menda menda
132
BLOG

Stan podwyższonej gotowości

menda menda Polityka Obserwuj notkę 69

Zawsze zastanawiała mnie ta - jak się wydaje - intuicyjna, instynktowna wiedza niektórych dziennikarzy, obejmująca nie tylko informacje, o czym mogą mówić, a o czym milczeć, ale też z kim mogą "pojechać po bandzie", a komu - wręcz przeciwnie - polerować końcówkę pleców, wreszcie którymi faktami się interesować, a o których nie chcieć nawet słyszeć. Doskonałą okazją do podziwiania tego instynktu jest wzrastające na nowo napięcie wokół przeszłości Lecha Wałęsy.

Oto bowiem przez blisko dwadzieścia lat żaden salonowy pismak, żadna mainstreamowa gwiazdeczka składająca literki na łamach gazet czy bełkocząca truizmy w radio i telewizji nie napisała ważnego tekstu, nie przeprowadziła żadnego śledztwa dziennikarskiego o jednej z najbardziej tajemniczych i do dziś nie wyjaśnionych spraw naszej najnowszej historii: o przeszłości "legendy Solidarności" i agencie "Bolku". A było ku temu okazji bez liku, by wspomnieć tylko te najważniejsze: lista Macierewicza, "noc teczek" i obalenie Olszewskiego; liczne procesy sądowe Wałęsy z osobami twierdzącymi, że był agentem; publikacje filmów "Nocna zmiana" i "Plusy dodatnie, plusy ujemne". A jednak wówczas, wszyscy zgodnie milczeli nad problemem agentury Wałęsy, zupełnie tak, jak by dostali stanowczy rozkaz: "nam pisać nie kazano".

Dzisiaj, w przededniu wydania książki historyków IPN Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, dziennikarskie gwiazdki zadęły w swoje trąby. Czy zatem to jest moment, w którym należy zająć się sprawą "Bolka"? Czy teraz rewolucyjna intuicja podpowiada by wyjść na pole walki? Prawdopodobnie tak, gdyż Monika Olejnik, została postawiona w stan podwyższonej gotowości operacyjnej, który - w obliczu wspomnianej publikacji - panuje zresztą w całym Ubekistanie, bo już dwa dni temu Mirosław Czech w "Gazecie Wyborczej" wezwał do linczu na IPN-ie, z powodu książki, której jeszcze nawet nie czytał.

Artykuł Olejnik ma zachęcający tytuł: "No to kim jest "Bolek" panie prezydencie?". Jak wynika jednak z dalszej lektury, dziennikarka nie drąży w ogóle kwestii prawdy o przeszłości Lecha - Ja, ja obaliłem komunizm! - Wałęsy, tylko zajmuje się opluciem tych, którzy ową przeszłość chcą wyjaśniać. Tekst składa się, poza wstępem, będącym powtórzeniem jednej z fraz, z pięciu akapitów. W pierwszych dwóch Monika Olejnik z ironią o ciężarze rodem z żołnierskich dowcipów zastanawia się czy Cenckiewicz i Gontarczyk "są w ogóle historykami"? A następnie sama sobie odpowiada, że nie są, bo gdyby byli, to pisząc książkę, poprosiliby Lecha Wałęsę o przedstawienie jego "wersji wydarzeń". W tym miejscu oczywiście dostaje się również Januszowi Kurtyce, co stało się już rytuałem salonowej - ekhem - publicystyki ("Wciąż pod płaszczykiem historycznych badań toczą oni w zaciszu archiwów swoje polityczne wojenki"). Szanowna autorka nie podaje ni cienia argumentu (o dowodach nie wspomnę) na owe "polityczne wojenki" a także nie wyjaśnia, co ma niby oznaczać owo "wciąż", ale do tego, że salon orzeka zamiast polemizować, wszyscy już się przyzwyczailiśmy.

Szkoda tylko, że diva salonowego dziennikarstwa, piętnując metodologię pracy historyków, nie wspomina, iż gdy Grzegorz Braun na użytek filmu dokumentalnego "Plusy dodatnie, plusy ujemne" poprosił Lecha Wałęsę o jego "wersję wydarzeń", "legenda Solidarności" była łaskawa zwyzywać go, zastraszyć sądem i na końcu podrzeć na strzępy dokumenty IPN przedstawione mu do komentarza. Być może więc dla funkcjonariuszki komunistycznych mediów taki rodzaj "polemiki" jest odpowiedni, ale od historyków wymaga się raczej informacji a nie emocji. Na szczęście Cenckiewicz z Gontarczykiem to rozumieją.

