracać.
Polska "D", która doszła ponownie do władzy, to ludzie - jak widać z załączonego przykładu - mali i zakompleksieni. Jedynie bowiem człowiek mały i zakompleksiony, w tak prymitywny sposób, z uwagi na kryteria polityczne, będzie odgrywał się na ludziach biedniejszych. Potem już tylko wystarczy w "Faktach" TVN puścić subtelny materiał, o tym, że prawicę popierają ludzie mniej wykształceni, z mniejszych miast i wsi, niezaradni i pogrążeni w marazmie. I nikogo nie obchodzi, że tak naprawdę ludzie z Polski "C" nie są ani trochę mniej utalentowani od innych, że jest to region o ogromnym potencjale i - wbrew pozorom - ludzkiej witalności. Tyle tylko, że niewykorzystanej i celowo tłumionej najpierw przez "łobuzów od historii" a potem przez kolejnych przedstawicieli Polski "D", którzy tradycję tych łobuzów kontynuują.
Ostentacyjne olewanie podstawowego celu naszej przynależności do Unii Europejskiej, jaką miało być "nadrobienie dystansu do zachodu", pogłębianie, zamiast zasypywania, podziałów społecznych, tylko z powodów stricte partyjnych i biznesowych, pokazuje, że krótkowzroczność tej ekipy, jej skrajna nieodpowiedzialność, sprawia, że nie trudno uznać jej w tym aspekcie za kontynuatorkę praktyk zaborców i komunistów.



Komentarze
Pokaż komentarze (30)