Niesłychanie ciekawie wygląda, na gruncie tego artykułu, rozumienie przez Olejnik misji dziennikarza, która to misja teoretycznie winna być wyznaczana imperatywem ciągłego dociekania prawdy. Wydawać by się mogło, że dziennikarze powinni cieszyć się, że dowiedzą się prawdy na temat kulis świata polityki. Niestety, pierwsze pióra Ubekistanu nie tylko nie cieszą się na szansę odkrycia przy pomocy pracy historyków, części naszej najnowszej historii, ale wręcz piszą, że ich ona w ogóle nie interesuje. ("Obawiam się, że sama też przez tę lekturę będę musiała przebrnąć, choć raczej z dziennikarskiego obowiązku, a nie dla przyjemności." ) A zatem to nie chęć, a przymus zmusi Monikę Olejnik do poznania informacji o Wałęsie. A skoro Olejnik nie interesuje dociekanie prawdy, to może tak jak Cenckiewicz i Gontarczyk nie są wg niej historykami - tak ona nie jest dziennikarką, tylko stawianą w momentach krytycznych w stan gotowości bojowej funkcjonariuszką postkomunizmu?

W tekście nie mogło zabraknąć kolejnego szturchańca wymierzonego w Kaczyńskich, którzy są hipokrytami bo twierdzą, że teczka Jarosława jako jedyna "w historii PRL" została "sfałszowana przez SB". Oczywiście jest to wierutne kłamstwo, bo teczka Kaczora została w części sfałszowana, ale nie w PRL, i nie przez SB, tylko w III RP przez tegoż państwa służby reprezentowane przez płk. Lesiaka. A było to w roku 1993, co niewątpliwie świadczy o tym, iż ani PRL ani SB już wówczas nie istniały. Orzekł już o tym sąd, przed którym Kaczor domagał się ochrony swoich dóbr osobistych. Nie przeszkadza to jednak naszej gwiazdeczce walnąć obuchem Kaczora, jednocześnie podając "dowód" fałszowania teczek przez SB, mający w domyśle ekskulpować Wałęsę od odpowiedzialności za donoszenie.

Na podsumowanie Monika Olejnik po raz kolejny dowala - tym razem już "jadąc po bandzie" - Cenckiewiczowi i Gontarczykowi i nazywa ich "tchórzami", za to że odmówili udziału w programie "Kropka nad i" obiecując wizytę po ukazaniu się książki. To typowa prowokacja, mająca zmusić dwóch mężczyzn o urażonej dumie (powiedzieć facetowi, że jest "tchórzem" to metoda nader skuteczna) do wdania się w pyskówki z "legendą Solidarności" oraz samą Olejnik, takie jak mieliśmy okazję słyszeć w dniu wczorajszym, gdy na bardzo łagodne pytanie jakiejś dziennikarki na temat TW "Bolka", Wałęsa odpowiedział, "niech to dotrze do pani małego móżdżka". O to bowiem chodzi zarówno Monice Olejnik jak i Lechowi Wałęsie: aby pracę historyczną pokryć hektolitrami żółci wypluwanej publicznie przez autorytety medialne, jeszcze zanim owa praca ujrzy światło dzienne, innymi słowy, dąży się do kolejnego już w historii III RP wymieszania faktów z emocjami, do sterowania którymi bezpieka nadaje się idealnie...

Monika Olejnik, w artykule, którego tytuł sugeruje dziennikarską ciekawość prawdy o przeszłości, prawie wyłącznie uderza w historyków, których książki jeszcze nie przeczytała, w ich przełożonego, a także - ni z gruchy, ni z pietruchy - w nielubianych polityków. Dopuszcza się przy tej okazji kłamstwa, oszczerstwa i prowokacji. Pod pozorem dziennikarskiego obiektywizmu, następuje kontynuacja walki z lustracją. Nie dziwi więc, że najlepiej nadaje się do tej walki funkcjonariuszka, która szlify bojowe uzyskała już w stanie wojennym. Któż inny bowiem lepiej zrozumie meandry propagandy, wskazujące o czym i kiedy pisać, a o czym milczeć, kogo nazwać "tchórzem" a kogo "panem prezydentem", który "broni swojego dobrego imienia"?

menda
O mnie menda

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (69)

Inne tematy w dziale Polityka